Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Duncan MacDougall i dwadzieścia jeden gramów duszy

Eksperyment Duncana MacDougalla, który w Haverhill ważył umierających pacjentów i w 1907 roku ogłosił, że w chwili śmierci ciało traci mierzalną masę, był próbą fizykalnego dowodu na istnienie duszy, lecz już w założeniach i wykonaniu nie spełniał podstawowych wymogów rzetelnego badania.

„Soul has Weight, Physician Thinks” – artykuł „The New York Times” z 11 marca 1907 roku o ważeniu duszy przez Duncana MacDougalla – domena publiczna
„Soul has Weight, Physician Thinks” – artykuł „The New York Times” z 11 marca 1907 roku o ważeniu duszy przez Duncana MacDougalla – domena publiczna · Wikimedia Commons

Lekarz z Haverhill i substancja duszy

Duncan MacDougall był lekarzem praktykującym w Haverhill, przemysłowym mieście w Massachusetts, znanym wówczas z produkcji obuwia. Urodził się w Szkocji około połowy lat sześćdziesiątych XIX wieku, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i zdobył dyplom lekarski w Bostonie. Nie należał do żadnego środowiska spirytystycznego ani do kręgu badaczy zjawisk psychicznych; był zwykłym lekarzem z prowincjonalną praktyką, który postanowił rozstrzygnąć problem filozoficzny za pomocą wagi.

Jego rozumowanie było proste i na swój sposób konsekwentne. Jeśli osobowość człowieka przetrwa śmierć – a MacDougall przyjmował to za prawdopodobne – musi istnieć coś, co ją przenosi i co w chwili śmierci opuszcza ciało. Jeśli to coś ma zachować tożsamość i ciągłość, musi zajmować przestrzeń, a jeśli zajmuje przestrzeń, musi mieć masę. Duszę rozumiał zatem nie jako byt niematerialny w sensie tradycyjnej metafizyki, lecz jako „substancję duszy”, subtelną, ale fizyczną. A to, co fizyczne, powinno dać się zważyć. Takie ujęcie było typowe dla przełomu wieków, kiedy wielu wykształconych ludzi próbowało pogodzić wiarę w nieśmiertelność z nauką przyrodniczą, przekładając pojęcia religijne na język materii i energii.

Klimat intelektualny sprzyjał takim pomysłom. W ostatnich latach XIX wieku odkryto promienie rentgenowskie i promieniotwórczość, zjawiska, które pokazywały, że materia kryje w sobie siły i formy dotąd niewidoczne. Fizycy mówili o eterze wypełniającym przestrzeń, a popularni autorzy chętnie spekulowali o materii „promienistej” i subtelnej, pośredniej między ciałem a duchem. Skoro niewidzialne promienie przenikają ciało i zostawiają ślad na kliszy, nie wydawało się absurdem, że i dusza może być rodzajem subtelnej materii, wymykającej się zmysłom, lecz nie przyrządom. MacDougall nie wymyślił tej intuicji, ale nadał jej postać zadziwiająco dosłowną, sprowadzając ją do pytania, ile dusza waży.

Łóżko na wadze

Wiosną 1901 roku MacDougall przystąpił do realizacji pomysłu. W domu opieki dla chorych na gruźlicę skonstruował specjalne łóżko, umieszczone na platformie dużej wagi belkowej, której czułość oceniał na około jednej piątej uncji. Wybór pacjentów nie był przypadkowy. Gruźlica w ostatnim stadium prowadziła do śmierci powolnej i wyczerpującej, a umierający byli zwykle zbyt osłabieni, by gwałtownie się poruszać. Pozwalało to ułożyć pacjenta na wadze na kilka godzin przed śmiercią i obserwować, jak zmienia się jego ciężar, a następnie odnotować, co dzieje się w chwili zgonu.

W ciągu kilku lat MacDougall przeprowadził pomiary na sześciu pacjentach. Pierwszy z nich, według jego relacji, w chwili śmierci stracił nagle około trzech czwartych uncji, czyli nieco ponad dwadzieścia jeden gramów. To właśnie ta liczba, wzięta z jednego jedynego pomiaru, przeszła do historii. Wyniki pozostałych przypadków były mniej jednoznaczne. W niektórych odnotowano spadek masy innej wielkości, w innych masa spadała, po czym wracała, albo zmieniała się ponownie po pewnym czasie od zgonu. Co najmniej jeden pomiar MacDougall sam uznał za bezwartościowy, ponieważ pacjent zmarł, zanim zdołano wyregulować wagę, a w innym przypadku na przebieg eksperymentu miały wpływ osoby sprzeciwiające się badaniu.

