Filipińska chirurgia psychiczna i jej demaskacje
Rzekome operacje wykonywane gołymi rękami przez filipińskich uzdrowicieli okazały się zręczną sztuczką z ukrytą zwierzęcą tkanką i krwią, co wykazały zarówno analizy laboratoryjne, jak i pokazy iluzjonistów, a orzeczenie amerykańskiej Federalnej Komisji Handlu z 1975 roku nadało temu ustaleniu rangę urzędową.

Spirytyzm chrześcijański na Luzonie
Zjawisko, które zachodnia prasa nazwała psychic surgery, wyrosło z miejscowej tradycji religijnej, zanim stało się towarem eksportowym. Na północnym Luzonie, w prowincjach takich jak Pangasinan, od początku XX wieku działały wspólnoty spirytystów chrześcijańskich, łączące naukę Kardeca, znaną z hiszpańskojęzycznych przekładów, z katolicką pobożnością ludową i z dawnymi przedkolonialnymi wyobrażeniami o uzdrowicielach. W ich nabożeństwach ważną rolę odgrywały modlitwa, odczytywanie Biblii, przekazywanie komunikatów przez media i leczenie chorych przez nałożenie rąk. Uzdrowiciel był w tym ujęciu narzędziem Ducha Świętego, a jego dar miał być darmowy jak sama łaska.
Na tym tle w okresie po drugiej wojnie światowej pojawił się nowy rodzaj praktyki. Uzdrowiciel nie poprzestawał na modlitwie, lecz pozornie otwierał ciało chorego dłońmi, bez narzędzi i znieczulenia, sięgał do wnętrza, wyjmował krwawe skrzepy i fragmenty tkanki, a następnie zamykał „ranę”, po której nie zostawał żaden ślad. Tradycja wskazuje jako pierwszego znanego praktyka Eleuteria Tertego, uzdrowiciela z Pangasinanu, który według przekazów zaczął w ten sposób działać w latach czterdziestych lub pięćdziesiątych. Szczegóły jego wczesnej działalności znane są głównie z relacji uczniów i zwolenników, a ich chronologia bywa niepewna.
Terte miał licznych uczniów i naśladowców. Wokół niego i jego następców ukształtowała się grupa uzdrowicieli, którzy w kolejnych dekadach przyciągali pacjentów nie tylko z Filipin. W ten sposób lokalna praktyka religijna zaczęła wchodzić w obieg międzynarodowy, a wraz z tym zmieniał się jej charakter: z posługi w małej wspólnocie stawała się usługą świadczoną cudzoziemcom.
Tony Agpaoa i turystyka uzdrowieniowa
Najbardziej znanym przedstawicielem tej drugiej fazy był Tony Agpaoa, urodzony w 1939 roku, uczeń Tertego. W latach sześćdziesiątych zyskał rozgłos wśród zachodnich poszukiwaczy cudownych uzdrowień, którzy przybywali do niego do Baguio, górskiego miasta na Luzonie. Agpaoa przyjmował pacjentów z Ameryki Północnej i Europy, a jego klinika stała się ośrodkiem, wokół którego rozwinął się cały przemysł: biura podróży organizowały wycieczki czarterowe, hotele specjalizowały się w obsłudze chorych, a pośrednicy w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej sprzedawali pakiety obejmujące lot, pobyt i serię „operacji”.
W 1967 roku Agpaoa został oskarżony w Stanach Zjednoczonych o oszustwo w związku z wizytą w Detroit, podczas której przyjmował chorych. Uniknął procesu, opuszczając kraj i porzucając kaucję. Wydarzenie to nie zaszkodziło mu jednak w oczach zwolenników, którzy widzieli w nim ofiarę zachodniego establishmentu medycznego. Agpaoa zmarł w 1982 roku, a jego miejsce zajęli inni uzdrowiciele, kontynuujący praktykę przez kolejne dziesięciolecia.
Turystyka uzdrowieniowa lat siedemdziesiątych miała swoją specyficzną klientelę. Byli to najczęściej ludzie ciężko chorzy, nierzadko z rozpoznaniem nowotworu, którym medycyna zachodnia nie dawała już nadziei albo proponowała leczenie, którego się bali. Kontrkultura, rosnące zainteresowanie medycyną alternatywną i duchowością Wschodu sprawiały, że opowieści o uzdrowicielach z Filipin trafiały na podatny grunt. W tym kontekście cena podróży, wysoka dla przeciętnej rodziny, wydawała się rozsądną ceną za ostatnią szansę.
