Arthur Conan Doyle i spirytystyczna krucjata twórcy Sherlocka Holmesa
Po 1916 roku Arthur Conan Doyle przestał traktować spirytyzm jako przedmiot ostrożnych badań i uznał go za „nowe objawienie”, któremu poświęcił pióro, majątek i ostatnie czternaście lat życia, płacąc za to utratą wizerunku chłodnego racjonalisty, jaki zawdzięczał Sherlockowi Holmesowi.

Lekarz z Southsea i długie przedpole
Zanim Doyle stał się najgłośniejszym rzecznikiem spirytyzmu w świecie anglojęzycznym, przez ponad trzydzieści lat był jego sceptycznie zaciekawionym obserwatorem. W latach osiemdziesiątych XIX wieku, jako młody lekarz praktykujący w Southsea pod Portsmouth, uczestniczył w seansach stolikowych u znajomych, czytał literaturę przedmiotu i notował swoje wrażenia z mieszaniną ciekawości i rezerwy. W 1893 roku wstąpił do Society for Psychical Research, towarzystwa, które od początku stawiało sobie za cel badanie zjawisk nadzwyczajnych metodą możliwie bliską naukowej. Ten długi okres przygotowawczy jest ważny dla zrozumienia późniejszego zwrotu: Doyle nie był neofitą porwanym jednym wstrząsem, lecz człowiekiem, który przez dekady gromadził materiał i odkładał rozstrzygnięcie.
Jego literacka sława opierała się tymczasem na postaci, która uosabiała coś przeciwnego. Holmes był emblematem dedukcji, empirycznej drobiazgowości i nieufności wobec wszystkiego, czego nie da się sprawdzić. Czytelnicy z łatwością utożsamiali autora z bohaterem, choć sam Doyle nigdy nie twierdził, że myśli tak jak detektyw z Baker Street. Ta projekcja okazała się później pułapką: każde jego wyznanie wiary w komunikację ze zmarłymi odbierano nie jako stanowisko konkretnego człowieka, ale jako zdradę figury, którą publiczność uważała za swoją.
Rok 1916 i wojenna żałoba
Przełom nastąpił w czasie pierwszej wojny światowej. W 1916 roku Doyle ogłosił na łamach spirytystycznego tygodnika Light, że uważa sprawę za dowiedzioną i że zamierza ją głosić. Biografowie wskazują kilka czynników, które złożyły się na tę decyzję. Jednym była obecność w jego domu Lily Loder-Symonds, przyjaciółki rodziny, która uprawiała pismo automatyczne i przekazywała rzekome wiadomości od poległych, w tym od szwagra Doyle'a, Malcolma Leckiego, zabitego w 1914 roku. Drugim była sama skala wojennej śmierci, która uczyniła pytanie o los zmarłych pytaniem całego pokolenia, a nie tylko kółek seansowych.
Kolejne straty przyszły już po deklaracji, co warto podkreślić wbrew popularnemu skrótowi, według którego Doyle „uwierzył z rozpaczy po synu”. Jego syn Kingsley zmarł w październiku 1918 roku na zapalenie płuc, osłabiony wcześniejszymi ranami frontowymi, a brat Innes – na początku 1919 roku. Żałoba niewątpliwie pogłębiła zaangażowanie i nadała mu osobisty ton, ale publiczny wybór był wcześniejszy. W późniejszych latach Doyle twierdził, że podczas seansów otrzymywał przekazy od Kingsleya; dla jego przeciwników była to tylko ilustracja tego, jak cierpienie podsuwa ludziom pocieszające złudzenia.
Nowe objawienie jako program religijny
W 1918 roku ukazała się książka The New Revelation, a rok później jej kontynuacja The Vital Message. Obie są ważniejsze jako manifest niż jako zbiór dowodów. Doyle nie ograniczał się w nich do twierdzenia, że pewne zjawiska seansowe są autentyczne. Przedstawiał spirytyzm jako odpowiedź na kryzys chrześcijaństwa, które – jego zdaniem – utraciło żywy kontakt z rzeczywistością duchową i skostniało w dogmacie. Nowe objawienie miało przywrócić religii charakter empiryczny: zamiast wiary w zmartwychwstanie, potwierdzonej jedynie autorytetem Kościoła, ludzkość otrzymywała świadectwo zmarłych, którzy sami opowiadali o swoim dalszym istnieniu.
