Franek Kluski i medialne odlewy parafinowe
Parafinowe formy dłoni uzyskane na seansach Franka Kluskiego w Paryżu w 1920 roku pozostają najbardziej wyrafinowanym materialnym argumentem w dziejach badań nad mediumizmem, a ich historia pokazuje, że nawet najstaranniej pomyślany przedmiot dowodowy nie rozstrzyga sporu, gdy kontrola nad samym seansem pozostaje niepełna.

Bankowiec pod pseudonimem
Teofil Modrzejewski urodził się w 1873 roku, zmarł w 1943 roku w Warszawie. Był człowiekiem zamożnym i szanowanym, pracownikiem bankowym, związanym także z życiem literackim stolicy. Pseudonim Franek Kluski, pod którym przeszedł do historii badań psychicznych, przyjął właśnie po to, by oddzielić swoją publiczną pozycję od działalności, która w ówczesnym społeczeństwie mogła wywołać drwinę lub podejrzenia. Ta dbałość o dyskrecję należy do obrazu jego mediumizmu, a pseudonim, utrzymywany konsekwentnie przez lata, sprawił, że w literaturze zagranicznej występował niemal wyłącznie jako Kluski: nie występował za pieniądze, nie prowadził publicznych pokazów, a seanse odbywały się w kręgu znajomych i badaczy.
Według relacji uczestników zdolności medialne miały ujawniać się u niego od dzieciństwa, ale systematyczne seanse zaczęły się dopiero pod koniec I wojny światowej. Kluczową rolę odegrało środowisko warszawskich badaczy psychicznych, które po śmierci Juliana Ochorowicza w 1917 roku szukało nowych mediów i nowych metod; Ochorowiczowi, a także szerszemu tłu polskiego spirytyzmu, poświęcono w tej bibliotece osobne eseje. Kluski, człowiek wykształcony i chętny do współpracy, był dla tego środowiska medium idealnym: wiarygodnym społecznie, gotowym poddawać się kontroli i niezainteresowanym rozgłosem.
Seanse warszawskie i ich protokolanci
Najbardziej szczegółowym źródłem do dziejów jego mediumizmu jest książka pułkownika Norberta Okołowicza Wspomnienia z seansów z medium Frankiem Kluskim, wydana w Warszawie w 1926 roku. Okołowicz, uczestnik wielu posiedzeń, opisał w niej przebieg seansów, układ pokoju, sposób kontroli rąk medium i bogaty repertuar zjawisk: światła, dotknięcia, głosy, przesunięcia przedmiotów, a przede wszystkim materializacje postaci ludzkich i zwierzęcych. Książka jest dokumentem cennym, ale trzeba ją czytać jako relację przekonanego uczestnika, nie jako protokół sporządzony przez niezależnych badaczy.
Seanse odbywały się zwykle w ciemności lub w bardzo słabym świetle, a kontrola polegała głównie na trzymaniu rąk medium przez sąsiadów w łańcuchu. Taka procedura, standardowa w tamtej epoce, ma znane słabości. Uczestnicy mogą nieświadomie puścić dłoń, mylić rękę medium z ręką sąsiada, a w ciemności nawet uczciwy obserwator nie jest w stanie stwierdzić, co dzieje się poza zasięgiem jego dotyku. Badacze tamtego czasu znali te zastrzeżenia i próbowali je osłabić, stosując luminescencyjne opaski, fotografię z błyskiem magnezjowym i, w przypadku Kluskiego, pomysł szczególnie pomysłowy: formy parafinowe.
Paryż 1920 i próba cholesterynowa
Jesienią 1920 roku Kluski przyjechał do Paryża, gdzie w Institut Métapsychique International, którego dzieje omawia osobny esej, odbył serię seansów z udziałem dyrektora instytutu Gustave'a Geleya i fizjologa Charlesa Richeta, laureata Nagrody Nobla z 1913 roku. Celem było uzyskanie trwałego śladu materializacji, który nie zależałby od wrażeń zmysłowych obecnych. W pokoju seansowym stawiano naczynie z rozgrzaną, płynną parafiną, unoszącą się na powierzchni ciepłej wody, a obok naczynie z wodą zimną. Według planu zmaterializowana dłoń miała zanurzyć się w parafinie, a następnie w zimnej wodzie, zostawiając cienką skorupę, z której po zniknięciu ręki pozostałaby pusta forma. Wlany do niej gips dawał potem odlew dłoni.