Jak wykonywano „operację”
Opisy zabiegów są zadziwiająco jednolite. Pacjent kładł się na stole, uzdrowiciel lub pomocnik przecierał mu skórę wacikiem, a następnie uzdrowiciel przyciskał palce do brzucha, pleców lub szyi chorego. Pod jego dłońmi pojawiała się czerwona ciecz, a palce zdawały się zagłębiać w ciało. Po chwili uzdrowiciel wyciągał grudkę tkanki lub skrzep, pokazywał go pacjentowi i obecnym, a następnie wycierał skórę, na której nie było ani nacięcia, ani blizny. Całość trwała zwykle kilka minut.
Iluzjoniści, którzy przyglądali się tym pokazom, od razu rozpoznali w nich znane techniki manipulacji. Tkankę i płyn ukrywano w dłoni, w zwiniętym wacie albo w fałdzie ubrania, a w odpowiednim momencie wydobywano je na powierzchnię. Złudzenie zagłębiania palców w ciele uzyskiwano przez zginanie stawów i ugniatanie miękkiej tkanki brzucha, tak że dłoń wydawała się znikać pod skórą, podczas gdy w rzeczywistości jedynie ją fałdowała. Czerwony płyn, wypływający spod palców, był krwią zwierzęcą lub barwnikiem. Wszystko odbywało się szybko, przy ograniczonym oświetleniu i w atmosferze modlitwy, która nie sprzyjała dokładnej obserwacji.
Amerykański iluzjonista James Randi wielokrotnie odtwarzał ten zabieg przed publicznością i kamerami telewizyjnymi, pokazując, że każdy sprawny prestidigitator może uzyskać ten sam efekt bez żadnych nadprzyrodzonych zdolności. Opisał tę technikę także w swojej książce Flim-Flam! z 1980 roku. Pokazy te nie przekonały zwolenników uzdrowicieli, ale dla szerszej publiczności stały się jednym z najbardziej czytelnych dowodów na naturę zjawiska.
Warto zauważyć, dlaczego świadkowie tak często przysięgali, że widzieli otwarte ciało. Iluzja nie działa wyłącznie dzięki zręczności rąk, lecz także dzięki temu, co obserwator spodziewa się zobaczyć. Pacjent leżący na plecach nie widzi własnego brzucha pod właściwym kątem, krewni stojący obok są poruszeni i skupieni na modlitwie, a uzdrowiciel kieruje uwagę wszystkich na grudkę w swojej dłoni w chwili, gdy druga ręka usuwa ślady. Fotografie i filmy, wykonywane przez zachwyconych turystów, utrwalały ten sam kąt widzenia i dlatego nie rozwiewały wątpliwości, lecz je mnożyły. Dopiero zapis z kilku stron, w dobrym świetle i z możliwością odtworzenia w zwolnionym tempie, pozwalał zobaczyć moment wydobycia ukrytego materiału.
Laboratorium i Komisja Handlu
Drugim rodzajem demaskacji były analizy materiału. Lekarze i badacze, którym udało się zabezpieczyć próbki tkanki „usuniętej” z ciał pacjentów, przekazywali je do laboratoriów. Wyniki powtarzały się z monotonną regularnością: tkanka pochodziła od zwierząt, najczęściej od świń lub drobiu, a krew miała grupę niezgodną z grupą krwi pacjenta albo okazywała się krwią zwierzęcą. Amerykański chirurg William Nolen, który badał rozmaitych uzdrowicieli, w tym filipińskich, opisał swoje obserwacje w książce Healing: A Doctor in Search of a Miracle z 1974 roku i doszedł do wniosku, że zabiegi są oszustwem.
Najbardziej formalne rozstrzygnięcie zapadło jednak nie w laboratorium, lecz w urzędzie. W 1975 roku Federalna Komisja Handlu Stanów Zjednoczonych rozpatrywała sprawę amerykańskich biur podróży, które sprzedawały wycieczki na Filipiny i reklamowały je jako drogę do uzdrowienia. Komisja uznała, że chirurgia psychiczna jest całkowitym oszustwem, a promowanie jej jako skutecznej metody leczenia stanowi wprowadzanie konsumentów w błąd. Orzeczenie zakazało biurom takiej reklamy.
