Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Leonora Piper i narodziny badań psychicznych

Leonora Piper nie poruszała stołów ani nie materializowała postaci, dlatego jej przypadek zmienił samo pytanie badaczy: zamiast łapać medium na oszustwie w ciemności, trzeba było ważyć informację, liczyć trafienia i pomyłki oraz pytać, skąd mogła pochodzić wiedza wypowiadana w transie.

Medium Leonora Piper, fotografia z „Pearson’s Magazine”, 1907 – domena publiczna
Medium Leonora Piper, fotografia z „Pearson’s Magazine”, 1907 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Medium bez ciemnego pokoju

Leonora Evelina Simonds urodziła się w 1857 roku w Nashua w stanie New Hampshire, a po ślubie z Williamem Piperem zamieszkała w Bostonie. Według relacji, które sama potwierdzała, pierwszy trans przeżyła w 1884 roku, gdy szukała pomocy u niewidomego uzdrowiciela J. R. Cocke’a, prowadzącego w mieście spirytystyczne posiedzenia. Wkrótce zaczęła przyjmować gości w domu, a jej sława rozchodziła się w zwykły dla epoki sposób, przez rodziny, znajomych i polecenia.

Od większości mediów swojego czasu różniła się jednym zasadniczym rysem: nie wywoływała zjawisk fizycznych. Nie było u niej stukań, unoszących się instrumentów, świecących rąk ani postaci wyłaniających się z gabinetu. Siedziała przy stole w zwykłym świetle, zapadała w trans, a potem mówiła, później zaś coraz częściej pisała. Cała treść seansu sprowadzała się do słów, a więc do informacji o osobach zmarłych i żyjących, które mogły być trafne albo chybione. Ta skromność środków okazała się dla badań psychicznych darem. Nie trzeba było szukać ukrytych drutów i wspólników, trzeba było natomiast ustalić, czy to, co mówi, wykracza poza to, co mogła wiedzieć.

William James i pierwsze sprawozdania

Pierwszym uczonym, który poważnie zajął się Piper, był William James, filozof i psycholog z Harvardu. Jesienią 1885 roku odwiedził ją za namową teściowej i żony, które wróciły z posiedzenia zaskoczone. James wysyłał potem do medium wielu znajomych, często pod przybranymi nazwiskami, i notował wyniki. W swoich sprawozdaniach nie ukrywał, że wiele wypowiedzi było mglistych, a część po prostu błędnych, ale był przekonany, że w pozostałych pojawia się wiedza, której nie potrafi wytłumaczyć zwykłymi środkami.

Najbardziej znana formuła Jamesa pochodzi z mowy, którą wygłosił w 1896 roku jako przewodniczący Society for Psychical Research. Chcąc obalić twierdzenie, że wszystkie wrony są czarne, nie trzeba wykazywać, że żadna nie jest czarna; wystarczy pokazać jedną białą. Jego białą wroną, mówił, jest pani Piper. Zdanie to jest często cytowane jako wyznanie wiary, lecz w istocie jest logiczną uwagą o naturze dowodu: James nie twierdził, że Piper rozmawia ze zmarłymi, tylko że jej przypadek wystarcza, by uznać istnienie wiedzy zdobywanej drogą nieznaną psychologii. Kwestię, jakiego rodzaju jest to droga, pozostawiał otwartą do końca życia.

Dla Jamesa przypadek Piper był od początku sprawą psychologii, a nie religii. Interesowały go stany rozszczepionej świadomości, automatyzmy i osobowości wtórne, które badał równolegle u pacjentów i hipnotyzowanych, a trans medium wydawał mu się jednym z wariantów tej samej zdolności umysłu do dzielenia się na kilka ośrodków. Pytanie nie brzmiało więc dla niego, czy duchy istnieją, lecz czy w obrębie takiego wtórnego ośrodka może pojawić się wiedza, której ośrodek główny nigdy nie zdobył. Sformułowanie problemu w ten sposób umieściło spirytystyczną praktykę wewnątrz rodzącej się psychologii i uczyniło z niej przedmiot sporu między uczonymi, a nie tylko między wierzącymi i drwiącymi.

