Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Eksperymenty S. J. Daveya z pisaniem na tabliczkach

Pozorowane seanse pisania na tabliczkach, które iluzjonista-amator S. J. Davey prowadził wraz z Richardem Hodgsonem, a opisał w 1887 r. w „Proceedings of the SPR”, wykazały, że uczciwi świadkowie systematycznie przekręcają przebieg zdarzeń, i stały się wczesnym fundamentem psychologii świadectwa.

Przykład „pisma na tabliczkach” uzyskiwanego przez spirytystyczne media, z publikacji Henry’ego Ridgely’ego Evansa, 1897 – domena publiczna
Przykład „pisma na tabliczkach” uzyskiwanego przez spirytystyczne media, z publikacji Henry’ego Ridgely’ego Evansa, 1897 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Nawrócony, który zaczął wątpić

Samuel John Davey był młodym członkiem założonego w 1882 r. londyńskiego Towarzystwa Badań Psychicznych, Society for Psychical Research. Jego droga do sceptycyzmu nie zaczęła się od niechęci do spirytyzmu, lecz od fascynacji. W połowie lat osiemdziesiątych XIX w. uczestniczył w seansach Williama Eglintona, w owym czasie najgłośniejszego w Anglii medium pisania na tabliczkach, i był przekonany, że widział zjawiska niewytłumaczalne. Opisał je nawet w relacji przekazanej Towarzystwu jako świadectwo autentyczności. Wkrótce jednak zaczął podejrzewać, że część tego, co obserwował, mogła być wynikiem zręczności, i postanowił to sprawdzić w jedyny przekonujący dla siebie sposób: nauczyć się samemu wytwarzać te same efekty.

Davey nie był zawodowym prestidigitatorem. Ćwiczył jako amator, ale z zapałem i systematycznością, które w krótkim czasie pozwoliły mu odtworzyć niemal wszystkie elementy repertuaru mediów tabliczkowych: wiadomości pojawiające się na tabliczkach zamkniętych w ramce, odpowiedzi na pytania zapisane przez gości w tajemnicy, pismo w różnych kolorach, wiadomości w językach obcych. Gdy nabrał wprawy, zrobił krok, który zmienił charakter sprawy. Zamiast ograniczyć się do pokazania, jak sztuczki się wykonuje, zaczął urządzać seanse dla osób, które nie wiedziały, że mają do czynienia z iluzjonistą.

Seanse z protokołem

W przedsięwzięciu tym towarzyszył mu Richard Hodgson, urodzony w Australii prawnik i filozof, który zyskał już opinię najbardziej wymagającego ze śledczych Towarzystwa. Hodgson wnosił do projektu metodę. Goście, zapraszani przeważnie przez znajomych, przychodzili na posiedzenie z Daveyem, niektórzy przekonani, że spotykają medium, inni nastawieni sceptycznie. Po seansie proszono ich o spisanie możliwie dokładnej relacji z tego, co się wydarzyło, najlepiej natychmiast, gdy wspomnienia były świeże. Davey ze swej strony notował, co naprawdę zrobił: kiedy podmienił tabliczkę, kiedy odwrócił uwagę, kiedy pisał. Zestawienie obu zapisów pozwalało zobaczyć, jak rzeczywisty przebieg seansu przekształca się w pamięci uczestnika w opowieść o cudzie.

Ta procedura różniła się zasadniczo od wcześniejszych dyskusji o mediumizmie. Spory o seanse toczyły się zwykle wokół pytania, czy medium oszukuje. Davey i Hodgson zadali inne pytanie: co w ogóle można wywnioskować z relacji świadka, jeśli wiadomo z całą pewnością, że zjawisko było trikiem? Mieli przewagę, której nie miał żaden badacz prawdziwych mediów, bo znali dokładnie stan faktyczny. Każda rozbieżność między relacją a protokołem Daveya była więc błędem obserwacji lub pamięci, a nie sprawą interpretacji.

