Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Harry Price i legenda plebanii w Borley

Sława plebanii w Borley jako „najbardziej nawiedzonego domu Anglii” była w znacznej mierze dziełem Harry'ego Price'a, który z rozproszonych opowieści, lokalnych plotek i niepewnych relacji ułożył medialną legendę, co szczegółowo wykazali w 1956 roku Dingwall, Goldney i Hall w raporcie wydanym pod egidą Society for Psychical Research.

Plebania w Borley na fotografii z 1892 roku – domena publiczna
Plebania w Borley na fotografii z 1892 roku – domena publiczna · Wikimedia Commons

Ponury dom nad doliną Stour

Plebania w Borley, wiosce na pograniczu hrabstw Essex i Suffolk, została wzniesiona na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku dla wielebnego Henry'ego Dawsona Ellisa Bulla. Był to duży, nieforemny budynek z czerwonej cegły, rozbudowywany wraz z powiększającą się rodziną proboszcza, ciemny, wilgotny i trudny do ogrzania. Po ojcu parafię objął syn, Harry Bull, który pełnił funkcję proboszcza do śmierci w 1927 roku. W rodzinie i wśród okolicznych mieszkańców krążyły opowieści o widmowej zakonnicy przechadzającej się ścieżką w ogrodzie i o powozie zaprzężonym w konie, który miał przejeżdżać nocą obok domu.

Te historie miały charakter typowego folkloru wiejskiego, w którym stary, ponury dom przyciąga legendy, a każde niewyjaśnione skrzypnięcie znajduje swoje miejsce w opowieści. Z czasem doklejono do nich romantyczne wyjaśnienie: zakonnica miała być ofiarą zakazanej miłości do mnicha z pobliskiego klasztoru, zamurowaną żywcem za karę. Nie ma żadnych źródeł historycznych potwierdzających istnienie takiego klasztoru w Borley ani takiego wydarzenia. Legenda była jednak gotowa, gdy w 1928 roku na plebanię wprowadził się nowy proboszcz, Guy Eric Smith, wraz z żoną.

Dziennikarz, badacz i pierwsza fala sensacji

W czerwcu 1929 roku dziennik Daily Mirror opublikował serię artykułów o nawiedzonej plebanii, a reporter gazety zwrócił się do Harry'ego Price'a, znanego już wówczas badacza zjawisk psychicznych, prowadzącego w Londynie własne laboratorium. Price przyjechał do Borley i podczas jego pobytu zaczęły się dziać rzeczy znacznie bardziej spektakularne niż wcześniejsze opowieści: latały kamienie, tłukły się przedmioty, rozlegały się dźwięki. Według późniejszych relacji, szczególnie jednej przypisywanej dziennikarzowi, który towarzyszył Price'owi podczas jednej z wczesnych wizyt, kieszenie badacza miały być pełne kamyków. Relacja ta pozostaje świadectwem pośrednim i spornym, ale wpisuje się w obraz, który z czasem nabierał wyrazistości.

Smithowie wyprowadzili się w 1929 roku, a z ich późniejszych wypowiedzi wynika, że sami nie uważali domu za nawiedzony w sposób, jaki przedstawiała prasa; niedogodności budynku i natarczywość ciekawskich były dla nich większym problemem niż zjawy. Warto o tym pamiętać, bo legendę Borley tworzyli nie mieszkańcy, lecz ci, którzy o nim pisali. Price odkrył w tej historii materiał wyjątkowy: stary dom, romantyczną legendę, duchownych jako świadków i stałe zainteresowanie mediów.

Sam Price był postacią, która doskonale nadawała się do roli przewodnika po takiej historii. Syn kupca, bez formalnego wykształcenia akademickiego, zbudował swoją pozycję dzięki energii, majątkowi żony i niezwykłemu wyczuciu prasy. W 1926 roku założył w Londynie National Laboratory of Psychical Research, które miało konkurować z Towarzystwem Badań Psychicznych i dawać mu niezależność. Jego stosunki z Towarzystwem bywały napięte, a członkowie bardziej akademickiego skrzydła badań psychicznych traktowali go z mieszaniną uznania dla jego talentów i nieufności wobec jego zamiłowania do rozgłosu. Borley dawało mu szansę na sprawę, która byłaby od początku do końca jego własna.

