Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Seanse w Białym Domu Lincolnów

Seanse, które Mary Todd Lincoln urządzała po śmierci syna Williego w 1862 roku, należą do dobrze poświadczonych epizodów historii Białego Domu, natomiast obraz Abrahama Lincolna jako przekonanego spirytysty wyrasta głównie z późnych wspomnień medium Nettie Colburn Maynard i z legend dopisanych po zamachu.

William Mumler z domniemaną postacią ducha
William Mumler z domniemaną postacią ducha

Śmierć Williego i żałoba pierwszej damy

Dwudziestego lutego 1862 roku w Białym Domu zmarł jedenastoletni William Wallace Lincoln, nazywany w rodzinie Willie. Chłopiec zachorował najprawdopodobniej na dur brzuszny, a jego agonia trwała kilka tygodni, w czasie gdy rezydencja prezydenta żyła jednocześnie wojną secesyjną i towarzyskimi obowiązkami. Dla Mary Todd Lincoln była to druga strata dziecka – w 1850 roku umarł w Springfield czteroletni Edward. Żałoba pierwszej damy przybrała formy, które współcześni uznawali za przesadne nawet jak na wiktoriańskie obyczaje: przez długie miesiące nie wchodziła do pokoju, w którym zmarł syn, odwołała przyjęcia, nosiła głęboką czerń.

W tej sytuacji zwróciła się ku praktyce, która w Ameryce lat sześćdziesiątych XIX wieku nie była niczym egzotycznym. Od czasu stuków w domu sióstr Fox w Hydesville w 1848 roku spirytyzm rozlał się po Stanach Zjednoczonych jako ruch domowy, salonowy i obiegowy zarazem; wojna, która zabierała synów setkom tysięcy rodzin, tylko zwiększyła popyt na pocieszenie płynące z rozmów ze zmarłymi. Mary Lincoln nie była więc odosobnionym przypadkiem ekscentryczki, lecz jedną z wielu matek szukających znaku, że dziecko nadal istnieje i pamięta.

Źródła dotyczące jej udziału w seansach są stosunkowo liczne i zgodne co do zasady. Korespondencja, relacje osób z otoczenia i późniejsze wspomnienia potwierdzają, że zapraszała media do Białego Domu, bywała na seansach w prywatnych domach Waszyngtonu i Georgetown oraz że wierzyła w nocne odwiedziny zmarłego syna. Przyrodnia siostra Mary, Emilie Todd Helm, która przebywała w Białym Domu pod koniec 1863 roku, zapisała podobno jej słowa o tym, że Willie przychodzi co noc i staje w nogach łóżka; relacja ta znana jest jednak z publikacji ogłoszonej przez córkę Emilie dopiero w XX wieku, więc wymaga ostrożności.

Nettie Colburn i jej książka z 1891 roku

Najważniejszym, a zarazem najbardziej problematycznym świadectwem jest książka Nettie Colburn Maynard Was Abraham Lincoln a Spiritualist? Or, Curious Revelations from the Life of a Trance Medium, wydana w Filadelfii w 1891 roku. Autorka, w czasie wojny młoda medium transowa z Nowej Anglii, przyjechała do Waszyngtonu w 1862 roku, by wystarać się o urlop dla brata służącego w armii. Trafiła do kręgu spirytystów skupionych wokół rodziny Laurie w Georgetown, gdzie bywała Mary Lincoln, i za jej pośrednictwem miała zostać przedstawiona prezydentowi.

Według Colburn odbyła z Lincolnem kilka spotkań. W najsłynniejszym, datowanym przez nią na grudzień 1862 roku, miała w transie przemawiać do prezydenta przez blisko godzinę, nakłaniając go, by nie odkładał ogłoszenia Proklamacji Emancypacji. Opisuje też seans w domu Lauriech, podczas którego fortepian, na którym grała ich córka, unosił się z podłogi mimo że na instrumencie siedzieli ludzie, w tym – jak twierdzi – sam Lincoln. Prezydent miał przyjmować te zjawiska z humorem i uwagą, nie wypowiadając się jednak wprost o ich naturze.

