Konstantīns Raudive i głosy z taśmy
Zjawisko głosów elektronicznych, odkryte przez Friedricha Jürgensona w 1959 roku i rozsławione przez Konstantīnsa Raudive'a w Breakthrough z 1971 roku, przeniosło spirytyzm w epokę magnetofonu i radia, a jego najprostsze wyjaśnienia odwołują się do pareidolii słuchowej oraz przypadkowo przechwyconych audycji.

Ptaki w Mölnbo
Historia zaczyna się od nagrań ptasiego śpiewu. Friedrich Jürgenson, szwedzki malarz, śpiewak i filmowiec, urodzony w 1903 roku w Odessie, nagrywał latem 1959 roku głosy ptaków w okolicach swojego wiejskiego domu w Mölnbo pod Sztokholmem. Odsłuchując taśmy, usłyszał – jak twierdził – ludzki głos, który mówił po norwesku o nocnych głosach ptaków. Kolejne nagrania przyniosły, jego zdaniem, dalsze wypowiedzi, w tym słowa, które przypisał zmarłej matce. Jürgenson uznał, że magnetofon rejestruje głosy zmarłych, niesłyszalne dla ucha w chwili nagrania, a ujawniające się dopiero przy odtwarzaniu.
Swoje doświadczenia opisał w książce Rösterna från rymden, czyli „Głosy z kosmosu”, wydanej w 1964 roku, a następnie w pracy, która w przekładzie niemieckim ukazała się jako Sprechfunk mit Verstorbenen, czyli „Łączność radiowa ze zmarłymi”. Jürgenson nie był typowym spirytystą. Nie organizował seansów, nie wchodził w trans, nie przypisywał sobie daru mediumicznego. Twierdził jedynie, że urządzenie techniczne, dostępne w każdym domu, okazało się czulsze od ludzkiego ucha. W tym twierdzeniu zawierała się nowość jego odkrycia: kontakt ze zmarłymi przestawał zależeć od osoby, a zaczynał zależeć od aparatury.
Związek spirytyzmu z techniką komunikacyjną nie był zresztą niczym nowym. Już w latach pięćdziesiątych XIX wieku amerykańscy spirytyści mówili o „duchowym telegrafie”, a pukania sióstr Fox interpretowano jako alfabet podobny do kodu Morse'a. Fotografia dała początek fotografii spirytystycznej, a radio ożywiło spekulacje o falach, którymi mogliby posługiwać się zmarli. Każde nowe medium przenoszące znaki na odległość stawało się metaforą kontaktu z zaświatami, a niekiedy także obiecywanym narzędziem tego kontaktu. Magnetofon, który pozwalał utrwalić i wielokrotnie odtworzyć dźwięk, dołączył do tej linii w chwili, gdy stał się sprzętem domowym, tani i łatwy w obsłudze.
Łotewski psycholog przy magnetofonie
Konstantīns Raudive urodził się w 1909 roku na Łotwie, studiował psychologię i filozofię w kilku krajach Europy i był autorem książek o tematyce psychologicznej i literackiej. Po drugiej wojnie światowej, jak wielu łotewskich intelektualistów, pozostał na emigracji, najpierw w Szwecji, a potem w Niemczech, gdzie osiadł w Bad Krozingen. W 1965 roku zetknął się z pracami Jürgensona, odwiedził go i wkrótce rozpoczął własne eksperymenty, którym poświęcił resztę życia.
Raudive był badaczem nadzwyczaj wytrwałym. Nagrywał godzinami, zarówno przez mikrofon w cichym pokoju, jak i przez odbiornik radiowy nastawiony na szum między stacjami, a także przy użyciu prostych obwodów z diodą, które miały wychwytywać sygnały bez anteny w zwykłym sensie. Każdą taśmę odsłuchiwał wielokrotnie, często w zwolnionym tempie, i wypisywał rozpoznane wypowiedzi. Według jego własnych wyliczeń zebrał dziesiątki tysięcy takich głosów. W 1968 roku wydał w Niemczech książkę Unhörbares wird hörbar, „Niesłyszalne staje się słyszalne”, a jej rozszerzone wydanie angielskie ukazało się w 1971 roku pod tytułem Breakthrough nakładem brytyjskiego wydawcy Colina Smythe'a.
