Korespondencje krzyżowe i pośmiertny eksperyment Myersa
Korespondencje krzyżowe, czyli rozproszone fragmenty pisma automatycznego kilku kobiet z początku XX wieku, miały być dowodem przetrwania zaprojektowanym przez zmarłych badaczy Towarzystwa Badań Psychicznych, lecz ich sens odczytywali żywi interpretatorzy, których klasyczna erudycja sama stała się częścią problemu.

Zagadka podzielona na części
Po śmierci Frederica Myersa w styczniu 1901 roku w kręgu brytyjskiego Towarzystwa Badań Psychicznych (Society for Psychical Research) panowało przekonanie, że jeśli ktokolwiek zdoła przekazać wiadomość zza grobu, będzie to właśnie on. Myers poświęcił życie pytaniu o przetrwanie osobowości, znał na wylot metody i słabości dotychczasowych badań, a przede wszystkim rozumiał, dlaczego żaden pojedynczy komunikat medialny nie może niczego rozstrzygnąć. Każda trafna wiadomość dawała się bowiem wyjaśnić inaczej: oszustwem, przypadkiem, nieświadomym zapamiętaniem dawno przeczytanych treści albo telepatią między medium a uczestnikami seansu. Ostatnia możliwość była szczególnie kłopotliwa, ponieważ sami badacze uznali ją za dobrze udokumentowaną.
Na tym tle narodziła się idea, którą później nazwano korespondencjami krzyżowymi (cross-correspondences). Jej logika była prosta i zarazem wyrafinowana. Jeżeli kilka osób, niezależnie od siebie i w różnych miejscach, zapisuje w transie fragmenty, które osobno są niezrozumiałe, a złożone razem dają spójną aluzję, to źródłem całości nie może być umysł żadnej z nich. Nie wystarczy też telepatia, bo nikt z żyjących nie zna planu, według którego fragmenty miałyby zostać rozdzielone. Pozostaje hipoteza inteligencji zewnętrznej, która zaprojektowała zagadkę – a według zwolenników tej interpretacji byli nią właśnie zmarli założyciele Towarzystwa: Myers, Henry Sidgwick i Edmund Gurney, do których później dołączyli inni.
Sama koncepcja nie została jednak ogłoszona z góry przez żyjących badaczy. Ujawniała się stopniowo, w samych pismach, i dopiero po kilku latach ktoś zauważył, że rozproszone teksty zaczynają się wzajemnie oświetlać. To odwrócenie porządku – najpierw materiał, potem rozpoznanie wzoru – stało się zarówno siłą, jak i słabością całego przedsięwzięcia.
W samych pismach pojawiały się zresztą fragmenty, które zwolennicy czytali jako komentarz nadawcy do trudności przekazu. Komunikaty przypisywane Myersowi skarżyły się na mozół porozumiewania, porównywały go do mówienia przez zaparowaną szybę albo do dyktowania opornemu sekretarzowi, który zapisuje nie to, co słyszy, lecz to, co sam uważa za prawdopodobne. Takie wypowiedzi pełniły podwójną funkcję. Z jednej strony tłumaczyły, dlaczego teksty są urywkowe i niejasne. Z drugiej czyniły tę niejasność elementem projektu: skoro bezpośredni przekaz jest niemożliwy, nadawca wybiera drogę okrężną, w której fragmentaryczność przestaje być wadą, a staje się metodą. Sceptyk mógł oczywiście zauważyć, że ta sama konstrukcja doskonale chroni hipotezę przed obaleniem, bo każda porażka komunikatu zostaje z góry wpisana w jego założenia.
Piszące ręce: od Indii po Cambridge
Pierwszą z głównych autorek była Margaret Verrall, wykładowczyni filologii klasycznej w Newnham College w Cambridge i żona hellenisty Arthura Woollgara Verralla. Zaczęła ćwiczyć pismo automatyczne wkrótce po śmierci Myersa, z którym łączyła ją przyjaźń, a jej teksty od początku pełne były łaciny, greki i zawiłych odniesień literackich. Nie było w tym nic dziwnego: pisała osoba, która na co dzień obcowała z Wergiliuszem i tragikami greckimi.
