Bracia Schneider i pomiary w podczerwieni
Willi i Rudi Schneider z austriackiego Braunau należeli do pierwszych mediów, których seanse kontrolowano elektrycznymi obwodami i wiązką podczerwieni; dzięki temu spór o ich zdolności przestał być sporem o wiarygodność świadków, a stał się sporem o to, jak czytać wskazania aparatów.

Drukarnia w Braunau
Rodzina Schneiderów mieszkała w Braunau am Inn, niewielkim mieście nad granicą austriacko-bawarską. Ojciec, Josef Schneider, był drukarzem, a w domu, jak w wielu ówczesnych domach środkowoeuropejskich, eksperymentowano po pierwszej wojnie światowej z tabliczką do pisania i spontanicznymi seansami. Według relacji rodzinnych to właśnie w takich domowych próbach ujawniły się zdolności starszego z synów, Williego (1903–1971). Po nim podobne zjawiska zaczęto przypisywać młodszemu Rudiemu (1908–1957). Rodzina miała więcej dzieci i niekiedy wspominano o zdolnościach także innych braci, ale w historii badań psychicznych zapisało się tylko tych dwóch.
Repertuar zjawisk był typowy dla mediumizmu fizycznego okresu międzywojennego. W zaciemnionym pokoju przedmioty miały się przesuwać, unosić lub upadać, zasłony gabinetu falowały, słychać było stuki, a uczestnicy odczuwali chłodne powiewy. Pojawiały się też doniesienia o widocznych przez chwilę kształtach przypominających dłonie. Rudi, w transie, mówił głosem przypisywanym przewodniczce „Olgi”, która miała kierować przebiegiem posiedzeń, a jego oddech stawał się wówczas niezwykle szybki i głęboki, co później okazało się istotne dla interpretacji pomiarów.
Nowością nie były więc same zjawiska, lecz sposób ich badania. Willi trafił wcześnie do Monachium, gdzie zajmował się nim Albert von Schrenck-Notzing, a później obaj bracia byli przedmiotem serii badań w kilku krajach. Monachijskie seanse z Willim przyciągały w pierwszej połowie lat dwudziestych licznych gości, wśród nich lekarzy, profesorów i literatów. Uczestniczył w nich także Thomas Mann, który swoje wrażenia opisał w eseju Okkulte Erlebnisse (1923), z charakterystyczną dla siebie mieszaniną ironii, niepokoju i uczciwego przyznania, że nie umie wyjaśnić tego, co widział. Willi odbył też w połowie dekady serię posiedzeń w Londynie, z udziałem członków Society for Psychical Research, które nie przyniosły rozstrzygnięcia. Jego moc, jak mówiono w kręgu rodzinnym, zaczęła potem słabnąć, a na pierwszy plan wysunął się młodszy brat.
Ten etap ma znaczenie przede wszystkim jako tło. Kontrola w Monachium opierała się jeszcze w dużej mierze na zmysłach uczestników, choć Schrenck-Notzing wprowadzał już pewne ulepszenia, jak świecące opaski na kończynach medium. Opinie o wynikach zależały więc od tego, komu się ufało. Właśnie tę zależność kolejni badacze próbowali przeciąć.
W kolejnych badaniach stopniowo wypierano ludzkie trzymanie za ręce przez urządzenia, które miały stwierdzać obecność rąk i nóg medium niezależnie od uwagi uczestników.
Obwód zamiast dłoni świadka
Klasyczna kontrola w seansach polegała na tym, że dwóch sąsiadów medium trzymało je za nadgarstki i dotykało jego stóp swoimi stopami. Słabość tej metody była znana od dawna: w ciemności, przy zmęczeniu i napięciu, łatwo zamienić rękę, łatwo przekonać sąsiada, że trzyma się jedną dłoń, gdy w istocie dotyka się dwóch palców tej samej. Spór o każde zjawisko sprowadzał się wtedy do pytania, czy kontrolujący nie dał się oszukać i czy można mu wierzyć. Była to kwestia charakteru i spostrzegawczości, a nie danych.
