Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Spis halucynacji SPR 1889–1894

Przeprowadzony przez Towarzystwo Badań Psychicznych w latach 1889–1894 Census of Hallucinations, oparty na siedemnastu tysiącach odpowiedzi, był pierwszą zakrojoną na szeroką skalę ankietą o doświadczeniach anomalnych w zwykłej populacji i zarazem ważnym, choć często zapominanym, rozdziałem historii statystyki psychologicznej.

William Mumler z domniemaną postacią ducha
William Mumler z domniemaną postacią ducha

Zlecenie z paryskiego kongresu

Pomysł spisu nie zrodził się wyłącznie w kręgu badaczy zjawisk psychicznych. W 1889 roku w Paryżu obradował pierwszy Międzynarodowy Kongres Psychologii Fizjologicznej, zgromadzenie, na którym spotkali się przedstawiciele rodzącej się psychologii eksperymentalnej z Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Kongres uznał, że systematyczne zbadanie, jak często zdrowi ludzie doświadczają halucynacji, jest zagadnieniem godnym międzynarodowej współpracy. Brytyjską część zadania powierzono Henry'emu Sidgwickowi, który kierował odpowiednim komitetem Towarzystwa Badań Psychicznych. Podobne ankiety, choć na mniejszą skalę, prowadzono także w innych krajach; w Stanach Zjednoczonych zajmował się tym William James.

Ten rodowód jest istotny. Spis nie był przedsięwzięciem marginalnej sekty, lecz projektem uznanym przez gremium naukowe, które dopiero kształtowało swoją dyscyplinę. W latach 80. XIX wieku granica między psychologią akademicką a badaniami psychicznymi była płynna. Wielu uczestników paryskiego kongresu interesowało się hipnozą, sugestią, rozdwojeniem osobowości i zjawiskami granicznymi świadomości. Pytanie o to, czy halucynacje zdarzają się wyłącznie chorym, czy także ludziom zdrowym, należało do zagadnień wspólnych obu środowiskom.

Komitet, który przygotował raport, tworzyli Henry Sidgwick, Alice Johnson, Frederic Myers, Frank Podmore i Eleanor Sidgwick. Alice Johnson, absolwentka Newnham College z wykształceniem przyrodniczym, wykonała dużą część pracy nad klasyfikacją materiału i obliczeniami, choć jej udział bywa w popularnych opisach pomijany.

Praca trwała kilka lat. Wstępne wyniki przedstawiano na kolejnym kongresie psychologicznym, który odbył się w Londynie w 1892 roku pod przewodnictwem samego Sidgwicka, co dodatkowo wiązało przedsięwzięcie z międzynarodowym środowiskiem psychologów. Ostateczny raport powstał dopiero dwa lata później, po żmudnym sprawdzaniu poszczególnych relacji, korespondencji z respondentami i poszukiwaniu dokumentów, które mogłyby potwierdzić podawane przez nich daty. Ta faza pracy, niewidoczna w samych liczbach, pochłonęła najwięcej czasu.

W języku komitetu kluczowe było pojęcie halucynacji prawdziwościowej, czyli takiej, która zbiega się z rzeczywistym zdarzeniem niedostępnym zmysłom osoby doświadczającej. Termin ten nie zakładał z góry wyjaśnienia; nazywał jedynie układ faktów, który domagał się interpretacji. Dzięki niemu można było mówić o zjawach umierających bez używania języka spirytystycznego i bez rozstrzygania, czy przyczyną jest telepatia, czy coś innego.

Pytanie i jego sformułowanie

Rdzeniem ankiety było jedno pytanie. W przekładzie brzmiało ono mniej więcej tak: czy kiedykolwiek, będąc przekonanym, że całkowicie czuwasz, miałeś żywe wrażenie, że widzisz żywą istotę lub przedmiot nieożywiony, że coś cię dotyka albo że słyszysz głos – wrażenie, które, o ile mogłeś stwierdzić, nie wynikało z żadnej zewnętrznej przyczyny fizycznej? Osoby odpowiadające twierdząco proszono o dodatkowe szczegóły: opis doświadczenia, datę, okoliczności, stan zdrowia, a także informację, czy wrażenie zbiegło się z jakimś zdarzeniem zewnętrznym.

