Komisja Seyberta i uniwersytecki werdykt w sprawie seansów
Komisja powołana przez Uniwersytet Pensylwanii z woli zmarłego spirytysty Henry'ego Seyberta przeprowadziła pierwsze akademickie badanie mediów finansowane z zapisu wyznawcy ruchu, a jej wstępny raport z 1887 roku przyniósł wynik negatywny, który zwolennicy seansów uznali za zdradę intencji darczyńcy.

Zapis z warunkiem
Henry Seybert, filadelfijski zamożny dżentelmen, syn chemika i kongresmena Adama Seyberta, sam zajmował się mineralogią, lecz w ostatnich dekadach życia stał się żarliwym zwolennikiem spirytyzmu. Zmarł w 1883 roku, pozostawiając Uniwersytetowi Pensylwanii pokaźną sumę na ufundowanie katedry filozofii moralnej i intelektualnej. Zapis obwarowany był jednak warunkiem: uczelnia miała powołać komisję, która zbada wszystkie systemy moralności, religii lub filozofii roszczące sobie prawo do prawdy, a zwłaszcza nowożytny spirytyzm. W ten sposób fundator, przekonany o realności zjawisk seansowych, uczynił z nich przedmiot obowiązkowego badania uniwersyteckiego.
Sytuacja była bez precedensu. Wcześniej zdarzało się, że pojedynczy uczeni badali media, a gremia towarzystw naukowych odmawiały zajmowania się tematem. Tym razem instytucja akademicka przyjęła pieniądze pod warunkiem, że przeprowadzi dochodzenie, a darczyńcą był człowiek, który spodziewał się wyniku pozytywnego. Uniwersytet znalazł się w położeniu delikatnym: odrzucenie zapisu byłoby stratą, przyjęcie go – zobowiązaniem do zajęcia stanowiska w sprawie, która dzieliła opinię publiczną.
Wybór miasta nie był przypadkowy. Filadelfia należała w drugiej połowie XIX wieku do ważnych ośrodków amerykańskiego spirytyzmu, a zarazem była sceną jednego z najgłośniejszych skandali ruchu. W latach 1874–1875 małżeństwo Nelsona i Jennie Holmesów prezentowało tam materializacje postaci zwanej Katie King, które uwiarygodnił swoim nazwiskiem Robert Dale Owen, dyplomata i reformator społeczny. Gdy wyszło na jaw, że rolę ducha odgrywała wynajęta kobieta, sprawa odbiła się szerokim echem i nadwątliła zaufanie do mediów materializacyjnych. Wspomnienie tego skandalu było w mieście żywe, kiedy uniwersytet przystępował do wykonania woli Seyberta, i trudno przypuszczać, by nie wpłynęło na nastawienie przyszłych członków komisji.
Seybert, jak przekazywali później zarówno członkowie komisji, jak i jego przyjaciele spirytyści, życzył sobie, by w badaniach doradzał uczonym Thomas R. Hazard, znany działacz ruchu. Ta okoliczność stała się później zarzewiem sporu, gdyż Hazard szybko uznał, że komisja nie postępuje zgodnie z zasadami, które on sam uważał za właściwe przy obcowaniu z mediami.
Skład i metoda
Na czele komisji stanął z urzędu William Pepper, lekarz i prowost uniwersytetu, człowiek o wielkim autorytecie w środowisku filadelfijskim. Faktyczne kierownictwo przejął jednak Horace Howard Furness, znakomity szekspirolog, wydawca monumentalnego Variorum Shakespeare, który pełnił funkcję przewodniczącego działającego. Sekretarzem został młody filozof George Stuart Fullerton. W skład weszli także wybitni przyrodnicy i lekarze, wśród nich anatom i paleontolog Joseph Leidy oraz neurolog Silas Weir Mitchell. Było to więc gremium o różnorodnych kompetencjach, łączące humanistów i przyrodników.
Członkowie komisji postanowili badać zjawiska w ich najbardziej konkretnej postaci: zamiast spierać się o filozoficzne zasady spirytyzmu, uczestniczyli w seansach i oceniali, czy obserwowane fenomeny wymagają wyjaśnienia innego niż zręczność medium. Prowadzili protokoły, starali się ustalić warunki kontroli, a w razie potrzeby powtarzali posiedzenia. Szczególną uwagę poświęcili pisaniu na tabliczkach, jednemu z najmodniejszych wówczas zjawisk, oraz rzekomo duchowym stukom, od których cały ruch wziął początek.
