Eleanor Sidgwick i sceptycyzm wewnątrz SPR
Eleanor Sidgwick, matematyczka i dyrektorka Newnham College, przez pół wieku uosabiała w Towarzystwie Badań Psychicznych postawę najbardziej wymagającą: odrzucała fizyczny mediumizm nie z niechęci do pytań o duszę, lecz dlatego, że świadectwa o nim nie wytrzymywały drobiazgowej analizy.

Uczona z Cambridge przy stoliku seansowym
Eleanor Mildred Balfour urodziła się w 1845 roku w szkockiej rodzinie ziemiańskiej, która dała Wielkiej Brytanii premiera – jej brat Arthur Balfour stanął na czele rządu w 1902 roku. Wykształcenie zdobywała w znacznej mierze sama i w domu, a jej szczególną pasją okazała się matematyka. W 1876 roku poślubiła filozofa Henry'ego Sidgwicka, z którym łączyło ją przekonanie, że kobiety powinny mieć dostęp do uniwersyteckiej nauki w Cambridge. Wspólnie z mężem wspierała rozwój Newnham College; najpierw pełniła tam funkcje zastępcze, a w latach 1892–1910 była jego dyrektorką.
Rzadko wspomina się, że miała za sobą rzeczywistą pracę eksperymentalną z zakresu fizyki. Na początku lat 80. XIX wieku współpracowała ze swoim szwagrem, lordem Rayleighiem, przy wyznaczaniu wzorców elektrycznych; ich wspólne prace nad pomiarami prądu i woltametrem srebrowym ukazały się w czasopismach naukowych. Ten szczegół biograficzny ma znaczenie dla historii badań psychicznych. Kobieta, która w laboratorium uczyła się, jak łatwo błąd systematyczny podszywa się pod wynik, wniosła do Towarzystwa Badań Psychicznych nawyk sprawdzania warunków obserwacji zanim przyjmie się jej treść.
W środowisku spirytystów zyskała opinię osoby chłodnej, a nawet wrogiej. Opinia ta była niesprawiedliwa w jednym istotnym punkcie: Eleanor Sidgwick nigdy nie twierdziła, że pytanie o przetrwanie świadomości jest bezsensowne. Uważała je za jedno z najpoważniejszych pytań, jakie można postawić, i właśnie dlatego nie zgadzała się, by rozstrzygały je zjawiska uzyskiwane w zaciemnionych pokojach, w warunkach dyktowanych przez samo medium.
Rok 1886: fotografie duchów i pisanie na tabliczkach
Najwyraźniej jej metoda ujawniła się w obszernym artykule, który opublikowała w 1886 roku w czwartym tomie Proceedings of the Society for Psychical Research. Tekst dotyczył wyników jej osobistych dociekań nad fizycznymi zjawiskami spirytyzmu oraz rozważań o tym, jakiego rodzaju świadectwo mogłoby je w ogóle uzasadnić. Dwa obszary zajęły w nim szczególne miejsce: fotografia duchów i tak zwane niezależne pisanie, czyli pojawianie się słów na tabliczkach łupkowych rzekomo bez udziału ręki medium.
W sprawie fotografii Sidgwick postępowała jak archiwistka. Gromadziła odbitki, porównywała relacje uczestników sesji i zwracała uwagę na to, że w każdym znanym jej przypadku fotograf miał nad procesem dostateczną kontrolę, by wprowadzić podwójną ekspozycję lub podmienić płytę. Nie twierdziła, że dowiodła oszustwa w każdym pojedynczym wypadku; twierdziła coś skromniejszego i zarazem bardziej dotkliwego dla obrońców zjawiska – że żaden z przedstawionych przykładów nie wyklucza zwykłych technik ciemni.
Jeszcze ważniejsza była jej analiza pisania na tabliczkach. Popularne w latach 80. seanse tego typu, kojarzone zwłaszcza z Williamem Eglintonem, opierały się niemal wyłącznie na zeznaniach świadków, którzy zapewniali, że nie spuszczali tabliczki z oczu. Sidgwick zestawiła te relacje i zauważyła, że ich siła przekonywania pochodzi z pewności autorów, a nie z kompletności opisu. Świadkowie pomijali drobne przerwy w uwadze, zmiany kolejności czynności, momenty rozmowy z medium. Wniosek brzmiał: doświadczenie prestidigitatorów pokazuje, że ludzka pamięć o przebiegu krótkiej sekwencji zdarzeń jest zbyt zawodna, by na niej budować twierdzenie o zawieszeniu praw natury.