Wartość tej relacji trzeba oceniać trzeźwo. Książka powstała prawie trzydzieści lat po opisywanych wydarzeniach, gdy autorka była schorowana i w trudnym położeniu materialnym, a spirytystyczne środowisko chętnie widziało w Lincolnie swojego patrona. Colburn dołączyła do niej oświadczenia znajomych potwierdzające ogólne okoliczności, lecz żadne niezależne źródło z lat wojny nie poświadcza, że to jej słowa wpłynęły na decyzję o emancypacji. Historia proklamacji jest przy tym dobrze znana z dokumentów: wstępną wersję Lincoln przedstawił gabinetowi w lipcu 1862 roku, a ogłosił ją po bitwie nad Antietam we wrześniu, na długo przed rzekomym seansem. Trans medium mógł najwyżej zbiec się z decyzją już podjętą.

Nie oznacza to, że Colburn wszystko zmyśliła. Jest prawdopodobne, że Lincoln rzeczywiście zjawił się na jakimś seansie w towarzystwie żony, z ciekawości lub z troski o nią; takie wizyty nie byłyby w tamtym Waszyngtonie niczym nadzwyczajnym. Problem polega na przejściu od takiej obecności do tezy o prezydencie spirytyście, które książka sugeruje już samym tytułem, choć sformułowanym jako pytanie.

Lord Colchester i dziennikarz z Sacramento

Drugi dobrze poświadczony epizod ma charakter demaskatorski. Wśród mediów, które zyskały dostęp do pierwszej damy, był Charles J. Colchester, przybysz podający się za nieślubnego syna brytyjskiego arystokraty i występujący jako „Lord Colchester”. Specjalizował się w zjawiskach fizycznych: w zaciemnionym pokoju rozlegały się stuki, dźwięki dzwonków i bębenków, które miały dowodzić obecności duchów. Mary Lincoln zaprosiła go podobno do domu letniego prezydenta przy Soldiers' Home, a także uczestniczyła w jego seansach gdzie indziej.

Opowieść o jego zdemaskowaniu znamy przede wszystkim od Noaha Brooksa, dziennikarza piszącego korespondencje z Waszyngtonu dla kalifornijskiej „Sacramento Daily Union” i bliskiego znajomego Lincolnów. W książce Washington in Lincoln's Time z 1895 roku Brooks opisał, jak na seansie Colchestera w ciemności złapał rękę, która uderzała w bęben, a gdy zapalono światło, okazało się, że należy do samego medium. Według tej samej relacji Colchester próbował następnie wymusić od Mary Lincoln przepustkę z Departamentu Wojny, grożąc jej kompromitacją; Brooks miał go wtedy wezwać do siebie i zagrozić więzieniem, po czym „lord” zniknął z Waszyngtonu.

Z kręgu tych zdarzeń pochodzi też anegdota o Josephie Henrym, sekretarzu Smithsonian Institution, którego prezydent miał poprosić o zbadanie stuków. Henry podobno nie potrafił ich wyjaśnić, dopóki nie dowiedział się od producenta aparatów telegraficznych, że ten wykonał dla Colchestera urządzenie noszone na ramieniu i wydające odgłosy przy napięciu mięśni. Historia ta krąży w kilku wersjach i nie ma pewnego poświadczenia z epoki, ale dobrze oddaje sposób, w jaki otoczenie prezydenta próbowało chronić Mary przed wyzyskiem, nie upokarzając jej publicznie.

Epizod Colchestera pokazuje rzecz istotną dla oceny całej sprawy: wokół zrozpaczonej i wpływowej kobiety gromadzili się ludzie szukający korzyści, a zarazem jej najbliżsi traktowali seanse jako ryzyko polityczne. Lincoln, prowadzący wojnę i znoszący nieustanne ataki prasy, musiał zdawać sobie sprawę, że wieść o prezydencie radzącym się duchów byłaby dla przeciwników darem.