Z tych przekazów Doyle budował dość spójny obraz zaświatów. Śmierć jawiła się w nim jako łagodne przejście, po którym dusza zachowuje osobowość i więzi uczuciowe, trafia do sfery przypominającej udoskonaloną ziemię i stopniowo się rozwija. Nie było w niej wiecznego potępienia w tradycyjnym sensie ani nagłego sądu, lecz raczej szkoła duchowego wzrostu. Krytycy z kręgów kościelnych zarzucali mu, że tworzy wygodną religię bez grzechu i odkupienia, a teologowie anglikańscy i katoliccy widzieli w jego tezach rodzaj naturalistycznego spłaszczenia wiary. Doyle odpowiadał, że chrześcijańska etyka zostaje nienaruszona, zmienia się jedynie jej podstawa poznawcza.
Istotne jest, że w tych książkach mówi głos misjonarza, a nie badacza. Autor zwraca się do czytelników zmęczonych wojną i obiecuje im nie hipotezę, lecz pewność. Ton apostolski, z odwołaniami do obowiązku dzielenia się prawdą, odróżniał go od ostrożnych sprawozdań, jakie publikowało wówczas Towarzystwo Badań Psychicznych. W tym właśnie miejscu zaczyna się napięcie, które po kilkunastu latach doprowadziło do zerwania.
Reakcja opinii publicznej była natychmiastowa. Recenzenci, którzy jeszcze niedawno chwalili Doyle'a za patriotyczne broszury wojenne i za historię kampanii we Francji, teraz pytali, jak autor tak precyzyjnych fabuł detektywistycznych może przyjmować tak słabe świadectwa. Część komentatorów tłumaczyła jego postawę żałobą i wiekiem, co Doyle odbierał jako protekcjonalne unieważnienie swoich argumentów. Sam podkreślał, że doszedł do przekonania w pełni sił, po latach lektur i obserwacji, i że gotów jest bronić go w każdej publicznej debacie. Ta deklaracja otwierała drogę do działalności, która wkrótce wyszła daleko poza pisanie książek.
Krucjata na scenach świata
Doyle potraktował swoje przekonanie jako zobowiązanie praktyczne. Od 1919 roku wygłaszał setki wykładów w Wielkiej Brytanii, a następnie wyruszał w długie podróże. W latach 1920–1921 odwiedził Australię i Nową Zelandię, co opisał w książce The Wanderings of a Spiritualist. W 1922 i 1923 roku dwukrotnie objechał Stany Zjednoczone i Kanadę, zostawiając relacje Our American Adventure i Our Second American Adventure. Pod koniec dekady udał się do Afryki Południowej i dalej, a z tej wyprawy powstała książka Our African Winter. Towarzyszyła mu żona Jean, która sama praktykowała pismo automatyczne i przekazywała wiadomości od ducha przewodnika nazywanego Pheneasem.
Wykłady miały stałą formę: opowieść o drodze autora do przekonania, przegląd historycznych „dowodów”, a na koniec przeźrocza, w tym fotografie rzekomych duchów. Sale bywały pełne, a reakcje skrajne. Jedni słuchacze dziękowali mu za pocieszenie po stracie bliskich, inni przychodzili z ciekawości, by zobaczyć sławnego pisarza mówiącego o rzeczach niewiarygodnych. Prasa chętnie podchwytywała momenty, w których Doyle bronił mediów już zdyskredytowanych albo przyjmował za dobrą monetę świadectwa, które dziennikarzom wydawały się naiwne. Jego poparcie dla fotografii wróżek z Yorkshire, opisywane w osobnym eseju, stało się w oczach wielu komentatorów symbolem utraty krytycyzmu.
Krucjata kosztowała także pieniądze. Doyle finansował podróże i wydawnictwa w dużej mierze z własnych dochodów, a w 1925 roku otworzył w londyńskiej dzielnicy Westminster księgarnię spirytystyczną, połączoną z niewielkim muzeum. W tym samym roku przewodniczył międzynarodowemu kongresowi spirytystycznemu w Paryżu. Szacunki jego wydatków na sprawę, krążące w biografiach, są różne i trudne do sprawdzenia, ale nikt nie kwestionuje, że była to inwestycja ogromna i świadomie podjęta.