Teza ta wywołała gwałtowną reakcję. Część członków o nastawieniu spirytystycznym uznała ją za obrazę uczciwych świadków i w następnych latach opuściła Towarzystwo. Wkrótce potem doświadczenia Samuela Johna Daveya, amatora iluzjonisty, który przy współpracy Richarda Hodgsona imitował pisanie na tabliczkach, a następnie zbierał relacje uczestników, dostarczyły ilustracji niemal laboratoryjnej: goście Daveya opisywali jego sztuczki jako zjawiska niewytłumaczalne i pomijali dokładnie te momenty, w których dokonywał zamiany. Eleanor Sidgwick nie była autorką tych eksperymentów, lecz jej artykuł wyznaczył problem, który miały rozstrzygnąć.
Warto zauważyć, jak precyzyjnie sformułowała kryterium. Nie wymagała od świadków, by byli ekspertami, ani nie zakładała ich nieuczciwości. Pytała, czy opis zawiera wszystkie ogniwa, które musiałyby być zabezpieczone, aby wykluczyć podmianę tabliczki, przygotowanie tekstu zawczasu albo pisanie pod blatem stołu. Jeżeli choć jedno ogniwo pozostawało niekontrolowane, całość traciła wartość dowodową, niezależnie od liczby i prestiżu osób, które się pod nią podpisały. Ta zasada – że świadectwo jest tak mocne, jak jego najsłabszy moment – stała się później jedną z podstawowych reguł oceny relacji o zjawiskach fizycznych. W jej ujęciu nie było miejsca na sumowanie słabych przypadków w nadziei, że ich ilość przejdzie w jakość; dziesięć niepewnych relacji pozostawało dziesięcioma niepewnymi relacjami.
Eusapia Palladino i granice dobrej woli
Sprawą, która najlepiej pokazuje jej charakter badawczy, była neapolitańska medium Eusapia Palladino. W 1894 roku Sidgwickowie uczestniczyli w seansach zorganizowanych przez Charlesa Richeta na wysepce u wybrzeży Prowansji, w których brali udział także Oliver Lodge i Frederic Myers. Lodge i Myers wyjechali stamtąd przekonani, że widzieli zjawiska autentyczne. Eleanor Sidgwick zachowała ostrożność, choć nie ogłosiła wówczas, że ma dowody oszustwa.
Rok później Palladino przyjechała do Cambridge, gdzie seanse w domu Myersa obserwowali członkowie Towarzystwa, w tym Richard Hodgson. Ustalono wówczas, że medium potrafi uwolnić rękę z kontroli, pozwalając obu kontrolującym sądzić, że każdy z nich trzyma inną dłoń, podczas gdy w rzeczywistości dotykali tej samej. Wnioski z Cambridge były dla Towarzystwa przełomowe: przyjęto zasadę, że wobec medium systematycznie uciekającego się do oszustwa nie prowadzi się dalszych badań, ponieważ nie da się oddzielić tego, co ewentualnie prawdziwe, od tego, co sfabrykowane.
Gdy w 1908 roku Everard Feilding, William Wortley Baggally i Hereward Carrington przeprowadzili w Neapolu nową serię posiedzeń i ogłosili raport wyraźnie przychylny Palladino, Eleanor Sidgwick nie zbyła go lekceważeniem. Przeczytała protokoły uważnie i przyznała, że są staranniejsze niż wcześniejsze opisy. Pozostała jednak przy zdaniu, że udokumentowana skłonność medium do oszustw, warunki oświetlenia i sposób prowadzenia kontroli każą wstrzymać się z uznaniem zjawisk. Ten typ reakcji – bez szyderstwa, lecz i bez kapitulacji przed autorytetem kolegów – stał się dla późniejszych badaczy wzorem tego, jak należy dyskutować z raportem, z którym się nie zgadza.
Prezydentura i praca nad przypadkami spontanicznymi
W latach 1908–1909 Eleanor Sidgwick była prezydentką Towarzystwa Badań Psychicznych. Była pierwszą kobietą na tym stanowisku, a zarazem osobą, która od lat wykonywała w nim najmniej efektowną część pracy: redagowała, korespondowała, klasyfikowała przypadki, odpowiadała na listy osób zgłaszających swoje doświadczenia. Przez wiele lat pełniła w Towarzystwie funkcje sekretarskie i redakcyjne, a w 1932 roku, na pięćdziesięciolecie jego istnienia, uhonorowano ją tytułem prezydentki honorowej.
