Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Proces Williama Mumlera i pierwsza rozprawa o fotografię duchów

Nowojorska rozprawa przeciwko Williamowi Mumlerowi z 1869 roku była jednym z pierwszych sądowych starć nowego medium technicznego z religijną wiarą, a jego uwolnienie od zarzutów z braku dowodów pozostawiło nierozstrzygniętym pytanie, czy aparat fotograficzny może być świadkiem świata duchów.

William H. Mumler według ryciny z „Harper’s Magazine”, maj 1869 – domena publiczna
William H. Mumler według ryciny z „Harper’s Magazine”, maj 1869 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Rytownik z Bostonu i jego „dodatki”

William H. Mumler był z zawodu rytownikiem, pracującym przy wyrobach jubilerskich w Bostonie, a fotografią zajmował się początkowo jako amator. W 1862 roku wykonał autoportret, na którym obok jego postaci widniała półprzezroczysta sylwetka młodej kobiety. Sam twierdził później, że pierwotnie potraktował to jako żart albo skutek wady płyty, ale gdy zdjęcie trafiło do kręgów spirytystycznych, uznano je za wizerunek zmarłej kuzynki. Od tej chwili Mumler zaczął przyjmować klientów pragnących sfotografować się z bliskimi z zaświatów, a w spirytystycznej prasie, przede wszystkim w bostońskim Banner of Light, ogłaszano jego osiągnięcia jako przełom.

Już w Bostonie pojawiły się jednak głosy podejrzliwości. Pewni klienci rozpoznali w rzekomych duchach osoby żyjące, które wcześniej pozowały w atelier. Mumler ograniczył wówczas działalność, a po przeprowadzce do Nowego Jorku, około 1868 roku, otworzył pracownię na Broadwayu. Jego cennik był wysoki, a klientela liczna, co samo w sobie przyciągało uwagę władz miejskich i prasy. W ciągu kilku miesięcy prywatne dziwactwo stało się zjawiskiem, o którym rozmawiano w salonach i w redakcjach.

Wątek ogólnej techniki fotografii duchów, jej odmian i późniejszych naśladowców omawia osobny esej. Tu chodzi o jeden moment, w którym te zdjęcia przestały być wyłącznie przedmiotem wiary albo kpiny, a stały się przedmiotem procedury prawnej.

Agent pod przybranym nazwiskiem

Wiosną 1869 roku Joseph H. Tooker, urzędnik miejski działający w porozumieniu z burmistrzem Abrahamem Oakeyem Hallem, zgłosił się do pracowni Mumlera pod fałszywym nazwiskiem i zamówił portret z duchem. Otrzymał zdjęcie z mglistą postacią, w której – jak zeznał – nie rozpoznawał nikogo ze swoich zmarłych. Na tej podstawie Mumler został aresztowany pod zarzutem uzyskiwania pieniędzy pod fałszywym pretekstem, czyli oszustwa wobec klientów.

Sprawa trafiła na wstępne przesłuchanie przed sędzią policyjnym Johnem Dowlingiem w nowojorskim więzieniu i sądzie zwanym Tombs. Formalnie nie był to wielki proces z ławą przysięgłych, lecz postępowanie, które miało ustalić, czy istnieją podstawy do postawienia Mumlera w stan oskarżenia. Mimo to zyskało rozgłos porównywalny z najgłośniejszymi procesami epoki. Relacje ukazywały się w dziennikach nowojorskich, a prasa ilustrowana przedstawiała salę rozpraw, oskarżonego i pokazywane zdjęcia. Publiczność rozumiała, że w gruncie rzeczy sądzi się coś więcej niż jednego fotografa.

Istotne było również to, że inicjatywa wyszła od władz miasta, a nie od rozczarowanego klienta. Nie znamy w pełni motywów burmistrza Halla, a domysły o chęci zdobycia popularności albo o naciskach środowisk zawodowych fotografów pozostają tylko domysłami. Pewne jest natomiast, że postępowanie miało charakter pokazowy: władza publiczna występowała jako strażnik zdrowego rozsądku wobec praktyki, którą duża część mieszkańców uważała za szarlatanerię, a pewna ich część – za religijne pocieszenie. Taki układ ról z góry obciążał rozprawę napięciem, którego nie dało się rozładować samą analizą odbitek.

