Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Duchowy telegraf i spirytyzm w epoce nowych mediów

Nowoczesny spirytyzm narodził się w języku telegrafu: stuki przy stoliku pojmowano jako sygnały przesyłane z drugiego brzegu, a każda kolejna technika łączności, od telefonu po radio, odnawiała wyobrażenie kontaktu ze zmarłymi, co Jeffrey Sconce opisał w książce Haunted Media.

Kate i Maggie Fox, dziewiętnastowieczne media
Kate i Maggie Fox, dziewiętnastowieczne media

Cztery lata po Morse'ie

W maju 1844 roku Samuel Morse przesłał z Waszyngtonu do Baltimore wiadomość zaczerpniętą z Księgi Liczb: „Czego dokonał Bóg”. Pierwsze publiczne zdanie telegrafu elektrycznego miało więc charakter religijny, jakby sami wynalazcy wyczuwali, że przesyłanie słów bez posłańca, bez papieru i niemal bez upływu czasu narusza dotychczasowy porządek świata. W ciągu kilku lat linie telegraficzne pokryły wschodnie stany Ameryki, a gazety zaczęły drukować wiadomości, które jeszcze tego samego dnia rano były wydarzeniami w odległych miastach.

Cztery lata później, w marcu 1848 roku, w domu rodziny Foxów w Hydesville w stanie Nowy Jork dwie dziewczynki, Kate i Margaret, zaczęły porozumiewać się z niewidzialnym sprawcą stuków. Według rodzinnej relacji jedna z nich klasnęła w dłonie, prosząc, by niewidzialny gość powtórzył jej gest, i usłyszała odpowiedź. Wkrótce ustalono kod: określona liczba uderzeń oznaczała „tak” lub „nie”, a później uczestnicy zaczęli recytować alfabet, czekając na stuk przy właściwej literze. W ten sposób z pojedynczych dźwięków składano słowa i zdania.

Zbieżność czasowa nie była przypadkowa w tym sensie, że spirytyzm od samego początku opisywał siebie w kategoriach właśnie spopularyzowanej techniki. Stuki traktowano jak sygnały przesyłane przez przewód, którego nie widać, a medium – jak operatora stacji odbiorczej. Nie oznacza to, że telegraf „spowodował” spirytyzm; jego korzenie sięgają mesmeryzmu, swedenborgianizmu, protestanckich ruchów przebudzeniowych i radykalnych kręgów reformatorskich północnej części stanu Nowy Jork. Telegraf dał jednak ruchowi język, w którym niewiarygodne mogło wydawać się technicznie prawdopodobne.

Podobieństwo sięgało głębiej niż słownictwo. W amerykańskiej praktyce telegraficznej lat 50. coraz powszechniej odczytywano depesze nie z paska papieru, lecz ze słuchu, z rytmu kliknięć aparatu zwanego sounderem. Wprawny telegrafista słyszał w szeregu krótkich i długich stuknięć litery, a w literach zdania. Dla współczesnych zestawienie tego obrazu z kręgiem uczestników seansu, wsłuchanych w uderzenia dochodzące ze stołu lub ściany i składających z nich wiadomość, narzucało się samo. W obu przypadkach sens rodził się z dźwięku pozbawionego treści, a zrozumienie zależało od umowy co do kodu.

Pismo „Spiritual Telegraph”

Najwyraźniejszym świadectwem tego języka jest tytuł jednego z pierwszych ważnych czasopism ruchu. W 1852 roku w Nowym Jorku zaczął wychodzić tygodnik „Spiritual Telegraph”, wydawany przez Charlesa Partridge'a i Samuela Byrona Brittana. Pismo drukowało relacje z seansów, przekazy mediumiczne, polemiki z krytykami i rozważania teologiczne. Jego nazwa nie była ozdobnikiem: wyrażała przekonanie, że między światem żywych a światem duchów działa kanał łączności podobny do tego, który łączył właśnie miasta Ameryki.

Pismo nie było jedynym, które sięgało po tę metaforę. Kilka lat wcześniej we Francji Louis-Alphonse Cahagnet opublikował zapisy rozmów z somnambulikami opowiadającymi o życiu pozagrobowym, a angielski przekład jego pracy ukazał się pod tytułem The Celestial Telegraph. Określenia w rodzaju „duchowego telegrafu”, „niebiańskiego przewodu” czy „elektryczności duchowej” krążyły w kazaniach, broszurach i listach czytelników. Mówiono, że duchy posługują się subtelną elektrycznością lub magnetyzmem, a niektóre media wyjaśniały, iż do nawiązania połączenia potrzebne są odpowiednie warunki, podobnie jak telegraf wymaga sprawnej baterii i nieprzerwanej linii.

