Wielka Wojna i powojenna fala spirytyzmu
Lata 1914–1920 przyniosły w Wielkiej Brytanii i w innych krajach walczących masowy wzrost zainteresowania seansami jako formą przeżywania żałoby, który historyk Jay Winter opisał nie jako ucieczkę w nowoczesność, lecz jako powrót do tradycyjnych idiomów obcowania ze zmarłymi.

Żałoba bez grobu
Pierwsza wojna światowa zmieniła doświadczenie śmierci w sposób, dla którego dawne obyczaje nie miały gotowych form. Wielka Brytania straciła w niej blisko trzy czwarte miliona żołnierzy, a skala strat w Niemczech i we Francji była jeszcze większa. Ofiarami byli przede wszystkim młodzi mężczyźni, a więc ci, których śmierć w porządku naturalnym nie powinna była poprzedzić śmierci rodziców. Większość poległych pochowano za granicą, wielu nie pochowano wcale, bo ich ciał nigdy nie odnaleziono. Brytyjskie władze postanowiły zresztą nie sprowadzać zwłok do kraju, a zamiast tego tworzyć cmentarze wojskowe na miejscu, co sprawiło, że rodziny przez lata nie miały grobu, przy którym mogłyby się modlić.
Wiktoriańska kultura żałoby, rozbudowana i drobiazgowo skodyfikowana, opierała się na obecności ciała: czuwaniu przy zmarłym, pogrzebie, czarnych strojach, wizytach na cmentarzu. Wojna odebrała większość tych gestów. Telegram lub list z frontu zastępował scenę pożegnania, a często pozostawiał niepewność co do okoliczności śmierci. Właśnie w tę lukę wchodził spirytyzm, oferując coś, czego nie dawały ani tradycyjne obrzędy, ani patriotyczna retoryka: obietnicę bezpośredniej rozmowy z tym, który zginął.
Ruch spirytystyczny w Wielkiej Brytanii istniał od połowy XIX wieku, ale przed wojną znajdował się w stanie umiarkowanej stagnacji. Lata wojenne i pierwsze powojenne przyniosły wyraźne ożywienie. Według danych przytaczanych przez historyków liczba stowarzyszeń zrzeszonych w Spirytystycznym Związku Narodowym mniej więcej podwoiła się między 1914 a 1919 rokiem. Rosła sprzedaż tabliczek ouija, a w prasie popularnej ukazywały się liczne relacje z seansów. Do tego dochodziła trudna do zmierzenia, lecz zapewne znacznie liczniejsza grupa osób, które korzystały z usług mediów prywatnie, nie wiążąc się z żadną organizacją.
Teza Jaya Wintera
W książce Sites of Memory, Sites of Mourning (1995) Jay Winter, historyk kultury Wielkiej Wojny, zaproponował interpretację, która odwróciła dotychczasową perspektywę. Wcześniejsza historiografia, zwłaszcza wpływowa praca Paula Fussella The Great War and Modern Memory (1975), widziała w wojnie moment narodzin nowoczesnej ironii: zerwania z romantycznymi i religijnymi konwencjami, które nie wytrzymały konfrontacji z okopami. Winter zwrócił uwagę, że taka teza opisuje przede wszystkim doświadczenie wąskiej grupy literatów i artystów awangardy. Zwykli ludzie, rodziny poległych, wspólnoty lokalne radziły sobie z żałobą przy pomocy języków starszych – religijnych, klasycznych, romantycznych, ludowych.
Spirytyzm był w ujęciu Wintera jednym z takich języków. Choć sam ruch powstał w XIX wieku i uważał się za nowoczesny, korzystał z wyobrażeń znacznie dawniejszych: o zmarłych, którzy wracają, aby pocieszyć żywych, o niewidzialnej obecności bliskich, o granicy między światami, którą można przekroczyć w szczególnych warunkach. Seans przypominał w tym sensie średniowieczne opowieści o duszach odwiedzających rodziny, ludowe wierzenia o zmarłych przychodzących we śnie czy literackie wizje romantyzmu. Nowa była technika – stolik, medium w transie, fotografia – stara natomiast potrzeba, której ta technika służyła.