Głosy opisane przez Raudive'a miały cechy charakterystyczne. Były krótkie, zwykle kilkusylabowe, szybkie i rytmiczne, a często mieszały kilka języków w jednym zdaniu: łotewski, niemiecki, szwedzki, rosyjski, angielski, łacinę. Raudive odczytywał w nich osobiste zwroty, imiona zmarłych znajomych i postaci historycznych, komentarze do jego własnej pracy. Wielojęzyczność traktował jako cechę samego zjawiska, właściwą istotom, które przekroczyły granice narodowe. Nie zastanawiał się dostatecznie nad tym, że połączenie języków odpowiadało dokładnie jego własnej biografii – emigranta, który znał je wszystkie.
Sposób pracy Raudive'a miał przy tym własną logikę, którą warto opisać, bo to w niej tkwi klucz do zjawiska. Rozróżniał głosy mikrofonowe, radiowe i diodowe, oceniał ich wyrazistość według skali od wyraźnych do ledwie uchwytnych i zapisywał je z zaznaczeniem języka każdego słowa. Najsłabsze fragmenty wymagały, jak sam przyznawał, długiego wsłuchiwania się i wprawy, której nabywał latami. Z punktu widzenia zwolenników była to wprawa podobna do tej, jakiej potrzebuje ornitolog rozpoznający ptaki po głosie. Z punktu widzenia psychologa percepcji opis ten przedstawia raczej proces stopniowego uczenia się interpretacji szumu, w którym wyćwiczony słuchacz coraz łatwiej znajduje to, czego szuka. Breakthrough zawierał setki takich transkrypcji wraz z komentarzami Raudive'a, a rozpoznanie słów przez czytelnika zależało od tego, czy najpierw przeczytał zapis, czy najpierw usłyszał nagranie.
Próby z Pye i ekranowane pomieszczenie
Wydanie angielskie Breakthrough poprzedziła seria demonstracji, które miały przekonać wydawcę i opinię publiczną. Ich kronikarzem był Peter Bander, współpracownik Smythe'a, który opisał całą sprawę w książce Carry On Talking z 1972 roku. Bander, z początku sceptyczny, przyznawał, że przy odsłuchu jednej z taśm usłyszał głos, który przypisał zmarłej matce. W 1971 roku przeprowadzono nagrania w studiu firmy Pye Records, z udziałem jej inżynierów, którzy mieli zadbać o to, by do urządzeń nie przenikały sygnały z zewnątrz. Na taśmach pojawiły się dźwięki, które uczestnicy rozpoznali jako głosy. Kolejne próby w pomieszczeniu ekranowanym przed falami radiowymi, w laboratorium specjalizującym się w tłumieniu zakłóceń, miały przynieść podobne rezultaty.
Relacja Bandera i reklama książki zrobiły z tych prób główny argument zwolenników EVP, czyli „zjawiska głosów elektronicznych”. Warto jednak zauważyć, co próby rzeczywiście ustaliły. Wykazały, że na taśmach pojawiają się dźwięki, które słuchacze interpretują jako mowę; nie wykazały, że mowa ta ma określoną treść, niezależną od interpretacji, ani że jej źródłem są zmarli. Ekranowanie i nadzór techniczny mogły zmniejszyć prawdopodobieństwo przechwycenia audycji, ale nie wyeliminowały zjawisk wewnętrznych samego sprzętu: szumu elektronicznego, przesłuchów, interferencji. Inżynierowie, którzy przyznawali, że nie potrafią od razu wyjaśnić konkretnego dźwięku, nie potwierdzali tym samym hipotezy spirytystycznej.
Słyszeć to, czego się oczekuje
Najprostszym i najczęściej przywoływanym wyjaśnieniem EVP jest pareidolia słuchowa – skłonność ludzkiego mózgu do rozpoznawania mowy w przypadkowych dźwiękach. Zjawisko to jest dobrze znane z psychologii percepcji. Układ słuchowy jest nastawiony na wychwytywanie wzorców mowy z otoczenia pełnego szumów, a przy wielokrotnym odsłuchiwaniu tego samego fragmentu, szczególnie w zwolnionym tempie, rośnie prawdopodobieństwo, że słuchacz „usłyszy” słowa. Gdy wie przy tym, jakich słów szukać – bo badacz mu je podpowiada lub zapisuje – rozpoznanie niemal się narzuca.