Metafora miała też funkcję apologetyczną. Krytycy pytali, dlaczego duchy przekazują wiadomości tak banalne, tak niedokładne i tak powolne. Zwolennicy odpowiadali, że każde połączenie ma swoje zakłócenia, a operator może się mylić; że stuk jest prymitywnym kodem, który z trudem przenosi sens; że jakość przekazu zależy od stanu medium jak jakość telegramu od stanu przewodu. Język techniki pozwalał w ten sposób oswoić niedoskonałość przekazów i przedstawić ją jako problem inżynieryjny, nie jako dowód oszustwa. Z czasem pojawiły się też domowe przyrządy, które miały ułatwić połączenie: najpierw planszetka, mała deseczka na kółkach z ołówkiem, a pod koniec stulecia tabliczka z wydrukowanym alfabetem, opatentowana w Stanach Zjednoczonych na początku lat 90. i sprzedawana pod nazwą Ouija. Te przedmioty przypominały prywatne aparaty odbiorcze, dzięki którym każda rodzina mogła mieć własną stację duchowego telegrafu bez pośrednictwa zawodowego medium.

Teza Jeffreya Sconce'a

Związek ten stał się przedmiotem systematycznej analizy w książce amerykańskiego medioznawcy Jeffreya Sconce'a Haunted Media: Electronic Presence from Telegraphy to Television, wydanej w 2000 roku przez Duke University Press. Sconce nie zajmuje się pytaniem, czy duchy istnieją. Interesuje go to, w jaki sposób kultura amerykańska wyobrażała sobie technologie elektroniczne i dlaczego niemal każda z nich budziła fantazje o obecności zmarłych, o istotach przemawiających z eteru, o głosach, które nie należą do nikogo widzialnego.

Główna teza Sconce'a głosi, że media elektroniczne od początku wytwarzały poczucie obecności oderwanej od ciała. Telegraf, telefon, radio i telewizja pozwalały komuś być „tutaj”, choć jego ciało znajdowało się gdzie indziej. To doświadczenie, dziś zwyczajne, w chwili pojawienia się każdej z tych technik było głęboko niepokojące. Spirytyzm był w tym ujęciu pierwszą wielką kulturową odpowiedzią na to doświadczenie: skoro słowo mogło przebyć setki mil bez posłańca, dlaczego nie miałoby przebyć granicy między życiem a śmiercią?

Sconce zwraca szczególną uwagę na rolę kobiet. Większość słynnych mediów połowy XIX wieku stanowiły młode kobiety i dziewczęta, a jednocześnie kultura wiktoriańska przypisywała kobietom bierność, wrażliwość i podatność na wpływy – cechy, które w języku spirytyzmu czyniły z nich idealne „odbiorniki”. Medium jako żywy telegraf łączyło więc w sobie nowoczesność techniki i tradycyjne wyobrażenia o kobiecej naturze. Jednocześnie, co podkreślają historycy ruchu, rola medium dawała kobietom głos publiczny w sprawach religijnych i społecznych, którego w innych warunkach by nie miały.

W dalszych rozdziałach książki Sconce przechodzi do radia i telewizji, pokazując, że wyobrażenia nawiedzonej techniki nie zanikły wraz ze schyłkiem dziewiętnastowiecznego spirytyzmu, lecz przeniosły się do kultury popularnej. Telewizor, szczególnie w latach 50. i 60., stał się w filmach, opowiadaniach i programach rozrywkowych sprzętem, przez który do domu mogą wtargnąć istoty z innego wymiaru. Sconce nie twierdzi, że widzowie wierzyli w to dosłownie. Pokazuje raczej, że fantazje o elektronicznej obecności wyrażały niepokój wobec technik, które coraz silniej przenikały codzienność i których działania przeciętny użytkownik nie rozumiał.