Znaczenie tej decyzji polegało na jej charakterze. Komisja nie była ciałem naukowym ani religijnym i nie rozstrzygała o istnieniu duchów czy cudów. Oceniała ofertę handlową i stwierdziła, że sprzedawano usługę, która nie istnieje. W ten sposób spór o chirurgię psychiczną przeniósł się z dziedziny wiary do dziedziny ochrony konsumentów, gdzie argument o dobrej woli i religijnym sensie praktyki tracił znaczenie wobec dowodów na sfałszowanie jej rezultatów.
Sprawa Andy'ego Kaufmana
Najgłośniejszym przypadkiem, który przypomniał o filipińskich uzdrowicielach już po orzeczeniu Komisji, była historia amerykańskiego komika Andy'ego Kaufmana. Pod koniec 1983 roku zdiagnozowano u niego rzadką postać raka płuca. Gdy leczenie konwencjonalne nie przynosiło poprawy, Kaufman zwrócił się do medycyny alternatywnej, a wiosną 1984 roku poleciał na Filipiny, gdzie poddał się zabiegom uzdrowiciela Juna Labo w Baguio. Przez kilka tygodni przechodził serię „operacji”.
Po powrocie do Stanów Zjednoczonych stan Kaufmana szybko się pogorszył. Zmarł 16 maja 1984 roku w Los Angeles w wieku trzydziestu pięciu lat. Według relacji jego przyjaciół sam Kaufman, artysta znany z mistyfikacji i prowokacji, miał rozpoznać podczas zabiegów trik, który był mu znany z dziedziny iluzji. Ta ironia, choć jej szczegóły przekazywane są w różnych wersjach, stała się częścią legendy komika i zarazem jednym z najbardziej poruszających świadectw ceny, jaką płacili chorzy za wiarę w uzdrowicieli.
Sprawa Kaufmana pokazała też, dlaczego demaskacje nie zakończyły praktyki. Ludzie w terminalnym stadium choroby nie podejmują decyzji w trybie chłodnej oceny dowodów. Dla wielu z nich podróż na Filipiny była nie tyle racjonalnym wyborem metody leczenia, ile aktem nadziei, którego nie powstrzymywały ani analizy laboratoryjne, ani orzeczenia urzędowe.
Kolejne pokolenia filipińskich uzdrowicieli prowadziły działalność także w latach dziewięćdziesiątych i później, organizując objazdy po Europie i Ameryce. Co pewien czas dochodziło do interwencji policji i prokuratur w różnych krajach, a prasa powtarzała te same ustalenia, które były znane od lat siedemdziesiątych. Trwałość praktyki mimo dobrze udokumentowanych demaskacji jest jednym z najwyraźniejszych przykładów tego, jak niewiele może dowód wobec rozpaczy.
Wiara, szkoda i odpowiedzialność
Z perspektywy historyka religii filipińska chirurgia psychiczna jest przykładem przemiany lokalnej praktyki duchowej w globalny produkt. W pierwotnym kontekście spirytyzmu chrześcijańskiego na Luzonie uzdrawianie było częścią życia wspólnoty, otoczonego modlitwą i nauczaniem. Dramatyczne „operacje” mogły od początku zawierać element pokazu, którego sens dla uczestników był bardziej symboliczny niż anatomiczny: usunięcie zła z ciała, uczynienie choroby widzialną i namacalną. Nie wiadomo, w jakim stopniu pierwsi praktycy uważali swoje działania za sztuczkę, a w jakim za rytuał.
Gdy jednak praktyka trafiła na rynek turystyczny, te subtelności przestały mieć znaczenie. Cudzoziemcom nie oferowano rytuału symbolicznego, lecz zabieg chirurgiczny, który miał usuwać nowotwory i leczyć choroby uznane za nieuleczalne. Właśnie w tym miejscu dowody laboratoryjne i pokazy iluzjonistów stają się rozstrzygające. Pokazują, że to, co przedstawiano jako operację, było inscenizacją, a wyjęte z ciała grudki pochodziły z kuchni.
Najpoważniejsza szkoda polegała na tym, że niektórzy chorzy rezygnowali z leczenia, które mogło im pomóc, albo je opóźniali. Inni wydawali oszczędności rodzin na podróże, które przynosiły jedynie chwilową ulgę psychiczną. Historia ta nie musi prowadzić do pogardy wobec ludzi szukających ratunku ani do odrzucenia całej religijności Filipin. Prowadzi raczej do prostego wniosku, że pobożność uzdrowiciela i szczerość pacjenta nie czynią prawdziwym zabiegu, którego nigdy nie było.
