Londyńskie Towarzystwo Dialektyczne i raport o spirytyzmie z 1871 roku
Raport komitetu Londyńskiego Towarzystwa Dialektycznego, wydany w 1871 roku, był pierwszą zbiorową próbą zbadania zjawisk seansowych przez świeckich racjonalistów i wolnomyślicieli, a jego autorzy, zamiast obiecywanego zdemaskowania, doszli do ostrożnego uznania faktów przy jednoczesnym braku jakiegokolwiek zadowalającego wyjaśnienia.

Klub wolnej dyskusji wobec stolika
Londyńskie Towarzystwo Dialektyczne (London Dialectical Society), założone w 1867 roku, było typowym wytworem wiktoriańskiej kultury debaty. Zbierali się w nim ludzie przekonani, że każdą kwestię, także religijną, moralną czy obyczajową, można i należy rozważać bez uprzedzeń, opierając się wyłącznie na rozumie i świadectwach. Środowisko to miało wyraźnie świecki charakter: obracali się w nim wolnomyśliciele, reformatorzy społeczni i sceptycy wobec Kościoła, wśród nich Charles Bradlaugh, najbardziej znany wówczas w Anglii orędownik sekularyzmu, który później zasłynął długą walką o prawo do zasiadania w Izbie Gmin bez składania religijnej przysięgi.
Spirytyzm, który pod koniec lat sześćdziesiątych XIX wieku cieszył się w Londynie ogromną popularnością, był dla takiego środowiska wyzwaniem szczególnego rodzaju. Z jednej strony uchodził za odmianę zabobonu, którą racjonalista powinien obnażyć. Z drugiej strony jego zwolennicy powoływali się na doświadczenie i obserwację, czyli na te same autorytety, którym wolnomyśliciele przyznawali pierwszeństwo przed tradycją i objawieniem. Odrzucenie spirytyzmu bez zbadania byłoby więc zdradą zasad, w imię których Towarzystwo w ogóle istniało.
W styczniu 1869 roku Towarzystwo powołało komitet, którego zadaniem było zbadanie zjawisk przedstawianych jako przejawy działania duchów i złożenie sprawozdania. Już samo sformułowanie zadania było znamienne: chodziło o „zjawiska rzekomo duchowe”, a nie o duchy, co od początku zakładało rozdzielenie pytania o fakty od pytania o ich interpretację. To rozróżnienie miało się okazać kluczem do całego raportu.
Skład komitetu i sposób pracy
Komitet liczył kilkudziesięciu członków o bardzo różnym nastawieniu. Znaleźli się w nim lekarze, prawnicy, literaci i ludzie interesu, a także dwie postaci, które nadają dziś całemu przedsięwzięciu szczególną wymowę: przyrodnik Alfred Russel Wallace, od kilku lat przekonany o realności zjawisk seansowych, oraz Charles Bradlaugh, sceptyk z przekonania i z temperamentu. Wśród członków był też prawnik Edward William Cox, który w następnych latach sam stał się aktywnym badaczem zjawisk psychicznych. Taki dobór gwarantował, że żadne stanowisko nie zdominuje obrad bez sprzeciwu.
Prace przebiegały dwutorowo. Pierwszym torem było zbieranie świadectw: komitet zapraszał osoby deklarujące własne doświadczenia z seansami i wysłuchiwał ich relacji, a także zwracał się listownie do znanych uczonych z prośbą o udział lub opinię. Przed komitetem stanął między innymi Daniel Dunglas Home, najsłynniejsze medium epoki, oraz inżynier elektryk Cromwell Fleetwood Varley, który przekonywał, że jego doświadczenie w pomiarach elektrycznych pozwala mu wykluczyć proste oszustwo. Zeznania te, opublikowane później w obszernej części raportu, tworzą barwną galerię wiktoriańskich przekonań, od rzeczowych opisów po nieskrywaną egzaltację.
Drugim, ważniejszym torem były doświadczenia własne. Komitet podzielił się na kilka podkomitetów, które spotykały się w prywatnych domach członków i prowadziły seanse, w większości przypadków bez udziału zawodowych mediów. Ta decyzja miała fundamentalne znaczenie. Zawodowe medium żyło z pokazów, miało motyw finansowy i mogło dysponować wyćwiczoną techniką. Zebranie przyjaciół przy własnym stole, w znanym pokoju, przy świetle i bez opłat, eliminowało najbardziej oczywiste źródła podejrzeń. Jeżeli coś się działo w takich warunkach, nie dało się tego zbyć stwierdzeniem, że opłacony oszust wprowadził w błąd naiwnych klientów.