Wybór pisania na tabliczkach jako materiału doświadczenia nie był przypadkowy. Ten rodzaj seansu uchodził wśród zwolenników za szczególnie odporny na oszustwo. Odbywał się przy świetle, medium siedziało przy stole widoczne dla wszystkich, a tabliczki można było przynieść własne, oczyścić, opieczętować, związać sznurkiem. Wydawało się, że jeśli w ogóle istnieje forma mediumizmu, którą da się poddać kontroli zwykłego rozsądnego człowieka, to właśnie ta. Dlatego wykazanie, że i tutaj relacje świadków zawodzą, miało większą wagę niż analogiczne ustalenia dotyczące seansów w ciemności, gdzie łatwość oszustwa była oczywista dla każdego. Davey uderzał w najmocniejszy, a nie w najsłabszy punkt argumentacji z doświadczenia.

Przedsięwzięcie miało też wymiar etyczny, z którego autorzy zdawali sobie sprawę. Goście przychodzili w dobrej wierze, czasem z nadzieją na wiadomość od bliskiej osoby, i zostawali świadomie wprowadzeni w błąd. Davey i Hodgson uważali, że cel poznawczy usprawiedliwia ten podstęp, zwłaszcza że prawdziwe media robiły to samo dla zysku. Części uczestników ujawniano później charakter seansu. Zdarzało się, że reagowali niedowierzaniem i trwali przy przekonaniu, iż przynajmniej niektóre z widzianych zjawisk musiały być prawdziwe. Ta odporność przekonania na informację o oszustwie była może najbardziej niepokojącym wynikiem całego doświadczenia, choć trudno ją było ująć w liczby.

Raport w „Proceedings”

Wyniki ukazały się w 1887 r. w czwartym tomie „Proceedings of the Society for Psychical Research” w obszernym artykule The Possibilities of Mal-Observation and Lapse of Memory from a Practical Point of View. Tytuł dobrze oddaje jego intencję: nie chodziło o teoretyczną rozprawę o zawodności zmysłów, lecz o praktyczną demonstrację, jak duże mogą być błędy w konkretnych warunkach seansu. Artykuł zawierał liczne relacje uczestników, opatrzone komentarzem wskazującym, co rzeczywiście zaszło.

Obraz, jaki wyłonił się z porównań, był uderzający. Świadkowie pomijali momenty, które z punktu widzenia sztuczki były najważniejsze: chwilę, w której Davey sięgał po inną tabliczkę, przerwę, gdy prosił o przyniesienie czegoś z sąsiedniego pokoju, rozmowę, która odwracała ich wzrok. Twierdzili z pełnym przekonaniem, że nie spuścili tabliczki z oka, podczas gdy w rzeczywistości była przez pewien czas w rękach Daveya poza ich polem widzenia. Przestawiali kolejność zdarzeń tak, że oczyszczenie tabliczki następowało w relacji po momencie, w którym w rzeczywistości mogło zostać na niej coś napisane. Dodawali szczegóły, których nie było, wzmacniające wrażenie ścisłej kontroli. Różni uczestnicy tego samego posiedzenia potrafili opisać je w sposób wzajemnie niezgodny, każdy z równą pewnością.

Co najważniejsze, błędy nie były przypadkowe. Układały się w kierunku, który odpowiadał zamysłowi iluzjonisty. Sztuczka polega na tym, by uwaga widza była skierowana gdzie indziej w chwili decydującej, a pamięć nie przechowuje tego, czego nie zarejestrowała uwaga. Relacja świadka, nawet spisana zaraz po wydarzeniu, nie jest więc zapisem tego, co się stało, ale rekonstrukcją opartą na tym, co wydało mu się ważne. Iluzjonista projektuje seans tak, by wydało się ważne właśnie to, co nieistotne. Hodgson podkreślał, że nie ma tu mowy o głupocie obserwatorów; wśród gości byli ludzie wykształceni, przyzwyczajeni do ścisłego myślenia, niektórzy z nich nastawieni podejrzliwie. Ich relacje nie były gorsze od relacji, na których opierano przekonanie o autentyczności zjawisk u zawodowych mediów. W tym właśnie leżała siła argumentu: skoro takie opisy powstawały wokół seansów, o których wiadomo było, że są sfingowane, opisy tej samej jakości nie mogły rozstrzygać o autentyczności innych seansów.

