Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Arthur Ford, szyfr Houdiniego i seans biskupa Pike'a

Arthur Ford zawdzięczał sławę dwóm wydarzeniom – rzekomemu przekazaniu tajnego szyfru Houdiniego wdowie po nim w 1929 roku i telewizyjnemu seansowi z biskupem Jamesem Pike'em w 1967 roku – a materiały odnalezione w jego papierach po śmierci każą oba widzieć jako owoc starannego przygotowania.

Spirytystyczne medium Arthur Ford, fotografia z 1948 roku – domena publiczna
Spirytystyczne medium Arthur Ford, fotografia z 1948 roku – domena publiczna · Wikimedia Commons

Medium z ambony

Arthur Augustus Ford urodził się w 1896 roku na Florydzie i zanim stał się najbardziej znanym amerykańskim medium połowy XX wieku, był duchownym. Wyświęcony w Kościele Uczniów Chrystusa, w latach dwudziestych porzucił zwyczajne duszpasterstwo na rzecz wykładów i seansów, nie zrywając jednak z językiem kaznodziei. Ta podwójność określiła jego karierę. Ford nie przypominał mediów fizycznych epoki wiktoriańskiej, w których obecności unosiły się stoły i materializowały ręce. Pracował w transie, mówiąc głosem przewodnika, którego nazywał Fletcherem i przedstawiał jako zmarłego w czasie pierwszej wojny światowej Kanadyjczyka. Seans w jego wydaniu był rozmową: Fletcher wymieniał imiona, przywoływał drobne szczegóły z życia zmarłych i przekazywał pozdrowienia, a słuchacze potwierdzali albo prostowali.

Taki styl miał ogromną zaletę. Mediumizm mentalny nie wymagał zaciemnionych gabinetów ani aparatury, którą badacz mógłby rozkręcić i obejrzeć. Dowodem była sama treść przekazu, a jej wartość zależała od pytania, skąd medium mogło wiedzieć to, co mówi. Na tym pytaniu zbudowano obie wielkie sprawy Forda i na nim obie się rozstrzygnęły. W 1956 roku Ford współtworzył Spiritual Frontiers Fellowship, stowarzyszenie skupiające duchownych i świeckich z głównych Kościołów protestanckich, zainteresowanych modlitwą, uzdrawianiem i kontaktem ze zmarłymi. Jego autobiografia Nothing So Strange, spisana z Margueritte Harmon Bro i wydana w 1958 roku, utrwaliła wizerunek człowieka, który łączy chrześcijańską pobożność z darem, jakiego nie umiał sobie wytłumaczyć.

Słowo „Rosabelle”

Harry Houdini zmarł 31 października 1926 roku. Wśród jego spuścizny znalazło się zobowiązanie, które stało się legendą jeszcze za życia wdowy: Houdini i jego żona Bess umówili się, że ten z nich, kto umrze pierwszy, spróbuje przekazać drugiemu ustalone wcześniej słowa. Bess przez lata przyjmowała zgłoszenia mediów i ogłosiła nagrodę za właściwą wiadomość. Hasłem okazało się słowo „Rosabelle”, tytuł piosenki, którą śpiewała w czasach, gdy oboje występowali w wodewilu, oraz słowo „believe”, zaszyfrowane kodem, jakiego para używała w dawnym numerze z rzekomym czytaniem myśli. W tym kodzie poszczególne wyrazy odpowiadały literom, tak że ciąg pozornie przypadkowych słów składał się w ukryte przesłanie.

Ford wszedł w tę historię w 1928 roku, kiedy na jednym z seansów miał przekazać słowo „Forgive” jako wiadomość od zmarłej matki Houdiniego, Cecilii Weiss. Bess przyznała publicznie, że było to słowo, na które Houdini czekał od matki. Na przełomie 1928 i 1929 roku Fletcher dyktował kolejne wyrazy wiadomości od samego Houdiniego. 8 stycznia 1929 roku, w domu Bess, która wracała do zdrowia po upadku i chorobie, Ford w transie wypowiedział pełny ciąg: „Rosabelle – answer – tell – pray, answer – look – tell – answer, answer – tell”. Odczytany według dawnego klucza dawał słowo „believe”. Bess podpisała oświadczenie, że przekaz jest zgodny z umówionym szyfrem.