Foysterowie i napisy na ścianach

Najbardziej burzliwy okres nastąpił w latach 1930–1935, gdy proboszczem był Lionel Foyster, a na plebanii mieszkała jego znacznie młodsza żona Marianne. W tym czasie odnotowano setki zjawisk: rzucanie przedmiotów, dzwonienie dzwonków, zamykanie się ludzi w pokojach, a przede wszystkim ołówkowe napisy na ścianach, zwracające się do Marianne z prośbami o pomoc, mszę i modlitwę. Napisy te stały się jednym z najczęściej reprodukowanych elementów legendy.

Wielu obserwatorów, w tym niektórzy członkowie Towarzystwa Badań Psychicznych odwiedzający dom, odniosło wrażenie, że zjawiska koncentrują się wokół osoby Marianne i że to ona może być ich sprawczynią. Jej życie osobiste było skomplikowane, a późniejsze badania biograficzne ujawniły wiele okoliczności, które rzucały na jej świadectwo cień wątpliwości. Price początkowo także był sceptyczny wobec tego okresu, w prywatnych notatkach sugerował nawet możliwość oszustwa, ale w publikacjach włączył zjawiska z czasów Foysterów do głównego korpusu dowodów. Ta selektywność stała się później jednym z podstawowych zarzutów wobec niego. Lionel Foyster, chory i w podeszłym wieku, prowadził własny zapis zjawisk i przygotował nawet maszynopis opisujący życie na plebanii, ale jego świadectwo było nierozerwalnie związane z sytuacją rodzinną, której pełnego obrazu wówczas nie znano.

Rok obserwacji i książka z 1940 roku

Po wyjeździe Foysterów plebania stała pusta. W 1937 roku Price wynajął ją na rok i zamieścił w The Times ogłoszenie, w którym poszukiwał odpowiedzialnych, inteligentnych i bezstronnych obserwatorów do pobytu w nawiedzonym domu. Zgłosiło się kilkadziesiąt osób, głównie młodych mężczyzn z wykształceniem uniwersyteckim, którzy otrzymali od Price'a broszurę z instrukcjami i spędzali w budynku kolejne doby. Większość z nich odnotowała niewiele albo nic, choć pojawiały się drobne obserwacje: przesunięte przedmioty, ślady kredy, dźwięki. Broszura z instrukcjami, nazywana potem „niebieską książeczką”, zalecała spokój, systematyczne notowanie i zabezpieczanie przedmiotów, co nadawało przedsięwzięciu pozór naukowej procedury. Sam Price bywał na miejscu rzadko, a raporty obserwatorów trafiały do niego jako surowy materiał, który następnie porządkował i komentował. Krytycy zwracali później uwagę, że w książce relacje te nabierały wymowy, której nie miały w oryginale, bo zestawione obok siebie tworzyły wrażenie ciągłego nawiedzenia. W tym samym okresie przeprowadzono w innym miejscu seanse z planszetą, podczas których rzekome duchy zapowiedziały, że plebania spłonie.

Plebania rzeczywiście spłonęła w lutym 1939 roku, po tym jak nowy właściciel, kapitan William Gregson, miał przewrócić lampę naftową. Firma ubezpieczeniowa, według późniejszych ustaleń, uznała pożar za podejrzany. Dla Price'a było to jednak spełnienie zapowiedzi i doskonały punkt kulminacyjny opowieści. W 1940 roku wydał książkę The Most Haunted House in England, której tytuł na trwałe przylgnął do Borley. Była to zręczna, pisana z temperamentem relacja, łącząca historię miejsca, świadectwa mieszkańców, wyniki rocznej obserwacji i komentarz badacza, który przedstawiał siebie jako trzeźwego naukowca stojącego wobec niewytłumaczalnych faktów.

W 1946 roku ukazał się tom The End of Borley Rectory, opisujący dalsze losy sprawy, w tym prace wykopaliskowe w piwnicach ruin. W 1943 roku znaleziono tam fragmenty ludzkich kości, które Price łączył z legendą zakonnicy. Szczątki pochowano później w pobliskiej parafii. Ich pochodzenia nigdy nie ustalono w sposób, który potwierdzałby legendę; krytycy wskazywali, że teren dawnego budynku mógł kryć dowolne pozostałości z wcześniejszych stuleci, a identyfikacja z zakonnicą była czystą spekulacją.