Winter podkreślał, że nie chodziło wyłącznie o zjawisko brytyjskie. We Francji ważną rolę odegrał film Abla Gance'a J'accuse (1919), w którego finałowej sekwencji polegli żołnierze powstają z pól bitewnych i wracają do swoich wiosek, aby sprawdzić, czy ich ofiara nie poszła na marne. Sceny te, kręcone według relacji z udziałem żołnierzy przebywających na przepustce, z których część zginęła potem na froncie, przenosiły do kina wyobrażenie powrotu zmarłych, bliskie wrażliwości spirytystycznej. Również w innych krajach walczących powstawały pisma, obrazy i rytuały, w których umarli nie milkli, lecz domagali się pamięci.
Fotografia duchów i Dzień Pamięci
Jednym z najbardziej uderzających przejawów tej wrażliwości była fotografia spirytystyczna. Technika, która w XIX wieku wielokrotnie była kompromitowana, przeżyła po wojnie nowy rozkwit, ponieważ dostarczała rodzinom czegoś, czego nie mogły zdobyć inaczej: wizerunku zmarłego obok żywych. Najgłośniejszym fotografem tego nurtu był William Hope, przywódca tzw. Kręgu z Crewe, oferujący zdjęcia, na których wokół portretowanych unosiły się twarze zmarłych bliskich. W 1922 roku badacz zjawisk psychicznych Harry Price przeprowadził z Hope'em test na oznakowanych płytach fotograficznych i ogłosił, że przyłapał go na podmianie, co jednak nie zniechęciło wielu jego klientów.
Szczególne miejsce zajmuje w tej historii Ada Deane, londyńska fotografka spirytystyczna. W Dniu Zawieszenia Broni, 11 listopada 1922 roku, podczas dwóch minut ciszy przy Cenotafie w Whitehall wykonała zdjęcie tłumu, na którym, ponad głowami zgromadzonych, widniała mglista smuga z licznymi twarzami. Spirytyści ogłosili, że są to twarze poległych żołnierzy, którzy przybyli na uroczystość ku ich czci. Zdjęcie wzbudziło poruszenie, a w kolejnych latach Deane powtarzała podobne fotografie. Później prasa ogłosiła, że część twarzy należy do osób żyjących, w tym znanych sportowców, co nadało sprawie charakter skandalu.
Niezależnie od tego, jak ocenimy uczciwość fotografki, sam obraz jest znamienny. Dwie minuty ciszy, wprowadzone w 1919 roku, oraz Cenotaf zaprojektowany przez Edwina Lutyensa jako „pusty grób” należały do najważniejszych form oficjalnej pamięci o poległych. Ich wymowa była celowo powściągliwa i wyznaniowo neutralna. Fotografia Deane przekładała tę powściągliwość na język dosłowności: tam, gdzie państwo stawiało pusty grób, spirytyzm pokazywał, że groby nie są puste, bo zmarli są obecni. Oficjalna pamięć i spirytystyczna nadzieja spotykały się w jednym miejscu, choć mówiły o nim różnymi językami.
Ożywienie miało też swoją ciemną stronę. Popyt na kontakt ze zmarłymi stworzył rynek, na którym obok ludzi szczerze przekonanych o swoich zdolnościach działali zwykli oszuści, wykorzystujący rozpacz wdów i matek. Prawo brytyjskie pozwalało ścigać ich na podstawie dawnych przepisów, przede wszystkim ustawy o włóczęgostwie z 1824 roku, która karała między innymi wróżbiarstwo w celu oszukania klientów. Procesy takie odbywały się regularnie, a prasa chętnie je relacjonowała. Paradoksalnie każda kolejna demaskacja nie zmniejszała zapotrzebowania na seanse, lecz raczej przesuwała je ku mediom prywatnym, działającym w kręgu znajomych i niepobierającym oficjalnych opłat.
Na kontynencie ten sam klimat sprzyjał próbom nadania badaniom bardziej naukowej postaci. W 1919 roku w Paryżu powstał Międzynarodowy Instytut Metapsychiczny, którego pierwszym dyrektorem został lekarz Gustave Geley. Instytucja ta deklarowała dystans wobec religijnych ambicji spirytyzmu i chciała badać zjawiska jako problem fizjologii i psychologii. Jej narodziny w roku zawarcia pokoju są wymowne: żałoba milionów i ciekawość badaczy szły w tych latach obok siebie, choć nie zawsze w tym samym kierunku.
