Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Proces Buguet i Leymarie w Paryżu 1875

Proces fotografa Édouarda Bugueta i redaktora „Revue spirite” Pierre'a-Gaëtana Leymarie'ego w 1875 roku wstrząsnął francuskim kardecyzmem nie tyle samym ujawnieniem oszustwa, ile tym, że wielu wiernych broniło zdjęć duchów nawet po publicznym przyznaniu się ich autora.

Dwa portrety nieznanych mężczyzn z „duchami”: fotografie spirytystyczne Mumlera i Buguet, odbitka z około 1884 roku, Rijksmuseum – CC0
Dwa portrety nieznanych mężczyzn z „duchami”: fotografie spirytystyczne Mumlera i Buguet, odbitka z około 1884 roku, Rijksmuseum – CC0 · Wikimedia Commons

Atelier fotografa i redakcja pisma

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych XIX wieku paryski ruch spirytystyczny przeżywał okres osobliwej stabilizacji. Allan Kardec nie żył od 1869 roku, lecz jego dzieło miało instytucjonalnych spadkobierców: towarzystwo skupione wokół wdowy, Amélie Boudet, księgarnię wydającą jego pisma oraz miesięcznik „Revue spirite”, którego redakcję objął Pierre-Gaëtan Leymarie. Był to człowiek o przeszłości republikańskiej i rzemieślniczej, przekonany, że nauka duchów jest zarazem filozofią moralną i programem społecznym. Pod jego kierunkiem pismo nie tylko przedrukowywało komunikaty mediumiczne, lecz także szukało nowych dowodów, które mogłyby przekonać publiczność wykształconą i sceptyczną.

Takim dowodem wydawała się fotografia. Édouard Isidore Buguet prowadził w Paryżu zakład fotograficzny i od około 1873 roku oferował klientom portrety, na których obok pozującej osoby pojawiała się półprzezroczysta postać, zazwyczaj spowita w białą tkaninę, z twarzą niekiedy wyraźną, niekiedy rozmytą. Klienci przychodzili z nadzieją ujrzenia zmarłego męża, matki czy dziecka i często wychodzili przekonani, że ich nadzieja się spełniła. Buguet pracował także przez pewien czas w Londynie, gdzie część brytyjskich spirytystów uznała jego odbitki za godne uwagi. W Paryżu jego rola wzrosła, gdy „Revue spirite” zaczęła reprodukować i polecać jego zdjęcia, a redakcja pośredniczyła w zamówieniach.

Dla Leymarie'ego współpraca ta miała sens nie tylko propagandowy. Kardecyzm od początku przedstawiał się jako doktryna oparta na obserwacji, a nie na objawieniu przyjmowanym na wiarę. Fotografia, uchodząca wówczas za wierny zapis światła padającego na kliszę, zdawała się idealnym narzędziem takiej obserwacji: nie mówiła, lecz pokazywała. Właśnie dlatego jej kompromitacja musiała uderzyć głębiej niż demaskacja jakiegokolwiek medium seansowego.

Rewizja i to, co znaleziono

Wiosną 1875 roku paryska policja, działając na podstawie doniesień i własnych obserwacji, przeprowadziła rewizję w atelier Bugueta. Zabezpieczone przedmioty stały się później najbardziej przemawiającym elementem całej sprawy. Znaleziono manekin, a właściwie lalkę o rozmiarach zbliżonych do ludzkich, którą można było ubrać w gazę i ustawić za plecami klienta. Znaleziono też zbiór głów – wyciętych z fotografii i rycin twarzy, naklejonych na tekturę – które dawało się dopasowywać do figury według potrzeby. Do tego dochodziły materiały do podwójnej ekspozycji i ślady przygotowywania klisz przed sesją.

Mechanizm był prosty i dobrze znany fachowcom. Na płycie fotograficznej utrwalano najpierw słaby obraz „ducha”, a następnie wykonywano właściwy portret, tak że obie postacie nakładały się na siebie. Gdy klient przynosił zdjęcie zmarłego lub opisywał jego wygląd, wybierano głowę możliwie podobną. Gdy nie przynosił niczego, wystarczała postać ogólna, której rysy rozmywały się na tyle, by wyobraźnia mogła dokończyć resztę. Według ustaleń śledztwa w roli zjaw występowali również pomocnicy fotografa przebrani w białe szaty.