Harry Price, brytyjski badacz o talencie do autopromocji i zarazem rzeczywistym zmyśle technicznym, prowadził w swoim londyńskim National Laboratory of Psychical Research serię posiedzeń z Rudim Schneiderem w latach 1929–1932. Price zastosował system elektrycznej kontroli: medium i uczestnicy nosili rękawice i skarpety z metalowymi płytkami, a kontakt dłoni i stóp zamykał obwód połączony z lampkami sygnalizacyjnymi. Jeśli którakolwiek ręka lub stopa straciła styczność, odpowiednia lampka gasła i wszyscy obecni natychmiast wiedzieli, gdzie nastąpiło przerwanie. Kontrola przestawała zależeć od tego, co czuł konkretny człowiek; zależała od tego, czy obwód był zamknięty.
Pierwsze serie z lat 1929–1930 Price ocenił bardzo pozytywnie i opisał w książce Rudi Schneider: A Scientific Examination of His Mediumship (1930). Odnotowywał przesunięcia przedmiotów, ruchy zasłon i inne zjawiska w czasie, gdy lampki potwierdzały unieruchomienie medium i siedzących przy nim osób. Wydawało się, że osiągnięto stan, o którym marzyli badacze od czasów Crookesa: zjawisko zachodzi, a urządzenie zaświadcza, że medium nie mogło go wywołać ręką.
Wiązka podczerwieni i rytm oddechu
Jeszcze dalej poszedł eksperyment przeprowadzony w Paryżu na przełomie lat 1930 i 1931 przez lekarza Eugène’a Osty’ego i jego syna Marcela. Zamiast pytać, czy medium ruszyło ręką, postanowili oni zapytać, czy w przestrzeni wokół przedmiotu wystawionego na stole pojawia się coś, co zatrzymuje promieniowanie. Przez pole przed przedmiotem przepuszczono niewidzialną wiązkę podczerwieni, padającą na czujnik połączony z galwanometrem. Jeśli coś przecięło wiązkę, prąd w obwodzie spadał, a układ mógł automatycznie uruchomić aparaty fotograficzne i dzwonek.
Wyniki opisane przez Osty’ego były osobliwe. Według ich relacji wiązka bywała częściowo pochłaniana, zwykle o kilka do kilkudziesięciu procent, ale fotografie wykonane w tych chwilach nie pokazywały żadnego widocznego obiektu. Jeszcze ciekawsze było to, że wahania absorpcji miały przebiegać w rytmie zbliżonym do przyspieszonego oddechu Rudiego w transie, szybciej niż on, w regularnej relacji. Badacze wyciągnęli z tego wniosek o istnieniu niewidzialnej „substancji”, emanującej z medium i zależnej od jego fizjologii.
W tym miejscu wyraźnie widać zmianę, o którą chodzi. Dawne protokoły mówiły: „widzieliśmy dłoń”, „uniósł się stolik”. Paryskie zapisy mówiły: „galwanometr wskazał spadek natężenia”. Nikt nie musiał wierzyć, że ktoś dobrze widział w ciemności; należało natomiast rozstrzygnąć, co oznacza krzywa na papierze. Sceptycy mieli tu łatwiejszy i zarazem trudniejszy orzech do zgryzienia: nie mogli zarzucać obserwatorom złudzeń, ale mogli pytać o drgania stołu, ruchy powietrza, nagrzewanie się elementów, wpływ ruchów samego medium na układ i o to, kto i jak kalibrował aparaturę.
Związek z oddechem był zarazem najmocniejszym i najsłabszym punktem tego wyniku. Dla zwolenników stanowił podpis fizjologii medium, trudny do podrobienia, bo nikt świadomie nie zsynchronizowałby niewidzialnego zjawiska z własnym rytmem oddechowym. Dla sceptyków był wskazówką, że należy szukać przyczyny mechanicznej: szybki, gwałtowny oddech porusza ciało, krzesło, podłogę i powietrze, a czuły układ optyczny mógł reagować właśnie na takie drgania. Rozstrzygnięcie wymagałoby powtórzeń w innych warunkach, z innym medium i inną aparaturą, a tych w dostatecznej liczbie nigdy nie przeprowadzono.
Price przejął później podobne rozwiązanie i w Londynie również próbowano wiązek podczerwieni. Wyniki z tych prób były jednak mniej jednoznaczne, a interpretacje coraz bardziej się rozchodziły. Pojawiło się pytanie, które w badaniach mediumicznych wcześniej rzadko formułowano tak wyraźnie: czy anomalia w odczycie, niewytłumaczona przez badaczy, jest już dowodem zjawiska ponadnormalnego, czy tylko dowodem, że nie zrozumiano własnego urządzenia.