Oskarżenie prowadził Elbridge T. Gerry, później znany jako działacz na rzecz ochrony dzieci. Jego strategia była prosta: należało wykazać, że efekt widoczny na zdjęciach Mumlera można uzyskać środkami czysto technicznymi, a skoro tak, to pobieranie opłat za rzekome wizerunki zmarłych jest wyłudzeniem. Obrona przyjęła odwrotną perspektywę. Nie musiała dowodzić istnienia duchów, wystarczyło wykazać, że nikt nie przyłapał Mumlera na manipulacji i że świadkowie obecni przy wykonywaniu zdjęć nie dostrzegli niczego podejrzanego.

Barnum, fotografowie i świadkowie wiary

Najbardziej widowiskowym świadkiem oskarżenia był Phineas Taylor Barnum, przedsiębiorca rozrywkowy, właściciel muzeum osobliwości i specjalista od mistyfikacji, który sam przecież zarabiał na ludzkiej skłonności do dziwienia się. Barnum zeznawał o praktykach oszustów wszelkiego rodzaju, a przedłożono również zdjęcie wykonane na jego zamówienie przez nowojorskiego fotografa Abrahama Bogardusa: wizerunek Barnuma z widmową postacią Abrahama Lincolna. Miał to być dowód, że zawodowy fotograf potrafi uzyskać taki efekt bez udziału zaświatów. Paradoks był oczywisty dla wszystkich: największy showman Ameryki występował jako obrońca publiczności przed oszustwem, korzystając przy tym z tej samej retoryki sensacji, z której słynął.

Zeznawali także inni fotografowie, którzy opisywali metody podwójnej ekspozycji, wcześniejszego naświetlenia płyty i nakładania obrazów. Ich wyjaśnienia były technicznie przekonujące, ale miały jedną słabość: dotyczyły tego, jak można by uzyskać podobny efekt, a nie tego, jak Mumler uzyskał go w konkretnych przypadkach. Obrona zręcznie to wykorzystała, powołując świadków, którzy sami obserwowali proces w jego pracowni. Wśród nich szczególne znaczenie miał Jeremiah Gurney, ceniony nowojorski fotograf, który przyznał, że przyglądał się pracy Mumlera i nie wykrył oszustwa, choć nie twierdził, że rozumie pochodzenie widmowych postaci.

Po stronie obrony wystąpił też John W. Edmonds, dawny sędzia sądu najwyższego stanu Nowy Jork i jeden z najbardziej znanych amerykańskich spirytystów. Jego obecność przenosiła spór na grunt światopoglądowy. Edmonds mówił nie tylko o technice, lecz także o realności komunikacji z duchami, którą uważał za dowiedzioną własnym doświadczeniem. Klienci Mumlera opowiadali z kolei, że rozpoznali na zdjęciach swoich zmarłych, i nie zamierzali przyjąć do wiadomości, że padli ofiarą manipulacji. Sala sądowa stała się miejscem, w którym świadectwo emocjonalne zderzyło się ze świadectwem technicznym, a żadne z nich nie dawało się przełożyć na język drugiego.

Wyrok, który nie był werdyktem

W maju 1869 roku sędzia Dowling umorzył sprawę. Uzasadnienie było ostrożne i dla obu stron niesatysfakcjonujące. Sędzia dał do zrozumienia, że sam skłania się ku przekonaniu o oszustwie, ale oskarżenie nie przedstawiło dowodu, że Mumler w opisanych przypadkach posłużył się podstępem. Prawo karne wymagało wykazania konkretnego czynu, a nie tylko możliwości jego popełnienia. Wykazanie, że zdjęcie z duchem da się sfabrykować, nie było równoznaczne z wykazaniem, że zostało sfabrykowane.

W tym punkcie sprawa Mumlera odsłania logikę, która powróci przy wielu późniejszych sporach o zjawiska nadzwyczajne. Sceptycy dysponowali przekonującym wyjaśnieniem ogólnym, ale brakowało im przyłapania na gorącym uczynku. Zwolennicy mogli wskazać na brak takiego przyłapania i na liczne świadectwa zadowolonych klientów, nie potrafili jednak wyjaśnić, dlaczego duchy na zdjęciach przypominały niekiedy żyjących ludzi. Sąd, związany procedurą, nie mógł rozstrzygnąć sporu metafizycznego, mógł jedynie stwierdzić, że karnoprawne kryteria dowodowe nie zostały spełnione.