Psychologia słyszenia zna kilka mechanizmów, które czynią ten proces zrozumiałym. Jednym jest tak zwane uzupełnianie fonemów: gdy fragment słowa zostaje zagłuszony szumem, słuchacz zwykle nie zauważa braku i „słyszy” całość, odtwarzając brakujące głoski z kontekstu. Innym jest efekt przekształceń werbalnych, opisany w eksperymentach z odtwarzaniem w pętli tego samego słowa: po kilkudziesięciu powtórzeniach słuchacze zaczynają słyszeć inne słowa, choć bodziec się nie zmienia. Odsłuchiwanie krótkiego, niewyraźnego fragmentu taśmy po wielekroć tworzy dokładnie takie warunki. Nie trzeba zakładać ani oszustwa, ani zaburzenia; wystarczy normalnie działający słuch w nienormalnych warunkach.
Właśnie ten mechanizm ujawniały próby, w których te same nagrania dawano do odsłuchu kilku osobom bez wcześniejszej sugestii. Słuchacze często rozpoznawali w nich różne słowa albo nie rozpoznawali żadnych. W latach siedemdziesiątych brytyjski badacz David Ellis, prowadzący stypendialne badania w Cambridge, przeanalizował nagrania Raudive'a i uczestniczył w jego sesjach. Doszedł do wniosku, że wiele głosów można wyjaśnić fragmentami przechwyconych audycji radiowych, a reszta jest efektem interpretacji przez słuchaczy szumu i przypadkowych dźwięków. Zwrócił też uwagę, że rozpoznania Raudive'a były wyraźnie zależne od jego oczekiwań i znajomości języków.
Druga grupa wyjaśnień dotyczy samej techniki. Proste magnetofony i odbiorniki lat sześćdziesiątych były podatne na przechwytywanie sygnałów z silnych nadajników, zwłaszcza krótkofalowych, a obwody z diodą działają jak prymitywne odbiorniki zdolne wychwycić audycję bez strojenia. Fragmenty mowy z różnych stacji, w różnych językach, przyciętych i zniekształconych, mogą tworzyć właśnie taki wielojęzyczny, urywany materiał, jaki Raudive brał za mowę zmarłych. Także samo wzmacnianie szumu i odtwarzanie go z inną prędkością tworzy dźwięki przypominające sylaby.
Spirytyzm w epoce elektroniki
Raudive zmarł w 1974 roku w Bad Krozingen, a Jürgenson w 1987 roku. Ruch, który zapoczątkowali, przetrwał ich obu i rozwinął się w zjawisko szersze, nazywane w niemieckim środowisku Instrumentelle Transkommunikation. Jego zwolennicy przechodzili od magnetofonu do telefonu, telewizora, a później komputera, w każdym nowym medium szukając śladów przekazu z zaświatów. Powstały stowarzyszenia, czasopisma i instrukcje dla amatorów, a nagrywanie głosów stało się praktyką domową, dostępną bez pośrednictwa mediów.
Historyczna doniosłość EVP polega na tym, że przeniosło spirytyzm z obszaru zdolności osobistych w obszar techniki. Dziewiętnastowieczny seans potrzebował medium, którego dar był rzadki i którego uczciwość można było podważyć. Magnetofon wydawał się przyrządem neutralnym, wolnym od podejrzeń o oszustwo. Paradoksalnie właśnie ta pozorna neutralność odsłaniała istotę problemu. Gdy nie ma już medium, które mogłoby oszukiwać, źródłem przekazu okazuje się sam słuchacz – jego słuch, jego oczekiwania, jego potrzeba usłyszenia głosu bliskich. Pomiędzy szumem a znaczeniem stoi człowiek, który odsłuchuje taśmę po raz dwudziesty, i to on, nie aparat, decyduje, co zostało powiedziane.
Nie trzeba przy tym przypisywać Raudive'owi ani Jürgensonowi złej woli. Obaj byli ludźmi wykształconymi i szczerze przekonanymi o znaczeniu swojego odkrycia, a ich praca miała dla nich sens głęboko osobisty i duchowy. Historia ich eksperymentów jest jednak pouczającym przykładem tego, jak nowe medium techniczne może zostać włączone w bardzo stary wzór wyobrażeń: oczekiwanie, że zmarli szukają drogi do żyjących i że każde urządzenie zdolne przenosić głos może stać się ich narzędziem.