Zdjęcie z 1932 roku
Najbardziej znanym epizodem tej historii jest konflikt, który zakończył współpracę Price’a z Rudim. W 1932 roku, po kolejnej serii posiedzeń, Price ogłosił, że na jednej z fotografii, wykonanej automatycznie w chwili zjawiska, widać rękę medium uniesioną i wyciągniętą do tyłu, podczas gdy według zapisów kontrolnych miała być unieruchomiona. Oznaczało to, że Rudi uwolnił rękę i sam poruszył przedmiot. Price przedstawił to jako demaskację, choć jeszcze niedawno był jego gorącym obrońcą.
Opinia badaczy nigdy nie była w tej sprawie jednomyślna. Część uznała zdjęcie za rozstrzygające i przyjęła, że elektryczna kontrola miała luki, które medium nauczyło się wykorzystywać. Inni zwracali uwagę na okoliczności: Price ogłosił swój zarzut dopiero po pewnym czasie, w momencie, gdy Rudi prowadził równolegle seanse z innymi badaczami, a relacje między nimi były już napięte; podnoszono też wątpliwości co do techniki wykonania fotografii i możliwości podwójnej ekspozycji. Szczegółową krytykę postępowania Price’a przedstawiła po latach badaczka Anita Gregory w książce The Strange Case of Rudi Schneider (1985), która uznała jego oskarżenie za słabo uzasadnione.
Równolegle, w latach 1932–1933, Rudiego badał zespół związany z lordem Charlesem Hope’em i Society for Psychical Research, który ogłosił raport ostrożny, ani nie potwierdzający, ani nie odrzucający wcześniejszych wyników. Zjawiska stawały się słabsze, a sam Rudi tracił zainteresowanie występami. Po połowie lat trzydziestych wycofał się z seansów, ożenił się, pracował jako mechanik samochodowy w Weyer w Górnej Austrii i zmarł w 1957 roku. Willi już wcześniej przestał występować jako medium.
Spór przeniesiony do aparatury
Historia Schneiderów jest zwykle czytana jako jeszcze jeden rozdział w długim pojedynku zwolenników i sceptyków. Ciekawsza jest jednak jako przykład zmiany samej natury tego pojedynku. Dopóki dowodem był świadek, debata dotyczyła ludzi: ich wiedzy, uczciwości, wieku, wzroku, przekonań religijnych. Gdy dowodem stał się odczyt, debata przesunęła się na teren metodologii pomiaru, który znamy z historii nauk eksperymentalnych. Pytano o kalibrację, artefakty, szumy, warunki zewnętrzne, możliwość wpływu oczekiwań na interpretację zapisu.
Ta zmiana nie rozstrzygnęła sprawy, ale ją uszlachetniła. Okazało się, że aparat nie usuwa ludzkiego czynnika, lecz przenosi go na inny poziom: zamiast pytać, czy kontrolujący nie dał się oszukać, trzeba pytać, kto zaprojektował układ, kto go nadzorował, kto wybierał, które serie są istotne, i kto decydował o publikacji. Zdjęcie z 1932 roku pokazuje to z całą ostrością. Automatyczny aparat wykonał fotografię bez udziału ludzkiej woli, lecz jej znaczenie ustalił człowiek, a inni ludzie przez dziesięciolecia spierali się, czy ustalił je uczciwie.
W dziejach parapsychologii bracia z Braunau stoją więc na przełomie. Przed nimi badania mediów fizycznych były w gruncie rzeczy kroniką sądową, zestawieniem zeznań. Po nich takie badania, jeśli w ogóle były prowadzone, musiały posługiwać się aparaturą, a z czasem w znacznej mierze przeniosły się z ciemnego pokoju do laboratoriów statystycznych, gdzie zamiast stolików badano karty i kostki. Czy Rudi Schneider poruszał przedmioty siłą, której nie znamy, pozostaje kwestią otwartą dla niewielu i zamkniętą dla większości. Pewne jest natomiast, że jego przypadek nauczył badaczy, iż nawet najczulszy czujnik niczego nie rozstrzyga bez sporu o to, jak rozumieć jego wskazanie.