Jej sceptycyzm miał wyraźny kierunek. Odrzucała fizyczny mediumizm, ale poważnie traktowała relacje o spontanicznych zjawiskach, takich jak przeczucia, zjawy czy wizje w chwili śmierci, ponieważ te dawały się badać metodami świadectwa historycznego: można było szukać relacji spisanych przed poznaniem zbiegu okoliczności, przesłuchiwać niezależnych świadków, porównywać daty. Zajmowała się też zagadnieniem jasnowidzenia i transu mediumicznego o charakterze umysłowym, w którym nie chodziło o unoszenie przedmiotów, lecz o informacje przekazywane w mowie lub piśmie.
Najdojrzalszym owocem tej linii była jej obszerna praca o zjawiskach transowych Leonory Piper, ogłoszona w 1915 roku w Proceedings. Sidgwick przeanalizowała w niej zapisy wieloletnich posiedzeń i doszła do wniosku, że osobowości kontrolne występujące w transie amerykańskiej medium są najpewniej wtórnymi postaciami jej własnej psychiki, a nie samodzielnymi duchami. Nie zamykała jednak kwestii całkowicie: dopuszczała, że część informacji mogła docierać do medium drogą telepatyczną, a w późniejszych latach jej stanowisko wobec możliwości przetrwania złagodniało. Ta dwoistość bywa odczytywana jako niekonsekwencja; trafniej widzieć w niej konsekwencję innego rzędu, polegającą na tym, że rozdzielała poziom wyjaśnienia, który uważała za dowiedziony, od poziomu, który uważała za otwarty.
Wzór sceptyka, który pozostał w środku
Szczególność Eleanor Sidgwick polega na tym, że jej krytyka powstawała wewnątrz instytucji, którą zewnętrzni przeciwnicy oskarżali o łatwowierność. Nie była naukowcem przychodzącym na jeden seans po to, by ogłosić jego bezwartościowość, ani publicystką walczącą z przesądem. Przez dziesięciolecia uczestniczyła w tym samym przedsięwzięciu co Myers, Lodge czy Gurney, dzieliła z nimi pytanie, a różniła się miarą tego, co uznawała za odpowiedź. Dzięki temu jej zastrzeżenia miały siłę, której nie miały ataki z zewnątrz: trudno było zarzucić jej uprzedzenie, skoro sama przez lata zbierała i publikowała przypadki świadczące, w jej ocenie, o zjawiskach niewyjaśnionych.
Jej styl pracy był niemal ascetyczny. Pisała bez retoryki, unikała metafizycznych dygresji, wolała wyliczyć możliwe źródła błędu, niż sformułować śmiałą hipotezę. Współcześni wspominali ją jako osobę małomówną, o wielkiej sile skupienia. Ten sam temperament widać w jej pracy dla Newnham: kierowała kolegium bez manifestów, za to z nieustępliwą troską o poziom nauczania i o finanse instytucji, którą wielu uważało wówczas za eksperyment skazany na niepowodzenie. Dla niej samej obie dziedziny nie były od siebie odległe. W obu chodziło o to, by nowego roszczenia – czy to do uniwersyteckiego wykształcenia kobiet, czy do istnienia nieznanych zdolności umysłu – bronić wyłącznie argumentami, które przetrwają krytykę przeciwników. W historii badań psychicznych to ona, bardziej niż ktokolwiek inny w pierwszym pokoleniu Towarzystwa, ustanowiła standard, wedle którego sama pewność świadka nie jest argumentem, a wynik uzyskany w warunkach kontrolowanych przez osobę badaną nie jest wynikiem.
Dla historyka idei jej postać jest ważna także z innego powodu. Pokazuje, że w późnowiktoriańskiej kulturze pytanie o duszę mogło być stawiane z powagą, która nie wymagała wiary w każde ogłoszone cudowne zdarzenie. Eleanor Sidgwick zmarła w 1936 roku, w wieku dziewięćdziesięciu jeden lat. Zostawiła po sobie nie system, lecz metodę: cierpliwą, nieufną wobec efektu, lojalną wobec faktów nawet wtedy, gdy rozczarowywały one jej przyjaciół. Właśnie dlatego jej artykuły do dziś czyta się jako lekcję krytyki źródeł, a nie tylko jako dokument sporu o seanse.