Sukces trwał kilka dni. Nowojorski „Evening Graphic”, tabloid niezbyt dbały o standardy dziennikarskie, opublikował relację, według której Ford miał przyznać się do zmowy z wdową. Bess stanowczo zaprzeczyła udziałowi w oszustwie, ale wątpliwości pozostały z innego powodu. Element szyfru – słowo „Rosabelle” i jego związek z małżeństwem Houdinich – ukazał się drukiem jeszcze przed seansem, w biografii Houdini: His Life Story Harolda Kellocka z 1928 roku, pisanej przy współpracy samej Bess. Sam kod wodewilowy znało zaś wielu ludzi z branży. Nie trzeba było zatem tajemnej wiedzy, by złożyć przekaz; wystarczała cierpliwość, rozmowy i lektura. Bess z czasem zdystansowała się od wydarzeń z 1929 roku. Coroczne seanse w rocznicę śmierci męża zakończyła w 1936 roku, oświadczając, że nie wierzy, by Houdini powrócił.

Historycy spirytyzmu do dziś różnią się co do szczegółów sprawy. Jedni uważają, że Ford skorzystał z informacji dostępnych w środowisku, inni sugerują, że chora i samotna wdowa mogła nieświadomie dostarczyć mu wskazówek. Pewne jest jedno: odczytanie szyfru nie było niezależnym dowodem, bo żaden element przekazu nie wykraczał poza to, co dało się ustalić zwykłymi środkami. Dla Forda nie miało to jednak znaczenia. Nazwisko Houdiniego przylgnęło do jego własnego na całe życie.

Śmierć syna i telewizyjny trans

Druga wielka sprawa rozegrała się prawie czterdzieści lat później i w zupełnie innym świecie. James Albert Pike, episkopalny biskup Kalifornii, był jednym z najgłośniejszych teologów liberalnych lat sześćdziesiątych, oskarżanym o herezję za kwestionowanie dogmatu trójcy i dziewiczego narodzenia. W lutym 1966 roku jego syn James junior odebrał sobie życie w Nowym Jorku. Wkrótce potem biskup, przebywający w Cambridge, zaczął odnotowywać w swoim mieszkaniu zjawiska, które uznał za znaki od syna: przesunięte przedmioty, zatrzymane zegary, książki ułożone w osobliwy sposób. Za radą znajomych odwiedził w Londynie medium Enę Twigg, a jej przekazy przekonały go, że kontakt jest możliwy.

3 września 1967 roku w Toronto stacja CTV wyemitowała program, w którym Pike usiadł naprzeciw Arthura Forda. Prowadzącym był Allen Spraggett, dziennikarz zajmujący się religią w „Toronto Star” i autor książek o zjawiskach paranormalnych. Ford wszedł w trans przed kamerami, a Fletcher zaczął przekazywać wiadomości od Jima juniora i od innych zmarłych, wymieniając nazwiska i szczegóły, które Pike rozpoznawał. Biskup był poruszony; uznał wiele informacji za takie, których medium nie mogło znać. Swoje doświadczenia opisał w książce The Other Side, wydanej w 1968 roku wspólnie z Diane Kennedy, późniejszą żoną. Warto zauważyć, w jakich warunkach odbywał się ten seans. Nie był to spontaniczny kontakt w domowym kręgu, lecz zapowiedziane wydarzenie medialne, którego uczestnicy, termin i temat były znane z wyprzedzeniem. Biografia Pike'a, jego publiczne spory z hierarchią i okoliczności śmierci syna zostały szeroko opisane w prasie amerykańskiej. Medium, które wiedziało, kto zasiądzie naprzeciw niego, miało tygodnie na zebranie wiadomości o zmarłych z otoczenia biskupa. Ówcześni widzowie nie znali jednak tych okoliczności, a sam Pike, człowiek wykształcony i sceptyczny wobec wielu tradycyjnych doktryn, wydawał się świadkiem trudnym do oszukania. Program przyniósł Fordowi drugą falę rozgłosu, a seans biskupa i medium stał się jednym z najbardziej znanych wydarzeń spirytystycznych epoki telewizji. Pike zmarł w 1969 roku na pustyni judzkiej, gdzie zabłądził podczas wyprawy związanej z badaniami nad historycznym Jezusem.