Historyk własnego ruchu
W 1926 roku ukazała się dwutomowa The History of Spiritualism, przy której Doyle korzystał z pomocy badacza Leslie'ego Curnowa. Dzieło to obejmuje dzieje ruchu od Emanuela Swedenborga i zjawisk w domu sióstr Fox w Hydesville, przez kariery Daniela Dunglasa Home'a i Eusapii Palladino, po wojenne i powojenne mediumizmy. Jako synteza ma wartość źródłową: zbiera w jednym miejscu relacje, nazwiska i spory, które bez niego trzeba by odszukiwać w rozproszonej prasie. Jako historia jest jednak apologią. Doyle czyta przeszłość z perspektywy wierzącego, który w każdym zdemaskowaniu widzi raczej spisek przeciwników albo chwilową słabość medium niż dowód oszustwa.
Ta sama książka pokazuje, czym spirytyzm był dla autora w wymiarze duchowym. Nie interesował go jako zbiór sensacji, lecz jako dowód ciągłości życia i jako fundament etyki odpowiedzialności, w której czyny na ziemi kształtują stan duszy po śmierci. Wielokrotnie pisał, że zjawiska fizyczne – stuki, lewitacje, materializacje – mają znaczenie wtórne, są czymś w rodzaju dzwonka przy drzwiach, który ma zwrócić uwagę na właściwe przesłanie. W tym samym roku wydał powieść The Land of Mist, w której profesor Challenger, dawny bohater przygodowy i wzorzec naukowego sceptycyzmu, przechodzi drogę od drwiny do przekonania. Literacki los Challengera był wyraźnym odbiciem drogi, jaką autor chciał wskazać czytelnikom.
Zerwanie z Towarzystwem i cena przekonania
Relacje Doyle'a z Society for Psychical Research psuły się przez całe lata dwudzieste. Towarzystwo, w którym coraz większą rolę odgrywali badacze nieufni wobec mediumizmu fizycznego, publikowało raporty demaskujące albo co najmniej podważające działalność mediów cenionych przez spirytystów. Doyle uważał, że jego członkowie stosują wobec zjawisk wymagania niemożliwe do spełnienia i podważają świadectwa uczciwych ludzi. Na początku 1930 roku, po kolejnym krytycznym tekście w czasopiśmie Towarzystwa, złożył rezygnację z członkostwa po trzydziestu siedmiu latach przynależności i wezwał innych spirytystów do podobnego kroku.
Gest ten miał wymiar symboliczny. Oznaczał porzucenie instytucji, która reprezentowała ideał badania psychicznego jako nauki, na rzecz ruchu, który był już przede wszystkim wspólnotą wiary. Doyle zmarł kilka miesięcy później, 7 lipca 1930 roku, w swoim domu w Crowborough. Kilka dni później w Royal Albert Hall odbyło się zgromadzenie pamięci, podczas którego medium Estelle Roberts ogłosiło, że widzi zmarłego wśród zebranych. Dla wiernych był to ostatni dowód jego racji, dla sceptyków – właściwe zwieńczenie kariery, w której osobisty autorytet zastępował kontrolę.
Bilans tej krucjaty jest niejednoznaczny. Doyle stracił reputację człowieka, którego sąd w sprawach dowodu można traktować poważnie; w karykaturach i felietonach stał się figurą łatwowiernego starszego pana, uwiedzionego przez sprytne media. Jednocześnie nadał spirytyzmowi rozgłos, jakiego ruch nie miał od czasów sióstr Fox, i wprowadził go do kultury masowej okresu międzywojennego. Dla historyka idei najciekawsze jest jednak co innego: Doyle traktował swoją wiarę jako przedłużenie empiryzmu, a nie jego zaprzeczenie. Uważał, że postępuje jak Holmes, który bada fakty bez względu na to, dokąd prowadzą. Różnica polegała na tym, że jego fakty pochodziły z seansów, na których warunki obserwacji ustalało samo medium, a gotowość do przyjęcia świadectwa była tym większa, im głębszej potrzebie odpowiadało. W tym sensie jego droga jest świadectwem nie tyle porażki rozumu, ile tego, jak silnie po wielkiej wojnie potrzeba sensu domagała się formy, którą dałoby się nazwać wiedzą.