Hodgson, detektywi i wyjazd do Anglii

Systematyczne badania prowadził Richard Hodgson, Australijczyk, który w 1887 roku przybył do Bostonu jako sekretarz American Society for Psychical Research, założonego dwa lata wcześniej i wkrótce przekształconego w amerykański oddział londyńskiego Towarzystwa. Hodgson miał reputację nieprzejednanego demaskatora; to on kilka lat wcześniej przygotował raport, który podważył wiarygodność Bławatskiej. Wobec Piper zastosował środki, jakie zwykle stosowano wobec podejrzanych: na pewien czas wynajął detektywów, którzy śledzili ją i jej męża, by sprawdzić, czy nie zbierają informacji o przyszłych gościach. Niczego takiego nie znaleźli.

W latach 1889–1890 Piper na zaproszenie Towarzystwa przebywała w Anglii. Tam przyjmowali ją Frederic Myers, Oliver Lodge i Walter Leaf, w domach, w których nie znała nikogo, a gości dobierano tak, by nie mogła się o nich dowiedzieć z wyprzedzeniem. Lodge przejrzał nawet jej bagaż i korespondencję, za jej zgodą. Wyniki ogłoszono w „Proceedings”, a wnioski były ostrożne: autorzy odrzucili hipotezę świadomego oszustwa, uznali za prawdopodobne, że medium zdobywa część wiedzy w sposób dla nich niewyjaśniony, ale nie rozstrzygali, czy chodzi o telepatię od żyjących, czy o kontakt ze zmarłymi. To połączenie surowej procedury i powściągliwego wniosku stało się wzorem dla późniejszych badań.

Phinuit, George Pelham i zmiana stanowiska

Pierwszym stałym komunikatorem Piper był „doktor Phinuit”, przedstawiający się jako francuski lekarz. Postać ta sprawiała badaczom kłopot od początku: mówiła po angielsku z rzekomo francuskim akcentem, słabo radziła sobie z francuskim, a żadnych śladów lekarza o tym nazwisku nie udało się odnaleźć. Phinuit bywał trafny, ale też gadatliwy, skłonny do zgadywania i wyłudzania wskazówek. Sam Hodgson uważał go za najprawdopodobniej wtórną osobowość medium.

Przełom nastąpił w 1892 roku, gdy w transie zaczął się zgłaszać komunikator, którego w publikacjach nazywano George Pelham, a który miał być zmarłym kilka tygodni wcześniej młodym prawnikiem i literatem, znajomym Hodgsona. Według relacji Hodgsona komunikator ten rozpoznawał wśród licznych gości tych, których zmarły znał za życia, zwracał się do nich właściwym tonem i przywoływał wspólne sprawy, a nie mylił się wobec osób obcych. Wrażenie było tak silne, że w drugim obszernym raporcie, ogłoszonym w 1898 roku, Hodgson przyznał, że hipoteza przetrwania osobowości wydaje mu się najlepiej tłumaczyć zebrany materiał. Zmiana stanowiska człowieka znanego z bezlitosnego sceptycyzmu nadała przypadkowi szczególną wagę.

Od 1897 roku kontrolę nad seansami przejęła grupa komunikatorów przedstawiających się imionami zaczerpniętymi z pism angielskiego medium Williama Stainton Mosesa, z „Imperatorem” na czele. Treść seansów stała się bardziej podniosła, a zarazem uboższa w sprawdzalne szczegóły, co badacze odnotowali z niepokojem.

Zmieniła się też technika. Głos, którym przemawiał Phinuit, coraz częściej ustępował pismu: w transie ręka medium zapisywała długie wypowiedzi, a protokolant odczytywał je na bieżąco i odpowiadał na głos. Zdarzało się, że ręka pisała w imieniu jednego komunikatora, podczas gdy usta mówiły w imieniu innego. Dla badaczy było to zarazem ułatwienie i nowe źródło wątpliwości. Pismo zostawiało trwały ślad, który można było porównywać i analizować, ale jednocześnie czyniło seans jeszcze bardziej zależnym od tego, jak siedzący rozumieli niewyraźne litery i jakie znaczenie nadawali niedokończonym zdaniom. Interpretacja wkraczała w sam akt zapisu, zanim ktokolwiek zaczął oceniać jego treść.