Furness, wychowany na krytyce tekstu, podchodził do seansów z cierpliwością filologa. Uczestniczył w licznych posiedzeniach także prywatnie, z różnymi mediami filadelfijskimi, i z czasem doszedł do przekonania, że wiele rzekomych wiadomości od zmarłych zawiera wyłącznie to, co medium mogło wyczytać z pytań, reakcji i nieostrożnych uwag samego pytającego. Jego relacje, dołączone do raportu, należą do najżywszych fragmentów dokumentu, bo łączą rzeczowość z wyraźnym rozczarowaniem człowieka, który – jak sam deklarował – chętnie dałby się przekonać.
Metoda komisji miała jednak swoje ograniczenia, które warto nazwać. Członkowie nie byli zawodowymi iluzjonistami i nie zawsze potrafili wskazać, jak dokładnie wykonano daną sztuczkę; mogli jedynie stwierdzić, że warunki pozwalały na jej wykonanie. Media zaś, świadome, że stoją przed gremium nastawionym krytycznie, mogły po prostu ograniczać pokazy do tego, co bezpieczne. Wynik negatywny nie dowodził zatem, że zjawiska nigdy i nigdzie nie występują, lecz że nie wystąpiły w warunkach, które uczeni uznali za minimalnie wiarygodne. Takie rozumienie dowodu – skromne, ale konsekwentne – było właśnie tym, co komisja wnosiła do debaty zdominowanej dotąd przez świadectwa entuzjastów i drwiny przeciwników.
Slade, Keeler i siostry Fox
Najgłośniejszym medium zbadanym przez komisję był Henry Slade, specjalista od pisma na tabliczkach, od lat cieszący się międzynarodową sławą. Jego seanse przebiegały według stałego schematu: dwie złożone tabliczki szkolne z kawałkiem rysika pomiędzy nimi, trzymane pod stołem lub przy krawędzi blatu, po pewnym czasie okazywały się pokryte pismem przypisywanym duchom. Członkowie komisji zauważyli, że zjawisko występowało wyłącznie w warunkach, w których medium miało możliwość manipulowania tabliczkami poza polem widzenia obserwatorów. Gdy proponowano warunki uniemożliwiające taką manipulację, na przykład tabliczki zamknięte i opieczętowane, napisy się nie pojawiały. Komisja odnotowała też, że ruchy medium i jego uwaga były zgodne z tym, czego należałoby oczekiwać od prestidigitatora.
Podobne obserwacje dotyczyły Pierre'a Keelera, innego medium pracującego z tabliczkami. Komisja uznała, że jego pokazy nie spełniają warunków, przy których można by mówić o zjawisku niewytłumaczalnym. W obu przypadkach wnioski przypominały opis sztuczki: interesujące było nie to, co się działo, lecz to, czemu nie pozwolono się zdarzyć.
Szczególną wagę symboliczną miał udział Margaret Fox, czyli pani Kane, jednej z sióstr, od których stuków w Hydesville w 1848 roku rozpoczął się nowożytny spirytyzm. Komisja słyszała w jej obecności stuki, lecz doszła do wniosku, że dochodziły one z miejsca bliskiego samemu medium i nie dawały się oddzielić od jej osoby. Raport ukazał się w 1887 roku, a już w następnym roku Margaret Fox publicznie wyznała, że stuki wytwarzała stawami stóp – choć potem swoje wyznanie częściowo odwołała. Ta zbieżność nie była zasługą komisji, lecz późniejsi komentatorzy chętnie widzieli w niej potwierdzenie jej ustaleń.
Wizyta w Lipsku
Jednym z najciekawszych elementów raportu jest relacja Fullertona z podróży do Niemiec. Kilka lat wcześniej astrofizyk lipski Johann Karl Friedrich Zöllner przeprowadził z Henrym Slade'em serię doświadczeń, które uznał za dowód istnienia czwartego wymiaru przestrzeni, i powoływał się przy tym na udział szanowanych kolegów uniwersyteckich, w tym Gustava Theodora Fechnera i Wilhelma Webera. Nazwiska te dawały wynikom Zöllnera autorytet, na który spirytyści w Ameryce chętnie się powoływali.