Raport z 1956 roku

Harry Price zmarł w marcu 1948 roku. Wkrótce potem trzej badacze związani z Society for Psychical Research – Eric J. Dingwall, Kathleen M. Goldney i Trevor H. Hall – podjęli systematyczne badanie całej sprawy. Mieli dostęp do archiwum Price'a, korespondencji, notatek i świadectw, a także mogli rozmawiać z żyjącymi uczestnikami wydarzeń. Owocem ich pracy był obszerny raport The Haunting of Borley Rectory: A Critical Survey of the Borley Legend, opublikowany w 1956 roku jako tom serii wydawniczej Towarzystwa i jednocześnie jako książka.

Wnioski raportu były druzgocące dla legendy. Autorzy wykazali, że wiele zjawisk opisanych przez Price'a da się wyjaśnić naturalnymi przyczynami: akustyką starego budynku, szczurami, ruchem powietrza, sugestią obserwatorów. Inne przypisali świadomemu oszustwu, przede wszystkim z okresu Foysterów. Najpoważniejszy zarzut dotyczył jednak samego Price'a. Raport dowodził, że badacz selektywnie dobierał świadectwa, pomijał relacje, które przeczyły jego tezie, wyolbrzymiał wydarzenia mało znaczące i w niektórych przypadkach mógł sam wytwarzać zjawiska. Zestawienie jego prywatnych notatek z opublikowanymi tekstami ujawniało, że pewne epizody zostały w książkach przedstawione w sposób odmienny od tego, co zapisał na gorąco.

Dingwall, Goldney i Hall nie twierdzili, że udowodnili brak jakichkolwiek nadzwyczajnych zjawisk w Borley; ich teza była skromniejsza i zarazem bardziej niszcząca. Twierdzili, że materiał, na którym opierała się sława domu, nie wytrzymuje krytyki i że legenda w obecnej postaci jest konstrukcją literacką. Raport wywołał gwałtowne reakcje zwolenników Price'a, a w kolejnych dekadach pojawiły się opracowania próbujące go zrewidować, w tym obszerna analiza opublikowana przez Towarzystwo w 1969 roku, która zarzucała autorom z 1956 roku stronniczość wobec zmarłego. Spór o rzetelność samego raportu również trwa, a późniejsze kontrowersje wokół Trevora Halla jako autora innych krytycznych studiów nie ułatwiły jego oceny.

Nawiedzenie jako fakt medialny

Niezależnie od szczegółów sporu przypadek Borley ukazuje zjawisko, które wykracza poza historię badań psychicznych. „Najbardziej nawiedzony dom Anglii” istniał przede wszystkim w gazetach, książkach i audycjach radiowych. Price był mistrzem tej formy: rozumiał wartość ilustracji, nagłówka, efektownego tytułu i stopniowego dawkowania rewelacji. Legenda, którą stworzył, żyła własnym życiem, niezależnie od losów budynku, który przestał istnieć, zanim książka trafiła do księgarń. Kolejni autorzy, dziennikarze i miłośnicy zjawisk nadprzyrodzonych odwiedzali ruiny, a potem puste miejsce po nich, opisywali nowe obserwacje i dopisywali nowe rozdziały. Raz uruchomiona opowieść nie potrzebowała już ani plebanii, ani jej mieszkańców, ani nawet samego Price'a. Wystarczyła nazwa wioski, która stała się synonimem nawiedzenia, oraz książka o chwytliwym tytule, wznawiana i cytowana jako źródło. W ten sposób fakt medialny zastąpił fakt historyczny, a ciężar dowodu przeniósł się na tych, którzy próbowali legendę podważyć.

Dla historyka idei Borley jest przypadkiem granicznym. Pokazuje, jak w okresie międzywojennym badanie zjawisk nadzwyczajnych przesunęło się z salonów seansowych do przestrzeni kultury masowej, gdzie liczyła się zdolność przyciągnięcia uwagi czytelników. Pokazuje także, że ten sam człowiek mógł być w jednych sprawach przenikliwym demaskatorem, a w innych twórcą mitu, któremu sam nadawał autorytet swojego nazwiska. Raport z 1956 roku nie zdołał zniszczyć legendy, bo legendy nie opierają się na przypisach. Zdołał jednak pokazać, z jakich elementów została zbudowana, i w tym sensie stał się wzorem krytycznego czytania każdej opowieści o miejscu, w którym rzekomo „wszystko się zdarzyło”.