Święte Oficjum i zakaz udziału w seansach z 1917 roku
Katolickie potępienie spirytyzmu przeszło w ciągu sześciu dekad drogę od pastoralnych ostrzeżeń przed nadużyciami magnetyzmu do formalnego zakazu udziału w seansach, wydanego przez Święte Oficjum w 1917 roku i interpretowanego przez teologów w kategoriach demonologii oraz starej nauki o nekromancji.

Od magnetyzmu do wywoływania dusz
Kiedy w połowie XIX wieku zjawiska seansowe docierały z Ameryki do Europy, Kościół katolicki dysponował już pewnym doświadczeniem w ocenie praktyk na pograniczu medycyny, psychologii i religii. Od lat czterdziestych kongregacja Świętego Oficjum, czyli rzymski trybunał strzegący czystości doktryny, odpowiadała na zapytania biskupów dotyczące zwierzęcego magnetyzmu w duchu Mesmera. Pytano, czy wolno korzystać z magnetycznego snu dla celów leczniczych, czy somnambulicy mogą moralnie godziwie przepowiadać przyszłość albo widzieć rzeczy odległe. Odpowiedzi były ostrożne: samo użycie sił naturalnych w celach godziwych nie zostało potępione, natomiast sięganie po skutki przekraczające naturę uznano za niedopuszczalne.
Przełomowy dokument tego wczesnego okresu pochodzi z lata 1856 roku. Święte Oficjum skierowało wówczas do biskupów całego świata pismo okólne przeciwko nadużyciom magnetyzmu. Wymieniało w nim praktyki, które uważało za szczególnie niebezpieczne: jasnowidzenie w transie, rozmowy z rzekomymi duszami zmarłych, poszukiwanie przez somnambuliczki wiadomości o rzeczach ukrytych i odległych. Dokument nazywał takie działania oszustwem lub niedozwolonym zabobonem i wzywał pasterzy do czujności. Słowo „spirytyzm” nie było jeszcze w powszechnym obiegu, lecz opisane zjawiska odpowiadają dokładnie temu, co wkrótce miało się nazywać komunikacją z duchami.
Charakterystyczny dla dokumentu z 1856 roku jest jego ton. Rzym nie formułował w nim nowej doktryny, lecz przypominał zasady starsze niż sam magnetyzm: że ludzka ciekawość nie ma prawa sięgać po wiedzę zakrytą przez Boga środkami, które nie są ani naturalne, ani uświęcone. Była to w istocie nauka moralna o granicach poznania, a jej adresatami byli spowiednicy i duszpasterze, nie uczeni.
Indeks i zakaz lektury
W kolejnej dekadzie, gdy doktryna Allana Kardeca zyskała formę systemu, Kościół zastosował wobec niej najbardziej rutynowe ze swoich narzędzi. W 1864 roku główne dzieła francuskiego autora trafiły na Indeks ksiąg zakazanych. Oznaczało to, że katolik nie mógł ich czytać, przechowywać ani rozpowszechniać bez specjalnego pozwolenia. Środek ten dotyczył jednak tekstów, nie praktyk; ktoś, kto nie czytał Kardeca, lecz brał udział w seansach stolikowych w salonie znajomych, pozostawał w strefie, której prawo kanoniczne nie określało precyzyjnie.
Ta luka przez dziesięciolecia wypełniana była przez nauczanie lokalne. Biskupi wydawali listy pasterskie, kaznodzieje przestrzegali z ambon, publicyści katoliccy pisali broszury, w których seanse przedstawiano jako bramę do utraty wiary i zdrowia psychicznego. Spowiednicy otrzymywali wskazówki, jak traktować penitentów, którzy przyznawali się do udziału w posiedzeniach. Wszystko to tworzyło spójną kulturę nieufności, ale nie jednolitą normę prawną obowiązującą cały Kościół.
Odpowiedź z 1898 roku
Jednym z kroków ku takiej normie była odpowiedź Świętego Oficjum z 1898 roku. Dotyczyła przypadku, który dobrze pokazuje, z jaką argumentacją zmagali się wówczas teologowie. Przedstawiono kongregacji sytuację osoby, która wykluczając wszelki kontakt ze złym duchem, pragnęła przez pismo automatyczne porozumiewać się z duszami zmarłych i zapewniała o pobożności swych intencji. Pytanie brzmiało więc: czy dobra wola i deklarowane wyrzeczenie się demona czynią taką praktykę godziwą? Odpowiedź była przecząca.