Pisma od poległych i głosy sprzeciwu
Wojna wytworzyła też osobny gatunek literacki: rzekome przekazy od poległych, spisywane przez osoby piszące automatycznie. Jednym z najczęściej czytanych był Private Dowding (1917), książeczka wydana przez Wellesleya Tudora Pole'a, zawierająca relację przypisywaną zabitemu szeregowcowi, który opisywał chwilę śmierci i swoje pierwsze doświadczenia po drugiej stronie. Takie teksty mówiły o śmierci jako o łagodnym przejściu, o braku bólu, o spotkaniu z towarzyszami, a więc o tym, czego najbardziej potrzebowały rodziny dręczone wyobrażeniami o cierpieniu najbliższych w błocie i ogniu.
Nie wszyscy przyjmowali ten nurt z życzliwością. Kościół anglikański odnosił się do spirytyzmu z rezerwą, a Konferencja Lambeth z 1920 roku, zgromadzenie biskupów wspólnoty anglikańskiej, wypowiedziała się na jego temat ostrzegawczo, przestrzegając przed niebezpieczeństwami praktyk seansowych, choć uznając, że potrzeba, z której wyrastały, zasługuje na duszpasterską uwagę. Kościół katolicki był jeszcze bardziej stanowczy: dekret Świętego Oficjum z 1917 roku zakazywał wiernym udziału w seansach spirytystycznych, także w roli biernych obserwatorów.
Głos sprzeciwu dobiegał także ze strony ludzi, którzy sami ponieśli stratę. Rudyard Kipling, którego syn John zaginął w bitwie pod Loos w 1915 roku, opublikował w zbiorze The Years Between (1919) wiersz En-dor, nawiązujący do biblijnej czarownicy z En-Dor, która na prośbę Saula wywołała ducha Samuela. Kipling ostrzegał w nim przed drogą, na której żałobnicy, szukając głosu zmarłych, płacą coraz wyższą cenę i tracą spokój. Wiersz ten bywa czytany jako odpowiedź na rodzinne i społeczne naciski, którym sam poeta nie uległ.
Pamięć jako zadanie
Fala spirytyzmu wojennego i powojennego nie była zjawiskiem marginalnym, choć jej rozmiary trudno precyzyjnie zmierzyć. Historycy, wśród nich Jenny Hazelgrove w pracy o spirytyzmie w międzywojennej Wielkiej Brytanii, zwracali uwagę, że ruch przyciągał w tym okresie zwłaszcza kobiety – matki, żony i siostry poległych – i że seans stawał się dla nich przestrzenią, w której mogły wyrazić żałobę w sposób trudny do przyjęcia w oficjalnych ceremoniach. David Cannadine w głośnym eseju o śmierci i żałobie w nowoczesnej Wielkiej Brytanii mówił z kolei o kraju, który w latach dwudziestych niemal obsesyjnie wracał do pamięci o zmarłych, a spirytyzm był jedną z form tej obsesji.
Interpretacja Wintera pozwala zobaczyć to zjawisko bez protekcjonalności. Seanse nie były w tym ujęciu ani przejawem zbiorowej histerii, ani triumfem łatwowierności nad rozumem, lecz jedną z wielu prób odbudowania więzi przerwanej w sposób gwałtowny i bezsensowny. Ich uczestnicy sięgali po wyobrażenia, które dawały pocieszenie od stuleci, przekładając je na nowoczesne środki. Pod tym względem stolik spirytystyczny nie różnił się zasadniczo od pomnika w rodzinnej wsi, nazwiska wyrytego na tablicy w kościele czy pielgrzymki na cmentarze Flandrii.
W latach dwudziestych zainteresowanie zaczęło stopniowo słabnąć, choć ruch zachował znaczną liczbę wyznawców aż do kolejnej wojny. Powojenna fala pozostawiła jednak trwały ślad: pokazała, że w społeczeństwie uważającym się za świeckie i nowoczesne potrzeba obcowania ze zmarłymi nie zniknęła, lecz czekała jedynie na okoliczności, w których zwykłe formy żałoby okażą się niewystarczające. Wielka Wojna stworzyła takie okoliczności na skalę bez precedensu.