Druga autorka działała tysiące kilometrów dalej. Alice Fleming, siostra Rudyarda Kiplinga, mieszkała wówczas w Indiach i w publikacjach Towarzystwa występowała pod pseudonimem „pani Holland”, aby uniknąć rozgłosu i sprzeciwu rodziny. Pismo automatyczne uprawiała już wcześniej, lecz po lekturze pośmiertnie wydanego dzieła Myersa w jej tekstach pojawiły się komunikaty podpisane jego imieniem, a w nich polecenie, by przesłać zapiski pani Verrall pod konkretny adres w Cambridge – adres, którego, jak twierdziła, nie znała. Pani Holland długo się wahała, uznając cały epizod za coś krępującego, ostatecznie jednak przesłała materiał do Towarzystwa.
Do tego grona dołączyła córka pani Verrall, Helen, później znana jako Helen Salter, która również podjęła próby pisma automatycznego i której teksty zwolennicy traktowali jako ważny element układanki, ponieważ jej wykształcenie klasyczne było znacznie skromniejsze niż matki. Najważniejszą postacią późniejszego okresu stała się zaś „pani Willett”, pod którym to pseudonimem ukrywała się Winifred Coombe Tennant, zamożna dama z Walii, później zaangażowana w życie publiczne. Jej tożsamość ujawniono dopiero po jej śmierci w 1956 roku. Pani Willett nie tylko pisała, lecz z czasem przeszła do formy mówionej, przekazywanej w obecności zaufanych badaczy, a jej komunikaty przypisywano przede wszystkim Myersowi, Gurneyowi oraz zmarłemu w 1912 roku Arthurowi Verrallowi.
Alice Johnson i rozpoznanie wzoru
Rolę akuszerki całej koncepcji odegrała Alice Johnson, sekretarz i badaczka Towarzystwa, osoba o umyśle drobiazgowym, przyzwyczajona do żmudnego porównywania dokumentów. Analizując teksty pani Holland i pani Verrall, zauważyła, że pewne motywy pojawiają się w obu zbiorach w zbliżonym czasie, przy czym żaden z fragmentów nie jest sam w sobie zrozumiały. W obszernym studium ogłoszonym w Proceedings Towarzystwa w 1908 roku sformułowała tezę, że nie chodzi tu o proste powtórzenie tej samej wiadomości przez dwie osoby, lecz o celowy podział: każda z piszących otrzymuje cząstkę, której sens ujawnia się dopiero w zestawieniu z innymi.
Johnson zwróciła uwagę na rzecz, która wydawała się jej szczególnie znacząca. Gdyby chodziło o telepatię między żyjącymi, należałoby oczekiwać, że jedna z piszących przejmie od drugiej gotową myśl. Tymczasem w korespondencjach myśl nie istniała w całości w żadnym umyśle; istniała tylko jako relacja między fragmentami. Właśnie ta cecha miała odróżniać nowy materiał od wszystkiego, co wcześniej badano, i właśnie ją zwolennicy nazywali podpisem projektanta.
W kolejnych latach analizę przejęli inni: przede wszystkim John George Piddington, który poświęcił korespondencjom niezliczone godziny i obszerne raporty, Gerald Balfour, brat byłego premiera, oraz Oliver Lodge. Każdy z nich wnosił własne wykształcenie i własne skojarzenia, co z czasem okazało się kluczowe dla oceny całości.
Interpretatorzy wypracowali też coś w rodzaju testów. Około 1910 roku badacze skierowali do komunikatów pani Willett pytania dotyczące mitologicznej Lete, rzeki zapomnienia, licząc na odpowiedzi, które ujawnią znajomość konkretnych ustępów u Owidiusza czy Wergiliusza, a zarazem tok skojarzeń charakterystyczny dla zmarłego Myersa. Odpowiedzi pani Willett zawierały szereg aluzji, które badacze uznali za trafne i zaskakujące. Metoda pytania była jednak niebezpiecznie otwarta: gdy pytający sam podaje temat i sam ocenia, które skojarzenia są celne, nadzwyczajność odpowiedzi trudno oddzielić od hojności oceniającego.
Ucho Dionizjosa i gramatyka aluzji
Najczęściej przywoływanym przykładem dojrzałej fazy korespondencji jest sprawa nazwana „Uchem Dionizjosa”, opracowana przez Geralda Balfoura i ogłoszona w 1917 roku. W komunikatach pani Willett pojawiła się zagadkowa fraza o uchu Dionizjosa, której ona sama nie rozumiała. Badacze rozpoznali w niej nazwę groty w kamieniołomach Syrakuz, słynącej z akustyki, w której według tradycji tyran Dionizjos miał podsłuchiwać więźniów. Kolejne fragmenty, rozciągnięte na kilka lat, nawiązywały do Polifema, do Odyseusza, do kamieniołomów, w których więziono ateńskich jeńców, wreszcie do poety Filoksenosa z Kytery, który według przekazów antycznych miał trafić do kamieniołomów za obrazę Dionizjosa i napisać tam utwór o Cyklopie zakochanym w nimfie Galatei.