Sama technika nie była nowa. Już w połowie lat siedemdziesiątych XIX wieku amerykański geolog i spirytualista William Denton prowadził w Bostonie próby z formami parafinowymi, a w kolejnych dekadach podobne odlewy pokazywano przy różnych mediach, często w okolicznościach, które nie wytrzymywały krytyki. Nowością paryskich seansów nie był więc pomysł, lecz staranność, z jaką próbowano go zabezpieczyć, oraz prestiż badaczy, którzy podpisywali się pod wynikami. Geley i Richet zdawali sobie sprawę, że formy bez dodatkowej kontroli niczego nie dowodzą, i dlatego sięgnęli po środek, który miał zamknąć drogę najprostszemu podejrzeniu.
Tak też, według sprawozdań Geleya i Richeta, się stało. Na seansach uzyskano kilka form, przede wszystkim dłoni, niekiedy złożonych w gesty, a także fragmenty stóp. Aby wykluczyć podejrzenie, że formy przygotowano zawczasu i wniesiono do pokoju, badacze potajemnie domieszali do parafiny cholesterynę, substancję, którą można wykryć prostą reakcją chemiczną, a której obecności medium nie mogło się spodziewać. Formy uzyskane na seansach dały reakcję pozytywną, co miało dowodzić, że powstały z parafiny przygotowanej przez badaczy. Geley opisał te eksperymenty w „Revue Métapsychique”, a potem w książce L'Ectoplasmie et la clairvoyance z 1924 roku, przedstawiając je jako najbardziej przekonujący dowód realności materializacji.
Dla Geleya stawka była większa niż wiarygodność jednego medium. W książce De l'inconscient au conscient z 1919 roku zbudował on filozofię, w której świadomość jest pierwotna wobec materii, a organizm jest wytworem dynamicznej siły psychicznej, kształtującej materię według idei. Zjawiska materializacji, które za Ochorowiczem nazywano niekiedy ideoplastycznymi, miały być tej siły widomym przejawem: ektoplazma formowana przez wyobrażenie, które w zwykłych warunkach buduje ciało, a w seansie tworzy jego przejściowe kopie. Formy dłoni Kluskiego stanowiły więc w oczach Geleya nie tylko dowód na istnienie zjawiska, lecz także potwierdzenie całej metafizyki. Ta podwójna funkcja tłumaczy, dlaczego tak trudno było mu przyjąć zastrzeżenia krytyków: podważając eksperyment, podważali oni zarazem system.
Rękawiczki z parafiny jako problem logiczny
Siła argumentu opierała się na jednej obserwacji. Formy były cienkie, na tyle cienkie, że trudno je było wyjąć bez uszkodzenia, a ich otwór przy nadgarstku był węższy niż szerokość dłoni. Żywa ręka, która zanurzyłaby się w parafinie i zastygła, nie mogłaby więc zostać wyciągnięta bez rozerwania formy. Skoro forma pozostała nienaruszona, ręka musiała zniknąć wewnątrz niej, czyli, w języku metapsychiki, ulec dematerializacji. To rozumowanie, eleganckie w swojej prostocie, było sercem całego eksperymentu.
Krytycy wskazywali jednak, że przesłanki tego rozumowania nie są tak mocne, jak sądzili badacze. Po pierwsze, próba cholesterynowa dowodzi jedynie, że forma powstała z parafiny dostępnej w pokoju, nie zaś, kto lub co ją wykonało; jeśli medium lub ktoś z uczestników mógł sięgnąć do naczynia, test nie wyklucza oszustwa. Po drugie, istnieją sposoby wykonania formy o wąskim nadgarstku bez dematerializacji. W latach dziewięćdziesiątych XX wieku włoski chemik Luigi Garlaschelli pokazał w swoich doświadczeniach, że podobne formy można uzyskać, zanurzając w parafinie wypełnioną wodą lub powietrzem gumową rękawicę, którą następnie opróżnia się i wyciąga przez wąski otwór. Taki zabieg, wykonany w ciemności, nie wymagałby nadzwyczajnych umiejętności.