Co komitet zobaczył
Najbardziej znane sprawozdanie pochodzi od podkomitetu, który odbył kilkadziesiąt posiedzeń bez zawodowego medium i którego członkowie, jak sami zaznaczali, zaczynali pracę w większości jako sceptycy. Opisali oni dźwięki dochodzące ze stołu i z innych przedmiotów w pokoju, ruchy ciężkich mebli przy kontakcie dłoni, który według nich nie wystarczał do ich wywołania, a w części przypadków także ruchy bez żadnego kontaktu. Odnotowali, że zjawiska te nieraz odpowiadały na pytania za pomocą umówionego kodu stuków, co sugerowało udział jakiejś inteligencji, choć nie przesądzało, czyjej.
Członkowie podkomitetu starali się wykluczyć działanie mięśni uczestników, na przykład przez obserwację stóp i dłoni lub odsunięcie krzeseł od stołu. Zapisywali warunki, w jakich zjawiska występowały, i te, w których zanikały. Ich relacje nie są wolne od słabości: nie stosowano przyrządów rejestrujących, a pamięć i spostrzeżenia uczestników pozostawały jedynym źródłem danych. W porównaniu z ówczesną literaturą spirytystyczną odznaczają się jednak wyraźną powściągliwością. Autorzy opisują, co ich zdaniem widzieli i słyszeli, unikając deklaracji o świecie duchów.
Nie wszystkie podkomitety mogły pochwalić się podobnymi wynikami. Część posiedzeń nie przyniosła niczego godnego odnotowania, a niektóre grupy zakończyły pracę bez obserwacji, które same uznałyby za znaczące. Raport tego nie ukrywał, i właśnie ta nierówność wyników dodaje mu wiarygodności. Zbiór wyłącznie udanych seansów budziłby podejrzenie selekcji; zbiór, w którym obok uderzających relacji stoją sprawozdania z wieczorów jałowych, przypomina raczej zapis rzeczywistych prób, podejmowanych bez gwarancji powodzenia.
Ogólny raport komitetu, przyjęty latem 1870 roku, formułował wnioski w podobnym duchu. Stwierdzał, że część zgromadzonych świadectw jest poważna i pochodzi od osób godnych zaufania, że niektóre zjawiska fizyczne wystąpiły w obecności członków komitetu w warunkach wykluczających ich zdaniem proste oszustwo, i że sprawa zasługuje na dalsze, staranniejsze badania. Nie zawierał natomiast tezy, że zjawiska są dziełem zmarłych. Wielu członków komitetu pozostało przy przekonaniu, że chodzi o nieznaną siłę związaną z ludzkim organizmem, a nie o działanie duchów.
Wierzący przyrodnik i sceptyczny trybun
Obecność Wallace'a i Bradlaugha w jednym gremium czyni z komitetu coś więcej niż zebranie ciekawych ludzi. Obaj byli wychowankami tej samej kultury samokształcenia i dyskusji publicznej, obaj nie należeli do akademickiego establishmentu i obaj byli przekonani, że rozum ma prawo sięgnąć wszędzie. Różnili się wnioskami. Wallace widział w zjawiskach seansowych potwierdzenie istnienia świata duchowego, który według niego dało się badać empirycznie jak każdy inny fragment przyrody. Bradlaugh, z tego, co wiadomo z relacji, nie dał się przekonać do hipotezy duchów i traktował całe przedsięwzięcie jako sprawdzian rzetelności, a nie drogę do nawrócenia.
Między tymi biegunami sytuowała się większość członków. Dla nich najbardziej kusząca była hipoteza pośrednia: jeśli zjawiska są prawdziwe, mogą pochodzić od nieznanej jeszcze siły związanej z żywym organizmem, a nie od zmarłych. Edward William Cox spopularyzował w następnych latach określenie „siła psychiczna” właśnie na oznaczenie takiej przyczyny. Hipoteza ta miała dla racjonalistów oczywistą zaletę: pozwalała przyjąć fakty bez przyjmowania metafizyki spirytyzmu, a więc pozostać wiernym naturalizmowi nawet wobec czegoś, co wydawało się mu przeczyć.