Co wiadomo o samym prezydencie

Przekonanie, że Lincoln był spirytystą, opiera się w dużej mierze na kilku przesłankach, z których każda wymaga osobnego rozpatrzenia. Pierwszą jest obecność na seansach żony, niewątpliwa, lecz nierozstrzygająca. Drugą są wspomnienia Colburn, o których była mowa. Trzecią stanowi prasowa relacja z wiosny 1863 roku o seansie w Czerwonym Salonie Białego Domu z udziałem prezydenta i członków gabinetu, podczas którego duchy wybitnych Amerykanów miały udzielać rad wojskowych. Tekst ten był wielokrotnie przedrukowywany, lecz badacze od dawna uważają go za satyrę albo dziennikarską mistyfikację, a jego humorystyczny ton bywał po prostu przeoczany przez późniejszych czytelników.

Czwartą przesłanką jest osobowość Lincolna, skłonnego do melancholii, przywiązującego wagę do snów i naznaczonego rodzajem fatalizmu, który sam nazywał „doktryną konieczności”. Bliscy przytaczali po jego śmierci opowieści o proroczych snach, w tym o śnie o własnym pogrzebie w Białym Domu, znanym z relacji Warda Hilla Lamona spisanej po latach. Takie rysy wskazują na wrażliwość religijną niezależną od kościelnych form, ale nie są tożsame z przyjęciem spirytystycznej doktryny o kontakcie z duchami przez media. William Herndon, wieloletni wspólnik prawniczy Lincolna i jego biograf, zdecydowanie zaprzeczał, by ten był spirytystą, choć sam Herndon miał własne powody, by przedstawiać przyjaciela jako sceptyka.

Rozsądny wniosek jest więc skromny. Lincoln zapewne zetknął się z seansami, prawdopodobnie bywał na niektórych z nich i nie okazywał wobec nich pogardy, co mogło wynikać zarówno z ciekawości, jak i z delikatności wobec żony. Nie ma jednak wiarygodnego dowodu, że jego decyzje polityczne zależały od wskazówek mediów ani że uważał się za wyznawcę ruchu.

Jak powstała legenda

Legenda o prezydencie spirytyście narastała po kwietniu 1865 roku z kilku powodów. Męczeńska śmierć uczyniła z Lincolna postać, o którą upominały się niemal wszystkie środowiska, od kościołów ewangelikalnych po wolnomyślicieli; spirytyści nie byli tu wyjątkiem. Ruch, który w Stanach Zjednoczonych łączył się często z abolicjonizmem i reformą społeczną, chętnie widział w wyzwolicielu niewolników człowieka natchnionego z zaświatów. Książka Colburn, wydana w okresie, gdy amerykański spirytyzm zmagał się z kolejnymi skandalami i demaskacjami, dawała mu wybitnego patrona.

Do legendy przyczyniły się także późniejsze losy Mary Lincoln. Po zamachu i po śmierci kolejnego syna, Thomasa, w 1871 roku jej związki ze środowiskiem spirytystycznym jeszcze się zacieśniły, a w 1875 roku najstarszy syn Robert doprowadził do umieszczenia jej w zakładzie dla obłąkanych. W procesie o ubezwłasnowolnienie spirytyzm matki był jednym z argumentów, co na długo związało w wyobraźni publicznej wiarę w duchy z jej chwiejnym stanem psychicznym. Przy takim splocie żałoby, polityki i rodzinnych konfliktów trudno oddzielić rzeczywiste przekonania od oskarżeń.

Historyk idei może z tej sprawy wynieść przede wszystkim lekcję metody. Seanse w Białym Domu są faktem społecznym i obyczajowym, świadectwem tego, jak wojenna Ameryka radziła sobie ze śmiercią i jak spirytyzm wchodził nawet do najwyższych gabinetów. Teza o spirytystycznym prezydencie należy natomiast do innego porządku: do pamięci ruchu, który budował swoją tożsamość przez wielkich patronów, i do potrzeby, by wokół zamordowanego przywódcy unosiła się aura tajemnicy. Między jednym a drugim leży granica, której nie zaciera ani liczba przedruków, ani urok anegdoty o unoszącym się fortepianie.