Mina Crandon, Houdini i śledztwo Scientific American
Sprawa bostońskiej medium Margery pokazuje, że w latach dwudziestych spór o mediumizm przestał być sporem o pojedyncze zjawiska, a stał się sporem o to, kto ma prawo ustalać warunki eksperymentu, i że ten spór rozstrzygały w równym stopniu metody, co pozycja społeczna, płeć i lojalności badaczy.

Konkurs magazynu i jego komisja
W grudniu 1922 roku amerykański miesięcznik popularnonaukowy „Scientific American” ogłosił konkurs: po 2500 dolarów miało otrzymać pierwsze medium, które w warunkach kontrolowanych przez komisję wytworzy autentyczne zdjęcie psychiczne, oraz pierwsze, które zaprezentuje obiektywne zjawisko fizyczne. Inicjatywa była odpowiedzią na falę zainteresowania spirytyzmem po I wojnie światowej i na amerykańskie wykłady Arthura Conan Doyle'a, który właśnie przemierzał kraj jako apostoł nowego objawienia. Redakcja chciała pokazać, że nauka potrafi rozstrzygnąć tę sprawę metodami, którymi rozstrzyga inne.
Komisję tworzyło pięć osób: psycholog z Harvardu William McDougall, fizyk Daniel Frost Comstock, związany wcześniej z MIT, Walter Franklin Prince z Amerykańskiego Towarzystwa Badań Psychicznych, badacz i popularyzator Hereward Carrington oraz najsłynniejszy iluzjonista epoki, Harry Houdini. Sekretarzem, który nie miał prawa głosu, ale prowadził korespondencję i relacjonował postępy na łamach pisma, był redaktor J. Malcolm Bird. Już ten skład zapowiadał napięcia: obok uczonych o różnym stopniu sceptycyzmu zasiadał zawodowy demaskator, a sprawozdawcą był dziennikarz, który miał własne sympatie.
W pierwszym roku komisja zbadała kilka mediów, między innymi George'a Valiantine'a, specjalizującego się w głosach bezpośrednich przez trąbkę, i żadnego nie uznała za spełniające warunki. W przypadku Valiantine'a komisja posłużyła się krzesłem połączonym z obwodem elektrycznym, który sygnalizował w sąsiednim pokoju każde opuszczenie siedzenia; zapis wykazał, że medium wstawało dokładnie w chwilach, gdy w ciemności rozlegały się głosy. Był to pierwszy sygnał, że komisja zamierza traktować kontrolę jako problem techniczny, a nie jako kwestię zaufania do dobrej woli medium. Sprawa nabrała rozgłosu dopiero wtedy, gdy uwaga komisji zwróciła się ku Bostonowi.
Dom przy Lime Street
Mina Stinson Crandon urodziła się w 1888 roku w Kanadzie, w prowincji Ontario, i po pierwszym, nieudanym małżeństwie wyszła za Le Roi Goddarda Crandona, cenionego chirurga bostońskiego, wykładowcę na Harvardzie, człowieka o wysokiej pozycji społecznej. Małżonkowie mieszkali w eleganckim domu przy Lime Street 10 w dzielnicy Beacon Hill. W 1923 roku, gdy Le Roi zainteresował się spirytyzmem pod wpływem lektur brytyjskich badaczy, w domu zaczęły się seanse w gronie przyjaciół, a Mina szybko okazała się medium o wyjątkowych zdolnościach.
Pseudonim „Margery” nadał jej Bird, gdy w 1924 roku zaczął opisywać jej seanse w „Scientific American”, by chronić prywatność rodziny. Ochrona ta była jednak raczej formalna: w Bostonie wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi, a pozycja Crandonów sprawiała, że oskarżenie ich o oszustwo oznaczało coś więcej niż zdemaskowanie wędrownego medium. Margery nie brała pieniędzy, przyjmowała badaczy w swoim domu, częstowała ich obiadem i była, według zgodnych relacji, osobą pełną uroku, dowcipu i swobody. Te cechy, które zwolennicy uznawali za argument przemawiający za jej uczciwością, sceptycy uważali za część problemu: trudno badać kogoś, w czyim salonie jest się gościem.