Dla spirytystów umorzenie było triumfem, chętnie przedstawianym jako sądowe potwierdzenie autentyczności. Dla krytyków – kompromitacją oskarżenia, które pozwoliło oszustowi wymknąć się dzięki formalnościom. Obie interpretacje upraszczały rzeczywistość. Sędzia nie orzekł, że duchy istnieją ani że ich nie ma; orzekł jedynie, że nie da się skazać człowieka na podstawie samej możliwości sfałszowania obrazu. Mumler wyszedł z sali wolny, lecz kosztem procesu była jego reputacja i finanse, nadwerężone wydatkami na obronę. Zwolennicy przypominali odtąd, że zdjęcia przeszły próbę sądu, przeciwnicy – że przeszły ją tylko dzięki temu, że nikt nie zdołał wejść do ciemni w odpowiednim momencie. Te dwie narracje utrwaliły się na dziesięciolecia i pojawiały się w każdym kolejnym sporze o mediumiczną fotografię.

Portret wdowy po prezydencie

Najsłynniejsze zdjęcie Mumlera powstało już po procesie, gdy fotograf wrócił do Bostonu. Na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku do jego pracowni przyszła kobieta w żałobie, która według jego relacji przedstawiła się przybranym nazwiskiem. Na wykonanym portrecie widać ją siedzącą, a za nią stoi niewyraźna postać mężczyzny, opierającego dłonie na jej ramionach. Kobietą była Mary Todd Lincoln, wdowa po zamordowanym prezydencie, a postać z tyłu miała przedstawiać Abrahama Lincolna.

Okoliczności powstania tego zdjęcia pozostają przedmiotem sporu. Mumler twierdził, że nie rozpoznał klientki do chwili wywołania płyty, krytycy wskazywali, że twarz Mary Todd Lincoln była powszechnie znana z prasy i że łatwo było ją rozpoznać nawet pod woalką. Sama wdowa była w tym czasie żywo zainteresowana spirytyzmem; w Białym Domu, po śmierci syna Williego w 1862 roku, odbywała seanse z mediami. Portret stał się ikoną fotografii duchów nie dlatego, że przekonywał technicznie, ale dlatego, że łączył w jednym kadrze narodową tragedię, prywatną żałobę i obietnicę, że więź z ukochanym zmarłym nie została zerwana.

Fakt, że najsłynniejsze dzieło Mumlera powstało po umorzeniu sprawy, mówi wiele o skutkach rozprawy. Proces nie zakończył jego kariery i nie przekonał wiernych. Mumler opisał później swoje doświadczenia w książce The Personal Experiences of William H. Mumler in Spirit-Photography, wydanej w 1875 roku, w której przedstawiał się jako ofiara uprzedzeń. Zmarł w 1884 roku, a kwestia jego metod nigdy nie została rozstrzygnięta przez żaden sąd.

Aparat jako świadek

Najgłębszy sens nowojorskiej rozprawy dotyczy statusu nowego medium. W latach sześćdziesiątych XIX wieku fotografia była jeszcze stosunkowo młodą techniką, a jej autorytet opierał się na przekonaniu, że obiektyw rejestruje to, co jest, bez udziału ludzkiej wyobraźni. Spirytyści przejęli tę wiarę i uczynili z niej argument: skoro aparat nie kłamie, to widoczna na płycie postać musiała się rzeczywiście znajdować przed obiektywem, choć niewidoczna dla oka. Oskarżenie w sprawie Mumlera zakwestionowało ten aksjomat, pokazując, że obraz fotograficzny jest wytworem procesu, który można kontrolować i fałszować.

Ironia polega na tym, że to sceptycy, a nie spirytyści, okazali się w tym sporze nowocześniejszymi teoretykami fotografii. To oni podważyli przekonanie o niewinności obrazu technicznego i wskazali, że między rzeczywistością a odbitką stoi człowiek z płytą, chemikaliami i intencją. Spirytyści bronili natomiast realizmu fotografii, choć w wersji rozszerzonej o świat niewidzialny. Proces z 1869 roku nie rozstrzygnął, kto ma rację w kwestii duchów, ale ujawnił, że pytanie o wiarygodność obrazu stało się odtąd pytaniem prawnym, publicznym i filozoficznym zarazem. W tym sensie rozprawa przed sędzią Dowlingiem otwiera długą historię nieufności wobec obrazów, które wydają się świadczyć same za siebie.