Znaczenie tego rozstrzygnięcia polega na tym, że odrzuciło ono najbardziej przekonujący argument katolików zafascynowanych spirytyzmem. Wielu z nich twierdziło, że nie wywołują demonów, lecz modlą się za zmarłych i szukają u nich pocieszenia, co nie różni się zasadniczo od nabożeństwa za dusze czyśćcowe. Rzym uznał, że sama intencja nie zmienia natury czynu. Jeśli kontakt z zaświatami nawiązuje się środkami nieprzewidzianymi w porządku łaski, deklaracja pobożności nie chroni przed niebezpieczeństwem, a może je nawet maskować.
W tych samych latach ukazywały się prace, które dostarczały argumentacji z pogranicza teologii i medycyny. Giuseppe Lapponi, lekarz papieży Leona XIII i Piusa X, opublikował w 1897 roku książkę Ipnotismo e spiritismo, w której łączył diagnozę medyczną z oceną moralną. Część zjawisk tłumaczył oszustwem i patologią nerwową, część przypisywał siłom preternaturalnym, a całość uznawał za szkodliwą dla duszy i ciała. Takie połączenie naturalistycznego sceptycyzmu z ostrożną demonologią stało się typowe dla katolickiej literatury przełomu wieków.
Dekret z 24 kwietnia 1917 roku
Ostateczny krok nastąpił w czasie pierwszej wojny światowej, gdy w Europie gwałtownie wzrosło zainteresowanie kontaktem ze zmarłymi. Żołnierze ginęli setkami tysięcy, a rodziny szukały wiadomości od synów i mężów pochowanych na odległych frontach. Seanse odbywały się w miastach i na wsiach, w kręgach rodzinnych i w zorganizowanych stowarzyszeniach. W tej sytuacji Święte Oficjum zostało zapytane, czy wolno przez medium lub bez niego, z użyciem hipnotyzmu lub bez, uczestniczyć w jakichkolwiek posiedzeniach albo przejawach spirytystycznych, nawet takich, które wydają się uczciwe lub pobożne, czy to zadając pytania duszom lub duchom, czy słuchając odpowiedzi, czy tylko przyglądając się, nawet z milczącym lub wyraźnym zastrzeżeniem, że nie chce się mieć nic wspólnego ze złymi duchami.
Odpowiedź z 24 kwietnia 1917 roku brzmiała: przecząco we wszystkich punktach. Zatwierdził ją papież Benedykt XV, a tekst ogłoszono w urzędowym organie Stolicy Apostolskiej, „Acta Apostolicae Sedis”. Konstrukcja pytania była przemyślana i wyczerpująca. Zamykała każdą furtkę, jaką mógł sobie otworzyć katolik pragnący pozostać w zgodzie z sumieniem: nie wolno pytać, nie wolno słuchać, nie wolno nawet patrzeć, i nie zmienia tego żadna wewnętrzna rezerwa ani deklaracja dobrej woli.
Dekret ukazał się w tym samym roku, w którym Benedykt XV promulgował pierwszy kodeks prawa kanonicznego. Zbieżność ta nie była przypadkowa w sensie ogólnym: Kościół porządkował wówczas swoje normy, przekształcając rozproszone decyzje i obyczaje w system prawny o jasnych granicach. Spirytyzm, który przez dziesięciolecia był przedmiotem ostrzeżeń, stał się teraz przedmiotem wyraźnego zakazu, obowiązującego wszystkich wiernych niezależnie od kraju i okoliczności.
Warto zauważyć, czego dekret nie mówił. Nie rozstrzygał, czy zjawiska mediumiczne są prawdziwe, nie oceniał hipotez badaczy psychicznych ani nie zakazywał naukowego studium hipnozy czy stanów transowych jako takich. Jego przedmiotem był udział w posiedzeniach, rozumiany szeroko, od czynnego zadawania pytań po bierną obecność. W praktyce duszpasterskiej oznaczało to, że spowiednik nie musiał już rozważać intencji penitenta ani charakteru konkretnego kręgu: sam fakt uczestnictwa stanowił naruszenie normy. Dla katolików zaangażowanych w towarzystwa spirytystyczne, a było ich w krajach romańskich niemało, decyzja stawiała sprawę jasno i zmuszała do wyboru między wspólnotą seansową a sakramentalną. Część z nich wybrała pierwszą, co tylko utrwaliło przekonanie obu stron, że spirytyzm jest konkurencyjną religią, a nie pobożnym dodatkiem do katolicyzmu.