Buguet nie bronił się długo. Przesłuchiwany, przyznał, że wszystkie jego zdjęcia duchów były spreparowane, i opisał technikę, którą się posługiwał. To wyznanie sprawiło, że sprawa przestała być sporem o interpretację, a stała się procesem karnym o oszustwo. Oskarżeni zostali sam fotograf, Leymarie jako ten, który rozpowszechniał i polecał zdjęcia, oraz amerykańskie medium Alfred Firman, związany z seansami odbywającymi się w kręgu Bugueta.

Świadkowie, którzy nie chcieli uwierzyć w oszustwo

Rozprawa przed paryskim sądem karnym odbyła się w czerwcu 1875 roku i z miejsca przyciągnęła uwagę prasy. Najbardziej zdumiewającą jej częścią nie były zeznania policjantów ani wyjaśnienia samego Bugueta, lecz wystąpienia jego dawnych klientów. Jeden po drugim świadkowie oświadczali, że na fotografiach rozpoznali swoich bliskich, i podtrzymywali to nawet wtedy, gdy przedstawiano im lalkę i tekturowe głowy. Niektórzy przyznawali, że fotograf mógł oszukiwać w innych przypadkach, lecz w ich własnym – twierdzili – zjawił się prawdziwy duch. Inni szli dalej i sugerowali, że wyznanie Bugueta zostało wymuszone albo że fotograf, choć posiadał przyrządy do fałszerstw, miał także autentyczny dar, którego sam nie rozumiał.

Ta postawa wymaga od historyka czegoś więcej niż ironii. Świadkowie nie byli ludźmi wyjątkowo naiwnymi; byli w żałobie, a portret ze zmarłym stanowił dla nich przedmiot o wartości niemal relikwiarzowej. Rozpoznanie twarzy było aktem emocjonalnym, nie analitycznym, i właśnie dlatego tak trudno było je cofnąć. Przyznanie, że rysy matki na fotografii należą do przypadkowej głowy wyciętej z ryciny, oznaczałoby nie tylko utratę dowodu na nieśmiertelność, lecz także upokorzenie własnej miłości. Psychologia rozpoznania okazała się silniejsza niż materiał dowodowy.

Dla doktryny kardecystowskiej oznaczało to dylemat. Kardec wielokrotnie przestrzegał przed łatwowiernością, zalecał krytyczne badanie komunikatów i ostrzegał, że duchy kłamliwe oraz ludzie nieuczciwi mogą nadużywać zaufania. Proces pokazał jednak, że w praktyce ruchu kryterium ostrożności łatwo ustępowało pragnieniu potwierdzenia. Kiedy wierni bronili zdjęć wbrew wyznaniu ich autora, nie stosowali metody, którą zalecał założyciel, lecz zamieniali ją w apologetykę.

Wyrok, apelacja i ułaskawienie

Sąd uznał oskarżonych za winnych. Buguet i Leymarie zostali skazani na rok więzienia oraz grzywnę, Firman na karę łagodniejszą. W uzasadnieniu podkreślano, że redaktor „Revue spirite” użyczył przedsięwzięciu autorytetu swojego pisma i w ten sposób uczestniczył w wprowadzaniu klientów w błąd. Leymarie konsekwentnie twierdził, że działał w dobrej wierze i sam został oszukany. Apelacja nie przyniosła mu uniewinnienia.

Sprawa nie zakończyła się jednak na sali sądowej. Buguet, który wkrótce znalazł się w Belgii, tam właśnie odwołał swoje wyznanie i oświadczył, że przyznał się pod presją, a niektóre jego zdjęcia były autentyczne. Dla zwolenników Leymarie'ego było to potwierdzenie ich wersji, dla przeciwników kolejny dowód niewiarygodności fotografa. Historyk nie ma podstaw, by w tym odwołaniu widzieć coś więcej niż jeszcze jeden zwrot w postawie człowieka, który już raz zmienił zeznania; przedmioty z atelier pozostają świadectwem trudniejszym do zakwestionowania niż jakiekolwiek oświadczenie.

Wokół Leymarie'ego zorganizowano tymczasem kampanię obrony. Jego żona, Marina Leymarie, opracowała i wydała w tym samym roku obszerny tom pod tytułem Procès des spirites, gromadzący stenogramy, listy i oświadczenia mające wykazać, że redaktor był ofiarą, a nie współsprawcą. Spirytyści z Francji i z zagranicy pisali listy poparcia, a postać Leymarie'ego zaczęła funkcjonować w ruchu jako męczennik prawdy. Redaktor odbył część kary, po czym został ułaskawiony i powrócił do pracy wydawniczej. Ułaskawienie nie było jednak rehabilitacją sądową, a spór o jego winę trwał w literaturze spirytystycznej i krytycznej jeszcze długo.