Wallace i spór o to, kim był Davey

Najbardziej osobliwą reakcję wywołał raport u Alfreda Russela Wallace'a. Wallace, przyrodnik o ogromnym autorytecie i od lat zwolennik spirytyzmu, nie zakwestionował samych rozbieżności w relacjach. Uznał natomiast, że część efektów uzyskanych przez Daveya jest tak niezwykła, iż nie mogła powstać przez zręczność, a więc Davey musiał być w istocie medium, które samo nie zdawało sobie sprawy ze swoich zdolności albo nie chciało się do nich przyznać. Argument ten, przedstawiony w korespondencji publikowanej na łamach pisma Towarzystwa, odwracał całe rozumowanie: dowód, że iluzja może naśladować zjawiska seansowe, stawał się dowodem na kolejne zjawisko seansowe.

Hodgson odpowiadał, że Davey wielokrotnie wyjaśniał swoje metody zaufanym osobom i że nie ma potrzeby zakładać sił nadprzyrodzonych tam, gdzie wiadomo, jak sztuczka została wykonana. Sprawa stała się szczególnie bolesna po przedwczesnej śmierci Daveya pod koniec 1890 r., w bardzo młodym wieku. W 1892 r. Hodgson opublikował w ósmym tomie „Proceedings” kolejny tekst, w którym ujawnił więcej szczegółów technicznych, dotąd zatajanych, by nie ułatwiać zadania oszustom. Pokazał, że efekty, które Wallace uznawał za niemożliwe, miały proste wyjaśnienia znane od początku obu autorom.

Polemika ta jest pouczająca nie z powodu tego, kto miał rację w sprawie samego Daveya, ale ze względu na strukturę przekonania, którą ujawnia. Wallace nie był ani naiwny, ani nieuczciwy. Jego reakcja pokazuje, jak trudno jest uznać, że własne doświadczenie i doświadczenia ludzi godnych zaufania mogą być błędne w sposób systematyczny. Łatwiej przyjąć dodatkową tajemnicę niż przyznać, że obserwacja zawiodła.

Od seansu do psychologii świadectwa

Raport Daveya i Hodgsona wpłynął najpierw na samo Towarzystwo. Eleanor Sidgwick, która już wcześniej wyrażała wątpliwości co do Eglintona, znalazła w nim potwierdzenie, że relacje o pisaniu na tabliczkach, nawet od osób wykształconych i ostrożnych, nie mogą stanowić dowodu zjawisk paranormalnych. W latach następnych Towarzystwo w zasadzie przestało traktować ten rodzaj mediumizmu jako obiecujący przedmiot badań. Pisanie na tabliczkach, przez kilkanaście lat jedna z najpopularniejszych form seansu, utraciło wśród badaczy kredyt, choć wśród wierzących przetrwało jeszcze długo.

Znaczenie eksperymentu sięgało jednak dalej. Na przełomie XIX i XX w. psychologia zaczęła systematycznie badać wiarygodność zeznań, czego wyrazem były prace Alfreda Bineta nad sugestywnością dzieci, doświadczenia Williama Sterna z odtwarzaniem obrazów i zdarzeń po krótkiej ekspozycji oraz książka Hugona Münsterberga On the Witness Stand z 1908 r., poświęcona zeznaniom w sądzie. Nie ma podstaw, by twierdzić, że wszyscy ci badacze wyszli bezpośrednio od Daveya, lecz jego seanse należały do najwcześniejszych prób, w których zawodność świadectwa sprawdzono w warunkach kontrolowanych, z pełną znajomością rzeczywistego przebiegu zdarzeń. W samym środowisku badań psychicznych tradycja ta trwała: w 1932 r. Theodore Besterman opublikował w „Proceedings” badanie nad dokładnością relacji uczestników pozorowanych seansów, nawiązujące wprost do metody z lat osiemdziesiątych.

Davey nie zostawił po sobie teorii. Zostawił procedurę i kilkadziesiąt relacji, które pokazują, jak ludzie pamiętają. Jego eksperyment ma w historii spirytyzmu miejsce szczególne, bo nie demaskuje żadnego medium. Dotyczy świadka, a nie oskarżonego, i przenosi spór o zjawiska seansowe z pytania o uczciwość jednych na pytanie o możliwości poznawcze wszystkich. W tym sensie był bardziej niepokojący niż którakolwiek demaskacja: nie dawał nikomu poczucia wyższości. Każdy, kto czytał raport, mógł zadać sobie pytanie, jak opisałby seans, w którym sam uczestniczył, i czy jego opis byłby bliższy relacji gości, czy protokołowi iluzjonisty.