Fullerton postanowił sprawdzić, jak wyglądał rzeczywisty udział tych uczonych. Rozmawiał z niektórymi z nich lub z ich bliskimi współpracownikami i zebrał informacje, które stawiały doświadczenia Zöllnera w innym świetle. Według jego relacji Fechner miał poważnie osłabiony wzrok i nie był w stanie samodzielnie obserwować przebiegu zjawisk, Weber był już w podeszłym wieku, a sam Zöllner miał w środowisku opinię człowieka o niezwykłej łatwowierności. Relacja Fullertona była, rzecz jasna, przekazem z drugiej ręki i opierała się na opiniach rozmówców, ale w kontekście raportu pełniła ważną funkcję: pokazywała, że autorytet nazwisk nie zastępuje kontroli warunków.
Ten fragment raportu odsłania także szerszą intuicję komisji. Spirytyzm, w ujęciu jej członków, bronił się nie tyle doświadczeniem, ile łańcuchem świadectw, w którym jedno sławne nazwisko podpierało drugie. Zbadanie, z czego naprawdę składa się taki łańcuch, okazało się równie pouczające jak obserwacja samego seansu.
Werdykt i jego przyjęcie
Raport wstępny, opublikowany w 1887 roku, stwierdzał, że w żadnym z badanych przypadków nie znaleziono zjawisk, które wymagałyby wyjaśnienia nadprzyrodzonego, a w wielu dostrzeżono oznaki oszustwa. Członkowie komisji podkreślali, że przystępowali do pracy bez uprzedzeń, a niektórzy deklarowali nawet gotowość przyjęcia wyniku pozytywnego. Furness w swoich relacjach wielokrotnie dawał do zrozumienia, że nie byłby przeciwny dowodowi obcowania ze zmarłymi, gdyby taki dowód rzeczywiście mu przedstawiono. Komisja nie zamknęła formalnie dochodzenia – stąd przymiotnik „wstępny” – lecz raport końcowy nigdy się nie ukazał, a dokument z 1887 roku pozostał jej jedynym oficjalnym głosem.
Spirytyści przyjęli werdykt z oburzeniem. Thomas Hazard i inni zarzucali komisji, że łamała warunki, w jakich zjawiska mogą się pojawiać, że nie ufała mediom, że zdradziła wolę Seyberta i że przeprowadziła badania tak, jakby wynik był z góry przesądzony. Argument ten odsłaniał zasadniczy konflikt dwóch epistemologii. Według spirytystów zjawiska wymagały atmosfery życzliwości, a kontrola niszczyła warunki ich występowania. Według komisji zjawisko, które znika w chwili zastosowania kontroli, nie może być uznane za udowodnione.
Znaczenie komisji Seyberta polega więc nie tylko na jej wynikach, które dla wielu historyków nie były zaskoczeniem. Ważniejszy jest precedens instytucjonalny. Po raz pierwszy uniwersytet jako instytucja – nie zaś pojedynczy profesor działający na własny rachunek – wypowiedział się w sprawie seansów, i to za pieniądze człowieka, który wierzył w ich prawdziwość. Fakt, że darczyńca spodziewał się potwierdzenia, a otrzymał zaprzeczenie, nadał całej historii ironię, którą komentatorzy podkreślają do dziś.
Warto też zauważyć, czego raport nie twierdził. Komisja nie ogłosiła, że życie pośmiertne nie istnieje, ani że wszyscy spirytyści są oszustami; nie wypowiadała się o religijnych i etycznych ideałach ruchu, które dla wielu jego wyznawców były ważniejsze niż same zjawiska. Jej wnioski dotyczyły wyłącznie konkretnych mediów i konkretnych posiedzeń. Ta powściągliwość, czasem przeoczana w późniejszych streszczeniach, odróżnia dokument od wielu ówczesnych pamfletów antyspirytystycznych, które z pojedynczych demaskacji wyprowadzały sądy o całej dziedzinie. Członkowie komisji pozostawali w granicach tego, co widzieli, i właśnie dlatego ich negatywny werdykt miał większą wagę niż retoryka polemistów.
Sam raport z 1887 roku pozostaje dokumentem epoki, w której nauka akademicka po raz pierwszy zgodziła się zasiąść przy stoliku seansowym – i wstała od niego z przekonaniem, że jedyną tajemnicą, jaką tam znalazła, była zręczność rąk.