Dla Balfoura sens całości był jasny: zmarli uczeni, zwłaszcza Arthur Verrall i filolog Samuel Henry Butcher, skonstruowali zagadkę z dziedziny, którą za życia znali najlepiej, i przekazali ją przez osobę niemającą odpowiedniego przygotowania. Argument opierał się więc na kontraście między erudycją rzekomego nadawcy a niewiedzą odbiorczyni. Pani Willett nie była filologiem, a jej teksty zawierały aluzje, których połączenie wymagało specjalistycznej wiedzy.
Tu jednak ujawnia się zasadniczy problem metodologiczny. Połączenie fragmentów było dziełem interpretatorów, którzy sami należeli do tej samej kultury klasycznej co rzekomi nadawcy. To oni wiedzieli, że Filoksenos łączy się z Cyklopem, że Syrakuzy łączą się z kamieniołomami, a Polifem z Galateą. Im bardziej uczony był czytelnik, tym więcej powiązań potrafił dostrzec, a im więcej powiązań dostrzegał, tym bardziej zdumiewająca wydawała się całość. Erudycja nie była neutralnym narzędziem odczytania – była warunkiem istnienia samego wzoru.
Krytyka i granice dowodu
Krytycy, zarówno spoza Towarzystwa, jak i z jego wnętrza, wskazywali kilka słabych punktów. Po pierwsze, materiał był ogromny – tysiące stron zapisów powstających przez dziesięciolecia – a w tak obszernym zbiorze tekstów pełnych literackich odniesień zbieżności są statystycznie nieuniknione. Nikt nie potrafił określić, ile przypadkowych zbieżności należałoby oczekiwać, ponieważ nie istniała żadna grupa kontrolna. Po drugie, piszące kobiety nie były od siebie całkowicie odizolowane. Pani Verrall i jej córka mieszkały pod jednym dachem, wszystkie uczestniczki obracały się w środowisku, w którym rozmawiano o tych samych lekturach, a część z nich miała z czasem wgląd w interpretacje badaczy, co mogło wpływać na dalsze pisma.
Po trzecie, sam język komunikatów był tak aluzyjny i wieloznaczny, że dopuszczał niemal dowolną liczbę odczytań. Fraza niezrozumiała dla piszącej stawała się znacząca dopiero wtedy, gdy interpretator znalazł dla niej kontekst; jeśli kontekstu nie znalazł, fragment po prostu pomijano. Taka selekcja, nawet całkowicie uczciwa, przesuwa ciężar dowodu z tekstu na pomysłowość czytelnika. Filolog Eric Robertson Dodds, który zajmował się badaniami psychicznymi z dużą powagą, w artykule z 1934 roku przekonywał, że materiał nie wymaga hipotezy przetrwania i że da się go wyjaśnić zdolnościami żyjących uczestników, w tym nieświadomą pamięcią i być może telepatią.
Zwolennicy odpowiadali, że ta ostatnia hipoteza sama jest nadzwyczajna, skoro zakłada telepatię o zasięgu i złożoności, jakich nie odnotowano nigdzie indziej. Spór ten, w literaturze później nazywany sporem z hipotezą „super-ESP”, nie został rozstrzygnięty i chyba nie mógł zostać rozstrzygnięty. Obie strony operowały bowiem wielkościami, których nie dało się zmierzyć.
Z perspektywy historii idei korespondencje krzyżowe są czymś więcej niż nierozwiązaną zagadką parapsychologii. Pokazują środowisko, w którym nadzieja na przetrwanie śmierci wyrażała się w języku Homera i Wergiliusza, a dowód miał przybrać formę uczonej szarady. Wyobrażeni projektanci eksperymentu byli filologami i filozofami; tacy sami byli jego interpretatorzy. Zamknięte koło kultury klasycznej sprawiło, że korespondencje mówią przynajmniej tyle o wyobraźni edwardiańskiego Cambridge, ile o tym, co mogłoby leżeć po drugiej stronie. Pozostają jednym z najbardziej pracochłonnych i intelektualnie ambitnych przedsięwzięć w dziejach badań psychicznych – i zarazem przestrogą, że wzór dostrzeżony przez wykształcony umysł nie musi być wzorem ukrytym w samym materiale.