Demonologia i stara nauka o nekromancji
Teologiczne uzasadnienie zakazu sięgało daleko w przeszłość. Księga Powtórzonego Prawa wymienia wśród obrzydliwości pytanie zmarłych, a opowieść o Saulu i wróżce z En-Dor z Pierwszej Księgi Samuela przez wieki służyła komentatorom za wzorcowy przykład zakazanej nekromancji. Ojcowie Kościoła i scholastycy, z Tomaszem z Akwinu na czele, wypracowali naukę, według której przepowiadanie przez wywoływanie zmarłych jest formą zabobonu, polegającą na zawieraniu milczącego lub wyraźnego paktu z demonami. Nawet jeśli człowiek nie zamierza wzywać złego ducha, posługuje się środkiem, który z natury do tego prowadzi.
W tej perspektywie zjawiska seansowe można było interpretować na kilka sposobów, przy czym żaden z nich nie usprawiedliwiał udziału. Jeśli były oszustwem, uczestnictwo oznaczało współudział w kłamstwie i narażanie się na szkodę. Jeśli były wytworem chorobliwych stanów psychicznych, groziły zdrowiu. Jeśli zaś miały przyczynę preternaturalną, to według teologów raczej demoniczną niż anielską, ponieważ dusze zmarłych nie są dostępne na wezwanie żyjących, a Bóg, gdy pozwala im się ukazać, czyni to z własnej woli, a nie przez stoliki i alfabety.
Katoliccy publicyści pierwszych dekad XX wieku rozwijali ten schemat z różnym natężeniem. Konwertyta John Godfrey Raupert, piszący i wykładający przeciw spirytyzmowi, przedstawiał seanse jako pole działania inteligencji wrogich człowiekowi, podszywających się pod zmarłych bliskich. Takie ujęcie dobrze pasowało do wojennej atmosfery, w której matki szukały kontaktu z poległymi synami: demonologia pozwalała wyjaśnić zarówno pozorną trafność niektórych komunikatów, jak i ich szkodliwość.
Herbert Thurston i głos umiarkowany
Nie wszyscy katoliccy autorzy podzielali jednak skłonność do widzenia demona za każdym stolikiem. Najciekawszym przykładem jest angielski jezuita Herbert Thurston, historyk liturgii i hagiografii, współpracownik Catholic Encyclopedia, a zarazem uważny czytelnik literatury badań psychicznych. Thurston uważał, że wiele zjawisk mediumicznych zasługuje na rzetelną analizę i nie da się ich zbyć jako prostego oszustwa. Porównywał je z fenomenami przypisywanymi świętym i mistykom, takimi jak lewitacje czy stygmaty, i ostrzegał, że pochopne przypisywanie wszystkiego diabłu jest równie nienaukowe jak pochopne przypisywanie wszystkiego duchom zmarłych.
Zarazem Thurston w pełni akceptował zakaz z 1917 roku. W swoich pracach, zwłaszcza w The Church and Spiritualism z 1933 roku, rozwijał myśl, że jego rację stanowi nie pewność co do natury zjawisk, lecz właśnie jej brak. Kościół nie musi rozstrzygać, czy w danym seansie przemawia oszust, podświadomość medium czy obca inteligencja, by uznać, że praktyka jest dla wiernych niebezpieczna. Zakaz był w tym ujęciu nie tyle wyrokiem metafizycznym, ile regułą roztropności duszpasterskiej, opartą na doświadczeniu szkód, jakie seanse wyrządzały ludziom w żałobie i ludziom o słabej psychice.
Ta interpretacja ma znaczenie dla zrozumienia całej drogi, jaką przeszło katolickie stanowisko. Od 1856 do 1917 roku zmieniła się przede wszystkim forma: z ostrzeżeń adresowanych do biskupów powstała norma obowiązująca każdego wiernego. Treść pozostała w zasadzie niezmienna, zakorzeniona w biblijnym zakazie pytania zmarłych i w scholastycznej teorii zabobonu. Spirytyzm, który przedstawiał się jako religia przyszłości, spotkał w Kościele instytucję, dla której był jedynie nowym przebraniem bardzo starej pokusy.