Zwolennicy autentyczności odpowiadają, że w kształcie niektórych form widać szczegóły skóry, linie papilarne i ułożenie palców, których rękawica nie oddaje, i że Kluski nie miał ani motywu, ani okazji do takiej manipulacji. Nie da się jednak rozstrzygnąć tego sporu na podstawie samych przedmiotów. Forma parafinowa jest dowodem tylko wtedy, gdy wiadomo z pewnością, jak przebiegał seans, a to właśnie w ciemnym pokoju z łańcuchem rąk pozostawało niepewne. Eksperyment, który miał uniezależnić dowód od zmysłów uczestników, w ostateczności znów do nich odsyłał.
Szczególnej uwagi wymaga argument z braku motywu, często wysuwany w obronie Kluskiego. Medium zamożne, szanowane i niebiorące pieniędzy rzeczywiście nie miało powodów finansowych, by oszukiwać. Historia badań psychicznych zna jednak wiele przypadków, w których motywy były innego rodzaju: potrzeba uznania, przywiązanie do roli w grupie, zabawa w mistyfikację, a niekiedy stany dysocjacyjne, w których osoba wykonuje czynności, których potem nie pamięta. Żadna z tych możliwości nie została w przypadku Kluskiego wykazana, ale żadnej nie da się też wykluczyć samym odwołaniem do jego dobrego imienia. Wiarygodność osobista jest ważnym świadectwem, lecz nie zastępuje kontroli.
Zwierzęta z ciemności
Odlewy dłoni to najbardziej znany, ale nie jedyny wątek mediumizmu Kluskiego. Okołowicz i inni uczestnicy opisywali materializacje zwierząt, które zajmują w literaturze psychicznej miejsce zupełnie wyjątkowe. Pojawiać się miał między innymi ptak drapieżny, sfotografowany podobno w błysku magnezji na ramieniu medium, a także istota podobna do małpy człekokształtnej, nazywana przez uczestników „pitekantropem”, owłosiona, silna, skłonna do zachowań gwałtownych. Opisywano też inne zwierzęta i postacie ludzkie, w tym tajemniczego mężczyznę nazywanego Hagenem.
Te relacje są szczególnie trudne do oceny. Zdjęcia, które przetrwały, są niewyraźne i dopuszczają różne interpretacje, a większość opisów pochodzi z wrażeń dotykowych i wzrokowych w półmroku. Dla zwolenników materializacje zwierząt były dowodem na to, że siła medialna nie ogranicza się do odtwarzania zmarłych ludzi i że ektoplazma może przyjmować formy zupełnie obce zamiarom uczestników. Dla sceptyków są przykładem tego, jak oczekiwania grupy, ciemność i sugestia mogą wytworzyć wspólne przeżycie, któremu nie odpowiada żaden przedmiot. Obie strony zgadzają się w jednym: bez lepszej kontroli nie da się tych opisów potraktować jako materiału naukowego.
Co pozostało w Paryżu
Kluski zakończył działalność medialną w połowie lat dwudziestych, według relacji ze względu na zły stan zdrowia, który przypisywano wyczerpującym seansom. Zmarł w czasie okupacji, w 1943 roku, i jego nazwisko na długo zniknęło z publicznej pamięci. Warszawski Międzynarodowy Kongres Badań Psychicznych z 1923 roku, któremu poświęcono osobny esej, przypadł jeszcze na czas, gdy jego sława była u szczytu, a nazwisko Kluskiego należało do najczęściej wymienianych w ówczesnej literaturze metapsychicznej. Pozostały po nim formy i odlewy gipsowe, przechowywane w zbiorach Institut Métapsychique International w Paryżu, oraz książka Okołowicza, która stała się klasyką polskiej literatury o mediumizmie.
Historia Kluskiego ma znaczenie wykraczające poza spór o jego uczciwość. Jest jednym z najlepszych przykładów tego, jak badania psychiczne lat dwudziestych próbowały przejść od świadectwa do przedmiotu, od relacji uczestnika do trwałego śladu, który dałoby się zbadać w laboratorium. Formy parafinowe były odpowiedzią na zarzut, że wszystko zależy od wiarygodności świadków. Ich los pokazuje, że odpowiedź ta była niewystarczająca: przedmiot zawsze pochodzi z jakiejś sytuacji, a wiarygodność przedmiotu nie może być większa niż wiarygodność warunków, w których powstał. Ta lekcja, wyciągnięta z warszawskich i paryskich seansów, przyczyniła się do zwrotu, który w następnej dekadzie przeniósł badania psychiczne z ciemnego pokoju do statystyki i laboratorium.