Nie mniej ważna była rola samego Le Roi Crandona. To on decydował, kogo zaprasza się na seanse, w jakich warunkach się one odbywają i które propozycje kontroli są do przyjęcia. Jego pozycja w bostońskiej medycynie i związki z Harvardem sprawiały, że badacze z tego samego środowiska znajdowali się wobec niego w położeniu niezręcznym: krytyka medium była zarazem krytyką kolegi, a podejrzenie oszustwa oznaczało podejrzenie, że szanowany chirurg jest jego współuczestnikiem. W tej sieci zależności płeć grała rolę osobną. Kobieta medium była w oczach zwolenników kruchym, wrażliwym instrumentem, którego nie wolno traktować brutalnie, w oczach sceptyków zaś sprytną aktorką, osłanianą przez męża. Obie te figury mówiły więcej o wyobrażeniach badaczy niż o samej Minie Crandon.
Walter, głos zza zasłony
Głównym duchem przewodnikiem Margery był Walter Stinson, jej starszy brat, który zginął w 1911 roku w wypadku kolejowym. Walter przemawiał na seansach głosem męskim, często szorstkim i dowcipnym, przeklinał, żartował z uczestników i komentował przebieg eksperymentów. Repertuar zjawisk był bogaty i z czasem coraz bardziej spektakularny: dzwonki dzwoniące w zamkniętych skrzynkach, przesuwające się przedmioty, światła, dotknięcia, a później także ektoplazmatyczne wypustki i „ręce”, fotografowane w błysku magnezji, wychodzące z ciała medium. Zwolennicy przywiązywali dużą wagę do prób z urządzeniem, które miało unieruchamiać usta i krtań medium za pomocą rurki z wodą; skoro Walter mówił nadal, jego głos nie mógł pochodzić z gardła Miny. Krytycy odpowiadali, że i to urządzenie można było obejść, a jego skuteczność znana była jedynie z relacji przychylnych obserwatorów.
Te ostatnie fotografie należą do najbardziej kłopotliwych dokumentów sprawy. Zwolennicy widzieli w nich materializację, krytycy zwracali uwagę na wyraźnie organiczny charakter tworów, przypominających tkankę zwierzęcą, i na to, że pojawiały się one w miejscach ciała, które pozwalały na wcześniejsze ukrycie. Seanse odbywały się zwykle w ciemności, a Margery siedziała w nich niekiedy z niewielkim przyodziewkiem, co w obyczajowości lat dwudziestych dodawało sprawie posmaku skandalu i utrudniało dokładne przeszukanie.
Skrzynia Houdiniego
Houdini wziął udział w seansach z Margery latem 1924 roku i od początku był przekonany, że ma do czynienia z oszustwem. Uważał, że medium uwalnia rękę lub stopę spod kontroli i w ciemności porusza przedmiotami. Aby to wykluczyć, zaprojektował drewnianą skrzynię, w której medium siedziało zamknięte, z otworami tylko na głowę i ręce. Podczas jednego z seansów w skrzyni znaleziono składaną linijkę, za pomocą której można było dosięgnąć dzwonka. Houdini oskarżył Margery o jej przemycenie, a Walter w odpowiedzi oskarżył Houdiniego i jego asystenta Jamesa Collinsa o podrzucenie przedmiotu, by skompromitować medium.
Kto naprawdę włożył linijkę do skrzyni, nie wiadomo do dziś. Krążyła później opowieść, że Collins przyznał się do tego w rozmowie z innymi, ale jest to relacja z drugiej ręki, której nie sposób zweryfikować. Epizod ten dobrze ilustruje istotę sporu: kontrola eksperymentu, która miała rozstrzygnąć o autentyczności zjawisk, stała się przedmiotem wzajemnych oskarżeń, a każda ze stron mogła zarzucić drugiej manipulację. Jeszcze w 1924 roku Houdini wydał broszurę, w której opisywał metody, jakimi według niego posługiwała się Margery; jego szerszą kampanię przeciw mediom i książkę A Magician Among the Spirits omawia osobny esej. Konflikt z Birdem, którego Houdini oskarżał o stronniczość i o przekazywanie medium informacji o planach komisji, przeniósł się szybko na łamy prasy, a sam iluzjonista wyśmiewał Margery także ze sceny. Spór, który miał być naukowy, stał się w ten sposób widowiskiem z dwiema przeciwnymi publicznościami.