Mimo tych niejednoznaczności MacDougall uznał, że wyniki przemawiają za jego hipotezą. Rozważał alternatywne wyjaśnienia, takie jak utrata powietrza z płuc, oddanie moczu lub kału czy parowanie wody z ciała, i odrzucał je jako niewystarczające do wyjaśnienia nagłego spadku masy w chwili śmierci. Uważał, że parowanie przebiega powoli i równomiernie, a gwałtowny ubytek w momencie zgonu musi mieć inne źródło.

Psy, które nic nie straciły

Uzupełnieniem badań na ludziach były próby z psami. MacDougall odnotował, że piętnaście psów, ważonych w chwili śmierci, nie wykazało żadnej zmiany masy. Nie jest dokładnie znane, w jaki sposób zwierzęta umierały; późniejsze relacje sugerują, że zostały uśmiercone na potrzeby eksperymentu, co samo w sobie budziło sprzeciw. Wynik zinterpretował jako potwierdzenie swojej tezy: skoro zwierzęta nie tracą masy, a ludzie tracą, to zgodnie z dawnym przekonaniem teologicznym tylko człowiek ma duszę.

Ta część eksperymentu ujawnia, jak głęboko założenia badacza kształtowały interpretację danych. Gdyby psy straciły masę, można by to uznać za dowód, że i zwierzęta mają dusze, albo za dowód, że ubytek ma przyczynę fizjologiczną. Ponieważ nie straciły, wynik posłużył potwierdzeniu przyjętego z góry podziału. Eksperyment, który miał rozstrzygać kwestię metafizyczną, w istocie ilustrował przekonania, z jakimi badacz do niego przystąpił. Nie przeprowadzono przy tym żadnej próby kontrolnej, która pozwoliłaby oddzielić wpływ fizjologicznych różnic między gatunkami od rzekomej obecności duszy.

Publikacja i krytyka Clarke'a

Wyniki ujrzały światło dzienne w 1907 roku, sześć lat po rozpoczęciu badań. W marcu tego roku „The New York Times” opublikował artykuł o lekarzu, który uważa, że dusza ma wagę, i informacja szybko obiegła prasę amerykańską. Wiosną MacDougall ogłosił swoje ustalenia w dwóch miejscach: w czasopiśmie medycznym „American Medicine” oraz w „Journal of the American Society for Psychical Research”, gdzie tekst ukazał się pod tytułem mówiącym o hipotezie substancji duszy i eksperymentalnych dowodach jej istnienia. Wybór drugiego czasopisma wskazuje, że MacDougall sam zdawał sobie sprawę, iż jego temat leży na granicy medycyny i badań psychicznych.

Najbardziej rzeczową odpowiedź opublikował na łamach „American Medicine” Augustus P. Clarke, lekarz z Cambridge w Massachusetts. Zwrócił uwagę na zjawisko, które MacDougall pominął. W chwili śmierci ustaje krążenie krwi przez płuca, które dotąd chłodziło ją przy każdym oddechu. Temperatura ciała może wówczas na krótko wzrosnąć, co prowadzi do wzmożonego wydzielania potu i jego parowania. Taki proces mógłby wywołać nagły, choć niewielki ubytek masy dokładnie w momencie zgonu. Clarke wskazał też, dlaczego psy nie traciłyby masy w ten sam sposób: zwierzęta te nie pocą się przez skórę jak ludzie, lecz regulują temperaturę głównie przez dyszenie. Jedna obserwacja fizjologiczna wyjaśniała więc zarówno wynik u ludzi, jak i jego brak u psów, bez odwoływania się do duszy.

Poza sporem fizjologicznym eksperyment miał też wymiar etyczny, który współcześnie wydaje się oczywisty, a wtedy pozostawał raczej na marginesie dyskusji. Umierający pacjenci domu opieki byli ludźmi skrajnie osłabionymi, często pozbawionymi rodziny, i trudno ocenić, na ile rozumieli, w czym biorą udział. Ułożenie ich w ostatnich godzinach życia na platformie wagi, pod okiem obserwatorów czekających na moment zgonu, zamieniało umieranie w pomiar. Sam MacDougall wspominał o oporze części otoczenia wobec badań, co pokazuje, że i jemu współcześni mieli wątpliwości, czy taka próba jest stosowna.