Teczki po śmierci medium

Arthur Ford zmarł w styczniu 1971 roku w Miami. Jego papiery trafiły w ręce dwóch ludzi, którzy znali go długo i nie byli jego przeciwnikami: Allena Spraggetta oraz wielebnego Williama V. Rauschera, episkopalnego duchownego i badacza historii iluzjonizmu, któremu Ford powierzył część spuścizny. Opracowując materiały do wspólnej książki Arthur Ford: The Man Who Talked with the Dead, wydanej w 1973 roku, natrafili na zbiory wycinków prasowych, nekrologów, notatek biograficznych i odpisów z wydawnictw informacyjnych w rodzaju Who's Who. Część z nich dotyczyła osób, które pojawiły się w telewizyjnym seansie z Pike'em. Szczegóły, przyjmowane w studiu jako zaskakujące, okazały się obecne w materiałach zgromadzonych przez samego medium.

Odkrycie było tym bardziej znaczące, że dokonali go ludzie przychylni Fordowi. Spraggett i Rauscher nie uznali całej jego kariery za oszustwo; skłaniali się raczej ku poglądowi, że Ford miał jakiś autentyczny dar, ale w miarę upływu lat, zmagając się z problemami zdrowotnymi i nałogiem alkoholowym, coraz częściej zastępował go przygotowaniem. Pozostawili zatem obraz złożony: medium, które wierzyło w swoją misję, i zarazem praktyka, który przed ważnym seansem odrabiał lekcje. Ford od wczesnych lat trzydziestych, po wypadku samochodowym, w którym zginęli inni podróżni, borykał się z uzależnieniem od leków, a potem od alkoholu, i biografowie łączą z tym jego coraz większą zależność od notatek.

Rauscher, zainteresowany zarówno religią, jak i sztuką iluzji, wrócił do tej sprawy w późniejszych pracach. Jego ustalenia potwierdzały, że technika Forda przypominała to, co mentaliści sceniczni nazywają przygotowaniem wstępnym: zebranie informacji o osobach, które będą obecne lub mogą zostać przywołane, a następnie podanie ich w formie rozproszonych aluzji, które słuchacz sam składa w całość. W rozmowie seansowej sukces nie wymaga wielu trafień; wystarczy kilka zaskakujących, a reszta zostaje zapomniana albo uznana za zakłócenia przekazu.

Co pozostaje z legendy

Znaczenie Arthura Forda nie polega na tym, że był wyjątkowo zręcznym oszustem, bo w historii spirytyzmu nie brakowało zręczniejszych. Polega raczej na tym, że obie jego wielkie sprawy pokazują, jak bardzo sława medium zależała od dramatu osób, którym przekazywało wiadomości. Wdowa po najsłynniejszym iluzjoniście świata i biskup opłakujący syna byli świadkami idealnymi: ich żałoba nadawała seansom powagę, a ich nazwiska zapewniały rozgłos. W obu przypadkach informacje, które wydawały się niedostępne, okazywały się dostępne – w druku, w rozmowach, w teczkach.

Sprawa szyfru Houdiniego zostawiła trwały ślad w kulturze popularnej. Seanse w rocznicę śmierci iluzjonisty, organizowane przez magików i entuzjastów, odbywają się do dziś i mają już charakter raczej rytuału pamięci niż próby kontaktu. Seans z biskupem Pike'em przypomina z kolei, że spirytyzm nie zniknął wraz z epoką gazowych lamp. Przeniósł się do studia telewizyjnego, gdzie kamera zastąpiła komisję badawczą, a widzowie przed ekranami – krąg uczestników przy stole.

Dla historyka idei najciekawsze jest to, że Ford przez całe życie łączył te dwa światy z przekonaniem duchownego. Spiritual Frontiers Fellowship przetrwało go i przez kolejne dekady gromadziło protestantów szukających w doświadczeniu mistycznym i parapsychicznym ożywienia wiary. Ślad, jaki pozostawił w tej wspólnocie, jest prawdziwy niezależnie od tego, co zawierały jego teczki. Pytanie o to, ile w jego seansach było daru, a ile pracy przy wycinkach, pozostaje otwarte tylko w tym sensie, że nie da się wykluczyć istnienia czegoś, czego nikt nigdy nie zdołał odróżnić od starannego przygotowania.