Fikcyjna siostrzenica i granice testu

Po nagłej śmierci Hodgsona w grudniu 1905 roku w transach Piper zaczął się zgłaszać komunikator podający się za niego samego. William James zebrał te posiedzenia i ogłosił w 1909 roku obszerne sprawozdanie, które jest jednym z najuczciwszych dokumentów w dziejach badań psychicznych. Opisał w nim, jak trudno odróżnić wiedzę o Hodgsonie, którą medium i siedzący mogli posiadać, od rzeczy, których nikt z obecnych nie znał. Doszedł do wniosku, że materiał nie przesądza sprawy i że może za nim stać „wola komunikowania się” z zewnątrz, ale równie dobrze nadzwyczajne zdolności samego medium.

Zupełnie inaczej postąpili w tym samym czasie psycholog G. Stanley Hall i jego współpracowniczka Amy Tanner. W serii posiedzeń w 1909 roku Hall poprosił komunikatora podającego się za Hodgsona o kontakt z siostrzenicą, którą sam wymyślił. Komunikator chętnie jej poszukał i przekazał od niej wiadomość. W książce Studies in Spiritism z 1910 roku Tanner i Hall potraktowali to jako rozstrzygnięcie: osobowości transowe są wytworami podatnej na sugestię świadomości medium. Zwolennicy Piper odpowiadali, że jeden test podchwytliwy nie unieważnia lat trafnych posiedzeń. Oba stanowiska ujawniają tę samą trudność: medium, które pracuje słowem, zawsze odpowiada na pytania, a pytający zawsze czegoś oczekuje.

Archiwum zamiast cudu

W 1911 roku transy Piper w dawnej postaci wygasły; jeszcze przez pewien czas uprawiała pismo automatyczne, a jej udział w tak zwanych korespondencjach krzyżowych, analizowanych przez badaczy brytyjskich w następnych dekadach, wymaga osobnego omówienia. Zmarła w 1950 roku, nigdy nie przyłapana na oszustwie i nigdy nie uznana za ostatecznie wyjaśnioną.

Najtrwalszym dorobkiem tego przypadku nie jest żadne rozstrzygnięcie, lecz forma pracy, która z niego wyrosła. Posiedzenia Piper zapisywano w miarę możliwości na bieżąco, odnotowywano obecnych, oddzielano wypowiedzi medium od uwag siedzących, a następnie poddawano je ocenie osób, których dotyczyły. Powstało archiwum liczące tysiące stron, w którym trafienia sąsiadują z pomyłkami, a każdy wniosek zależy od tego, jak się je policzy. Badacze psychiczni nauczyli się na nim, że w sprawach świadectwa najważniejsze jest pytanie o drogi, którymi informacja mogła dotrzeć do mówiącego, i że rozsądek każe wyczerpać wszystkie zwykłe drogi, zanim zacznie się mówić o niezwykłych.

Ta lekcja miała też wymiar etyczny. Badacze przekonali się, że rozmowa z pogrążonym w żałobie człowiekiem nie jest neutralnym doświadczeniem, a każde pytanie zadane medium może podsunąć odpowiedź, której pytający pragnie. Ostrożność w formułowaniu wniosków stawała się więc nie tylko wymogiem metody, lecz także formą szacunku wobec tych, którzy przychodzili szukać pocieszenia.

Z perspektywy historii zachodniej ezoteryki Piper stoi w punkcie, w którym spirytyzm przestaje być wyłącznie praktyką pocieszenia i staje się także problemem metodologicznym. Ludzie, którzy siadali przy jej stole, przychodzili często w żałobie, a odchodzili z poczuciem, że ktoś bliski żyje dalej. Badacze, którzy czytali potem protokoły, pytali, ile z tego poczucia zrodziło się z ich własnych odpowiedzi. Oba doświadczenia były prawdziwe, ale należały do różnych porządków, i właśnie dlatego przypadek Piper, w którym oba spotkały się w jednym pokoju, okazał się tak trudny do zamknięcia.