MacDougall podjął polemikę, ale nie przedstawił nowych danych, które mogłyby rozstrzygnąć spór. W kolejnych latach nie powtórzył eksperymentu na większą skalę i nie uczynił tego żaden inny badacz w warunkach, które pozwoliłyby uznać wynik za potwierdzony. Prasa donosiła później, że planował próby fotografowania duszy w chwili jej opuszczania ciała, lecz nic nie wskazuje, by przyniosły one jakikolwiek rezultat. MacDougall zmarł w 1920 roku.

Dlaczego eksperyment zawiódł

Lista słabości badania jest długa, a każda z nich wystarczałaby do podważenia wniosków. Próba składała się z sześciu przypadków, z których kilka okazało się nieprzydatnych lub niejednoznacznych, a liczba dwudziestu jeden gramów pochodzi z jednego. Nie zastosowano żadnej procedury, która uniemożliwiłaby badaczowi dobór wyników pod kątem hipotezy. Moment śmierci ustalano obserwacją, co w przypadku umierania stopniowego jest trudne i podatne na interpretację, a od jego wyznaczenia zależało, który spadek masy przypisze się odejściu duszy. Waga belkowa była przyrządem czułym, ale wymagającym ręcznej regulacji, a obserwator, który ją ustawiał, wiedział, czego szuka.

Niemal w tym samym czasie historia fizyki dostarczyła pouczającego przykładu, jak oczekiwanie badacza może wytworzyć wynik. W 1903 roku francuski fizyk René Blondlot ogłosił odkrycie promieni N, które on i jego współpracownicy obserwowali jako subtelne zmiany jasności słabo oświetlonej powierzchni. Dziesiątki prac potwierdzały ich istnienie, dopóki amerykański fizyk Robert W. Wood, odwiedzając laboratorium w Nancy, nie usunął niepostrzeżenie kluczowego elementu aparatury, a obserwatorzy nadal widzieli efekt. Sprawa promieni N i sprawa dwudziestu jeden gramów nie są ze sobą powiązane, ale łączy je ten sam mechanizm: gdy pomiar wymaga subiektywnej oceny drobnych zmian, a obserwator wie, czego się spodziewa, przyrząd staje się przedłużeniem jego przekonań.

Głębszy problem leży w założeniu. MacDougall przyjmował, że jeśli dusza istnieje, musi mieć masę, i że jej odejście będzie nagłe, jednorazowe i stałe w swojej wielkości. Nie miał żadnych podstaw do takich założeń poza własnym rozumowaniem. Gdyby wyniki były zgodne co do wielkości ubytku, mógłby je uznać za potwierdzenie; skoro nie były, mógł je tłumaczyć różnicami temperamentu lub budowy ciała pacjentów. Hipoteza była na tyle elastyczna, że trudno było wskazać wynik, który by ją obalił, a to właśnie odróżnia spekulację od twierdzenia naukowego.

Nie oznacza to, że MacDougall był szarlatanem. Był raczej przedstawicielem postawy charakterystycznej dla swojej epoki, w której przekonanie o wszechmocy pomiaru łączyło się z pragnieniem naukowego potwierdzenia wiary. Wierzył, że skoro waga potrafi zmierzyć wszystko, co istnieje, to zmierzy także duszę. Tymczasem jego eksperyment pokazał raczej granice tego przekonania: pytanie o istnienie duszy nie przestaje być filozoficzne dlatego, że postawi się pod łóżkiem umierającego dobrą wagę.

Liczba „dwadzieścia jeden gramów” przetrwała jednak swoje źródło. Weszła do języka potocznego, do powieści, piosenek i do tytułu filmu Alejandra Gonzáleza Iñárritu z 2003 roku, a w popularnych opracowaniach bywa podawana jako ustalony fakt. W tej trwałości jest coś pouczającego. Społeczna pamięć zachowała wynik jednego pomiaru, zapominając o pozostałych, o krytyce Clarke'a i o tym, że nikt nigdy nie powtórzył eksperymentu. Zachowała więc dokładnie to, co sam MacDougall chciał z niego wydobyć, i odrzuciła to, co powinno było go powstrzymać przed ogłoszeniem odkrycia.