Werdykty, które nie zamknęły sprawy
Na początku 1925 roku komisja ogłosiła swoje stanowisko. Większość jej członków, w tym McDougall, Prince i Houdini, uznała, że zjawiska nie zostały wykazane, a Comstock stwierdził, że warunki nie pozwalały na rozstrzygnięcie; jedynie Carrington wypowiedział się za ich autentycznością. Nagrody nie przyznano. Bird, który od początku sprzyjał Margery, wkrótce rozstał się z redakcją i wydał obszerną książkę Margery the Medium, broniącą medium przed krytyką.
Werdykt komisji nie zakończył badań. W tym samym roku grupa młodych badaczy z Harvardu, wśród nich psycholog Hudson Hoagland, przeprowadziła własną serię seansów i doszła do wniosku, że zjawiska zostały wytworzone w sposób normalny; ich raport ukazał się w „Atlantic Monthly” jesienią 1925 roku. W 1926 roku Joseph Banks Rhine i jego żona Louisa, którzy niebawem mieli stworzyć parapsychologię laboratoryjną, opisaną w osobnym eseju, uczestniczyli w jednym z seansów i ogłosili, że widzieli wyraźne oznaki oszustwa. Conan Doyle odpowiedział na to płatnym ogłoszeniem w bostońskiej prasie, w którym nazwał Rhine'a „monumentalnym osłem”. Brytyjski badacz Eric Dingwall, który odwiedził Boston z ramienia Society for Psychical Research, wyszedł z seansów z wrażeniem niejednoznacznym i nie przesądził sprawy.
Najpoważniejsze konsekwencje sprawa miała dla amerykańskiego środowiska badań psychicznych. Amerykańskie Towarzystwo Badań Psychicznych, w którym wpływy uzyskali zwolennicy Margery, zajęło stanowisko przychylne medium, co doprowadziło do odejścia Prince'a i części członków, którzy w 1925 roku założyli konkurencyjne Bostońskie Towarzystwo Badań Psychicznych. Spór o jedno medium podzielił instytucje i na lata ukształtował podziały w amerykańskiej parapsychologii. Pośrednio przyczynił się też do zmiany metody. Rozczarowanie Rhine'a bostońskim seansem bywa wskazywane jako jeden z powodów, dla których zwrócił się on ku eksperymentom z kartami i ku statystyce, w których wynik nie zależał od tego, kto trzyma kogo za rękę w ciemnym pokoju. Sprawa Margery była w tym sensie ostatnim wielkim procesem dawnego typu, toczonym w salonie, i zarazem jednym z impulsów do przeniesienia badań w miejsce, gdzie warunki ustala badacz, a nie gospodarz.
Odciski palców dentysty
Ostateczny cios zadał wątek, który początkowo miał stanowić najmocniejszy dowód. Od drugiej połowy lat dwudziestych Walter zaczął zostawiać na seansach odciski kciuka w zmiękczonym wosku dentystycznym, które przedstawiano jako jego niezbite piętno, odrębne od odcisków medium i uczestników. W 1932 roku badacz E. E. Dudley, porównując te odciski z materiałem od różnych osób z otoczenia Crandonów, stwierdził, że są one identyczne z odciskami dentysty Frederica Caldwella, należącego do kręgu znajomych Crandonów. Wynik ogłoszono w biuletynie Bostońskiego Towarzystwa Badań Psychicznych, a choć zwolennicy próbowali go podważyć, dla większości obserwatorów sprawa była przesądzona.
Le Roi Crandon zmarł w 1939 roku, Mina 1 listopada 1941 roku. Nandor Fodor przekazał później anegdotę, według której odwiedził ją na krótko przed śmiercią i zachęcał do wyznania prawdy, a ona odpowiedziała mu, że badacze będą zgadywać do końca życia. Niezależnie od tego, czy słowa te padły dokładnie w takiej formie, oddają one sedno sprawy. Margery nigdy niczego nie wyznała, a jej przypadek pozostał dowodem nie tyle na istnienie lub nieistnienie zjawisk, ile na to, jak trudno jest przeprowadzić rzetelny eksperyment w sytuacji, w której badacz, medium i świadkowie są połączeni siecią przyjaźni, sympatii, ambicji i wzajemnej podejrzliwości.