Echo za Kanałem i za oceanem

Paryski proces szybko stał się wydarzeniem międzynarodowym, ponieważ spirytyzm był już wówczas ruchem połączonym siecią czasopism, korespondentów i podróżujących mediów. Brytyjscy spirytyści, którzy wcześniej oglądali odbitki Bugueta, musieli zdecydować, czy uznać wyrok za ostateczne rozstrzygnięcie, czy za przejaw wrogości francuskiego państwa i Kościoła wobec nowej wiary. Odpowiedzi były zróżnicowane. Jedni z ulgą odcinali się od fotografa i podkreślali, że ich własne doświadczenia nie zależą od jego zdjęć. Inni powtarzali argumenty paryskich świadków i sugerowali, że w jednym zakładzie mogło dochodzić zarówno do fałszerstw, jak i do zjawisk prawdziwych.

Ta druga linia obrony miała długą przyszłość. Pozwalała zachować wiarę w możliwość fotografowania duchów bez konieczności bronienia konkretnego człowieka. Wystarczyło przyjąć, że medium, pod presją oczekiwań i zarobku, uzupełnia oszustwem dar, który nie zawsze się objawia. Konstrukcja ta była psychologicznie wygodna, lecz metodologicznie zgubna: czyniła każdą demaskację częściową i każdy dowód niepełnym, tak że żadna liczba wykrytych przyrządów nie mogła zamknąć sprawy.

Udział Firmana dodawał całej historii wymiaru transatlantyckiego. Obecność amerykańskiego medium w paryskim procesie przypominała, że praktyki seansowe i fotograficzne krążyły między Stanami Zjednoczonymi, Anglią i Francją, a francuski kardecyzm, choć doktrynalnie odrębny od anglosaskiego spiritualism, nie był odporny na jego spektakularne formy. Kardec kładł nacisk na pisanie mediumiczne i nauczanie moralne; sesje z materializacjami i zdjęciami należały raczej do repertuaru, który przyszedł zza oceanu. Wyrok z 1875 roku można więc czytać także jako moment, w którym francuski ruch zapłacił cenę za przyjęcie obcego mu stylu poszukiwania dowodów.

Ostatnim kręgiem echa była polemika ze strony przeciwników religijnych i racjonalistycznych. Dla duchownych proces potwierdzał, że spirytyzm jest siedliskiem oszustwa albo czegoś gorszego; dla lekarzy i publicystów pozytywistycznych był przykładem zbiorowego złudzenia, które należy badać jako zjawisko psychologiczne. Obie interpretacje, z gruntu odmienne, zgadzały się co do jednego: że zeznania wiernych mówią więcej o ich potrzebach niż o świecie duchów.

Rysa w gmachu doktryny

Znaczenie procesu dla francuskiego kardecyzmu polegało na tym, że uderzył on w jego najbardziej nowoczesną ambicję. Ruch, który chciał uchodzić za naukę o duszy, zawiązał sojusz z techniką uważaną za najbardziej obiektywną i przegrał ten sojusz na oczach opinii publicznej. Prasa katolicka i liberalna z równą satysfakcją opisywała lalkę z atelier, a wyrażenie „fotografia spirytystyczna” na długo zostało skojarzone z oszustwem.

Wewnątrz ruchu sprawa pogłębiła napięcia między nurtem, który chciał trzymać się etyki i filozofii Kardeca, a nurtem poszukującym spektakularnych zjawisk. Część środowiska uznała, że nauka duchów nie potrzebuje fotografii, by bronić swych twierdzeń o nieśmiertelności i reinkarnacji, i że oparcie się na fenomenach fizycznych było błędem. Inni wyciągnęli wniosek odwrotny: skoro jeden fotograf oszukiwał, należy szukać zjawisk lepiej kontrolowanych. Obie postawy przetrwały i powracały w kolejnych dekadach przy każdej nowej sensacji mediumicznej.

Najtrwalsza nauka z procesu dotyczy jednak nie techniki, lecz wiary. Zdjęcia Bugueta nie przekonywały dlatego, że były technicznie doskonałe, ale dlatego, że odpowiadały na potrzebę, której żaden wyrok nie mógł zaspokoić. Ci, którzy przed sądem przysięgali, że rozpoznali swoich zmarłych, nie bronili fotografa, lecz własnego doświadczenia pociechy. W tym sensie sprawa z 1875 roku jest dokumentem nie tylko z dziejów spirytyzmu, lecz także z dziejów żałoby w epoce, która uwierzyła, że światło na kliszy nie potrafi kłamać.