Konstrukcja pytania zasługuje na uwagę. Unikano w nim słów takich jak „duch”, „zjawa” czy „widmo”, które sugerowałyby interpretację. Pytano o wrażenie zmysłowe, nie o jego przyczynę, i zastrzegano stan czuwania, aby oddzielić halucynacje od snów. Jednocześnie formuła „o ile mogłeś stwierdzić” przenosiła na respondenta ocenę, czy istniała przyczyna fizyczna, co otwierało drogę do licznych niejasności. Autorzy raportu zdawali sobie z tego sprawę i w opracowaniu odrzucali przypadki, w których prawdopodobne było złudzenie wywołane rzeczywistym bodźcem albo stan półsnu.

Ankietę rozprowadzała sieć kilkuset ochotników, którzy zbierali odpowiedzi wśród znajomych, sąsiadów, współpracowników. Zebrano w ten sposób około siedemnastu tysięcy odpowiedzi od dorosłych osób. Taka liczba była na tle ówczesnych badań psychologicznych imponująca; większość eksperymentów laboratoryjnych prowadzono na kilku lub kilkunastu osobach. Spis stał się w ten sposób jednym z pierwszych przykładów psychologii opartej na dużej próbie, a nie na pojedynczych przypadkach.

Co pokazały liczby

Raport, opublikowany w 1894 roku w dziesiątym tomie Proceedings of the Society for Psychical Research, liczył kilkaset stron. Jego pierwszym wynikiem było stwierdzenie, które dziś brzmi banalnie, a w swoim czasie miało znaczenie: odpowiedzi twierdzącej udzieliła mniej więcej co dziesiąta osoba. Halucynacje, rozumiane jako wyraźne wrażenia zmysłowe bez zewnętrznej przyczyny, okazały się doświadczeniem stosunkowo częstym wśród ludzi, którzy nie byli chorzy psychicznie i nie mieli za sobą żadnej diagnozy. Kobiety zgłaszały je częściej niż mężczyźni, a najczęstsze były wrażenia wzrokowe, na drugim miejscu słuchowe.

Autorzy analizowali także treść doświadczeń. Wiele z nich dotyczyło postaci ludzkich, często rozpoznanych przez osobę doświadczającą, inne były nieokreślone: cień, sylwetka, głos wołający po imieniu. Raport opisywał również wpływ zdrowia, zmęczenia, żałoby i lęku, starając się ustalić, w jakich warunkach halucynacje pojawiają się najczęściej. Te części opracowania są dziś najmniej znane, choć z punktu widzenia psychologii należą do najwartościowszych.

Najwięcej uwagi przyciągnął jednak inny rozdział. Komitet wyodrębnił przypadki, w których halucynacja wzrokowa przedstawiała rozpoznaną osobę, a ta osoba – jak się później okazywało – umierała w ciągu dwunastu godzin przed doświadczeniem lub po nim. Aby ocenić, czy takie zbiegi są przypadkowe, autorzy posłużyli się ówczesnymi danymi o śmiertelności w Anglii i Walii. Rozumowali następująco: skoro wiadomo, jaka część ludności umiera w ciągu roku, można oszacować prawdopodobieństwo, że losowo wybrana osoba umrze w konkretnej dobie. Jeśli halucynacje nie mają związku ze śmiercią przedstawianych w nich osób, odsetek zbieżności powinien być zbliżony do tego prawdopodobieństwa. Według obliczeń komitetu był on wielokrotnie, nawet kilkaset razy wyższy.

Zdanie, które miało stać się sławne

Z tych wyliczeń komitet wyprowadził wniosek sformułowany z rzadką w jego pracach stanowczością. Raport stwierdzał, że między śmiercią a zjawami osób umierających istnieje związek, który nie jest dziełem przypadku, i że autorzy uznają to za fakt dowiedziony. Zdanie to cytowano później wielokrotnie, zarówno jako świadectwo powagi badań psychicznych, jak i jako przykład ich nadmiernych ambicji.

Zastrzeżenia dotyczyły kilku poziomów. Pierwszym była pamięć. Ludzie pytani o doświadczenia sprzed wielu lat przypominają sobie łatwiej te, które zbiegły się z ważnym wydarzeniem, a zapominają o tych, które nie miały żadnego dalszego ciągu. Halucynacja widzianej postaci, po której nic się nie wydarzyło, mogła wypaść z pamięci po kilku miesiącach; ta sama halucynacja, po której nadszedł telegram o śmierci, stawała się wspomnieniem na całe życie. Komitet znał ten problem i próbował go skorygować, zakładając, że wiele niezbieżnych halucynacji zostało zapomnianych, i zwiększając odpowiednio mianownik. Krytycy twierdzili, że korekta była niewystarczająca albo arbitralna.