Telefon, radio i eter

Kolejne techniki nie zastąpiły telegraficznej metafory, lecz ją rozszerzyły. Telefon, wynaleziony w latach 70. XIX wieku, przyniósł coś, czego telegraf nie dawał: żywy głos osoby nieobecnej. Słuchanie głosu dochodzącego z przewodu, bez widoku mówiącego, budziło skojarzenia z seansem. W prasie i literaturze popularnej szybko pojawiły się opowieści o telefonach, przez które dzwonią zmarli, i o głosach, które nie powinny dać się usłyszeć. Wyobrażenie to przetrwało znacznie dłużej niż pierwsze zdumienie wynalazkiem.

Jeszcze silniejszy wpływ miało radio. Telegrafia bez drutu, rozwijana od lat 90. XIX wieku przez Guglielma Marconiego i innych wynalazców, przenosiła sygnały przez przestrzeń, w której nic nie było widać. Fizyka tamtego czasu tłumaczyła to rozchodzeniem się fal w eterze, hipotetycznym ośrodku wypełniającym wszechświat. Eter był pojęciem naukowym, ale łatwo przyjmował znaczenia metafizyczne. Brytyjski fizyk Oliver Lodge, który wniósł istotny wkład w badania fal elektromagnetycznych, był jednocześnie jednym z najbardziej znanych obrońców hipotezy przetrwania i spekulował, że eter mógłby być środowiskiem istnienia duchów.

Literatura szybko podchwyciła te możliwości. Rudyard Kipling w opowiadaniu Wireless z 1902 roku przedstawił scenę, w której podczas nocnego eksperymentu z telegrafią bez drutu chory na gruźlicę pomocnik aptekarza, w stanie półtransu, zapisuje fragmenty wiersza Keatsa, którego nigdy nie czytał. Opowiadanie zestawia odbiór sygnałów radiowych z odbiorem przekazów z innego porządku i pozostawia czytelnika w niepewności, co właściwie zostało odebrane. W 1920 roku Thomas Edison w wywiadach prasowych mówił o możliwości zbudowania aparatu, który pozwoliłby wykryć istnienie osobowości po śmierci, jeśli takie istnieją; nie ma jednak dowodów, że kiedykolwiek taki aparat skonstruował.

Medium jako medium

Sam wyraz „medium” zawiera w sobie tę historię. W spirytyzmie oznaczał osobę pośredniczącą między światami; w XX wieku stał się ogólnym określeniem środków przekazu. Ta wspólnota słowa nie jest przypadkowa, choć nie należy jej przeceniać: łacińskie medium znaczyło po prostu „środek” i było używane w filozofii przyrody na długo przed spirytyzmem. Jednak w XIX i XX wieku oba znaczenia rozwijały się równolegle i wzajemnie się oświetlały.

Badacze komunikacji, tacy jak John Durham Peters w książce Speaking into the Air z 1999 roku, zwracają uwagę, że spirytyzm odsłania marzenie ukryte w samej idei komunikacji: pragnienie, by słowa przekraczały każdą odległość, łącznie z tą najbardziej ostateczną. Nowe media obiecywały pokonanie przestrzeni i czasu; spirytyzm rozszerzał tę obietnicę na śmierć. W tym sensie seans i stacja telegraficzna należały do tej samej wyobraźni. Peters zauważa przy tym, że każda technika łączności przynosi nie tylko nowe możliwości, lecz także nowe rozczarowania: przekaz dociera, ale nie zawsze wiadomo, kto naprawdę jest po drugiej stronie i czy zrozumiał to, co do niego wysłano. Spirytyzm, z jego niepewnymi przekazami i sporami o tożsamość komunikujących się duchów, wyolbrzymiał to doświadczenie do rozmiarów metafizycznych.

Historia ta nie dowodzi niczego w sprawie istnienia życia pozagrobowego. Pokazuje natomiast, że sposób, w jaki ludzie wyobrażają sobie kontakt z umarłymi, jest zawsze uwarunkowany technikami, którymi porozumiewają się żywi. Średniowieczny mistyk słyszał głosy w ciszy klasztoru, mieszkaniec dziewiętnastowiecznego Nowego Jorku – stuki ułożone w kod podobny do Morse'a, słuchacz radia lat 20. – trzaski i szumy z eteru. Zmieniał się kanał, ale nie zmieniała się tęsknota, która ten kanał wypełniała. Duchowy telegraf był więc nie tylko metaforą technologiczną, ale i wyrazem odwiecznego pragnienia, by śmierć nie oznaczała końca rozmowy.