Odmowy, listy i odpowiedź Huxleya
Ciekawym rozdziałem dziejów komitetu są odpowiedzi uczonych, których zaproszono do współpracy. Większość odmówiła, a niektóre odmowy przeszły do historii. Najgłośniejsza pochodzi od Thomasa Henry'ego Huxleya, biologa i najsłynniejszego obrońcy Darwina. Huxley napisał, że brak mu czasu na takie dociekania i że nawet gdyby zjawiska były prawdziwe, nie interesowałyby go. Dodał z typową dla siebie ironią, że jedynym pożytkiem z udowodnienia spirytyzmu byłby dodatkowy argument przeciw samobójstwu: lepiej żyć jako zamiatacz ulic niż po śmierci być zmuszonym do opowiadania głupstw przez medium wynajęte za gwineę za seans.
Odpowiedź Huxleya bywa przywoływana jako przykład naukowej arogancji albo przeciwnie – jako trafna ocena intelektualnej wartości seansowych komunikatów. W kontekście raportu ma jednak inne znaczenie. Pokazuje, że czołowi przyrodnicy epoki nie chcieli angażować swojego autorytetu w spór, który uważali za pozbawiony znaczenia naukowego, a tym samym pozostawiali pole amatorom. Podobnie zdystansowane stanowisko zajął pisarz i krytyk George Henry Lewes, który kilkanaście lat wcześniej sam publicznie zdemaskował jedno z amerykańskich mediów goszczących w Londynie i nie widział potrzeby powtarzania doświadczeń.
Paradoks był wyraźny. Towarzystwo, które chciało stosować do spirytyzmu metody naukowe, nie mogło liczyć na udział tych, którzy w opinii publicznej uosabiali naukę. Raport powstał więc jako dzieło inteligentnych amatorów – ludzi wykształconych, krytycznych, ale nie wyspecjalizowanych w kontrolowaniu iluzji.
Raport, którego nie chciano wydać
Rada Towarzystwa Dialektycznego, otrzymawszy sprawozdanie, odmówiła jego opublikowania pod szyldem stowarzyszenia. Wyniki, choć ostrożne, były dla wielu członków kłopotliwe: przyznawały, że coś, co miało zostać zdemaskowane, oparło się demaskacji. Komitet postanowił więc wydać raport samodzielnie, co nastąpiło w 1871 roku, wraz z obszernymi zeznaniami świadków i korespondencją. Książka wzbudziła zainteresowanie, lecz recenzje w poważnej prasie były w przeważającej mierze lekceważące; krytycy wskazywali na brak metodycznej kontroli i łatwowierność zeznających.
Historycznie raport zajmuje miejsce osobliwe. Nie był pierwszym dochodzeniem w sprawie spirytyzmu – pojedynczy uczeni i dziennikarze badali media już wcześniej, a amerykańskie i europejskie relacje z seansów krążyły od dwóch dekad. Był jednak pierwszym przedsięwzięciem zbiorowym, w którym ludzie o przekonaniach świeckich, a nawet antyklerykalnych, zgodzili się systematycznie obserwować zjawiska i podpisali się pod stwierdzeniem, że nie potrafią ich wyjaśnić. Nie wynikało to ani z religijnego pragnienia potwierdzenia nieśmiertelności, ani z ochoty na sensację. Wynikało z konsekwentnego zastosowania zasady, że fakt należy przyjąć niezależnie od tego, czy pasuje do przyjętego obrazu świata.
Można zarzucić autorom raportu naiwność metodologiczną i brak specjalistycznej wiedzy o technikach oszustwa. Można wskazać, że ich obserwacje, prowadzone w półmroku i bez przyrządów, nie spełniają późniejszych standardów. Trudno jednak odmówić im uczciwości: postawili granicę między tym, co widzieli, a tym, co mogliby z tego wywnioskować, i tej granicy nie przekroczyli. W epoce, w której jedni widzieli w seansach objawienie, a drudzy wyłącznie oszustwo, takie zawieszenie sądu było postawą rzadką. Dekadę później podobne nastawienie przyświecało twórcom bardziej profesjonalnych instytucji badawczych, a ostrożna formuła „fakty bez wyjaśnienia” na długo pozostała znakiem rozpoznawczym tej części badań nad zjawiskami spirytystycznymi, która chciała być nauką, a nie wyznaniem.