Drugim zastrzeżeniem był sposób zbierania odpowiedzi. Ankieterzy nie losowali respondentów, lecz docierali do osób ze swojego otoczenia, a więc ze środowisk o określonym wykształceniu, klasie i często zainteresowaniach. Można było przypuszczać, że osoby, które miały niezwykłe przeżycie, chętniej brały udział w badaniu, a ankieterzy chętniej docierali do nich, gdy słyszeli o takich doświadczeniach. Autorzy raportu starali się temu zapobiec, prosząc o zbieranie odpowiedzi od wszystkich, bez wcześniejszej selekcji, ale nie mieli narzędzi, by sprawdzić, w jakim stopniu ta prośba była przestrzegana.

Trzecie zastrzeżenie dotyczyło samego ustalania zbieżności. Wiele relacji nie dawało się potwierdzić niezależnymi dokumentami, a precyzja co do godziny śmierci i godziny halucynacji była różna. Komitet przyjmował do grupy zbieżnych jedynie przypadki, które uznał za dobrze poświadczone, lecz kryteria tego uznania nieuchronnie zawierały element oceny.

Miejsce spisu w historii psychologii

Mimo tych słabości spis zajmuje w dziejach nauk o człowieku miejsce wyjątkowe. Był jednym z pierwszych badań, które próbowały oszacować częstość pewnego typu doświadczenia psychicznego w populacji ogólnej, a nie w szpitalu czy gabinecie lekarza. Stosował porównanie z oczekiwaniem probabilistycznym opartym na danych demograficznych, co było wówczas metodą nową w psychologii, choć znaną w statystyce społecznej. Postawił też pytanie, które powróciło znacznie później w psychiatrii: czy halucynacje są wyłącznie objawem choroby, czy także zjawiskiem obecnym w zwykłym życiu?

W XX wieku sam spis był kilkakrotnie podejmowany na nowo. Towarzystwo Badań Psychicznych powtórzyło podobną ankietę w latach 40.; jej opracowanie przygotował Donald West i ogłosił w 1948 roku. Później, już poza kontekstem badań psychicznych, epidemiolodzy psychiatrii prowadzili badania nad doświadczeniami halucynacyjnymi w populacjach ogólnych i doszli do wniosku, że nie są one rzadkością. Badacze tej problematyki niekiedy przywołują raport z 1894 roku jako odległego poprzednika, przeważnie pomijając jego wątek dotyczący zgonów.

Historykowi idei spis pokazuje coś więcej niż etap rozwoju metody. Widać w nim, jak późnowiktoriańscy badacze próbowali przenieść pytanie o duszę na grunt liczb, nie rezygnując z niego i nie zamieniając go w dogmat. Henry Sidgwick, Alice Johnson i ich współpracownicy wierzyli, że cierpliwe zliczanie pojedynczych świadectw może doprowadzić do wniosku, którego żadne pojedyncze świadectwo nie byłoby w stanie unieść. Czy mieli rację co do związku między śmiercią a zjawą, pozostaje kwestią sporną. Mieli natomiast rację co do tego, że doświadczenia, o których wstydzono się mówić lekarzom, są częścią zwykłego ludzkiego życia i zasługują na badanie bez pogardy i bez łatwowierności. W tym sensie skromna ankieta rozdawana przez ochotników w salonach, biurach i parafiach otworzyła temat, który psychologia akademicka podjęła dopiero sto lat później.

Pozostaje jeszcze jedna lekcja, mniej oczywista. Spis był przedsięwzięciem zbiorowym, opartym na zaufaniu do setek pośredników i tysięcy anonimowych respondentów. Jego wartość i jego słabość wynikały z tego samego źródła: z próby zbudowania wiedzy o rzeczach niezwykłych z materiału całkowicie zwyczajnego, jakim są wspomnienia ludzi niezajmujących się nauką. Nie da się tej metody uznać za doskonałą, ale trudno też wskazać lepszą drogę do zbadania doświadczeń, które z natury pojawiają się niespodziewanie, poza zasięgiem laboratorium, i znikają, zanim ktokolwiek zdąży je zmierzyć.