J. B. Rhine i przejście od seansu do laboratorium
Joseph Banks Rhine przyszedł do badań psychicznych z pytaniem o życie po śmierci, lecz w Duke University świadomie odłożył je na bok i zastąpił eksperymentami nad percepcją pozazmysłową mierzoną statystyką, tworząc z dawnych badań nad mediumizmem akademicką dyscyplinę, którą nazwał parapsychologią.

Botanik na wykładzie Conan Doyle'a
Rhine urodził się w 1895 roku w Pensylwanii i do badań psychicznych trafił drogą okrężną. Razem z żoną Louisą Ellą Weckesser, którą poślubił w 1920 roku, studiował botanikę na Uniwersytecie Chicagowskim; oboje uzyskali tam doktoraty z fizjologii roślin. W 1922 roku wysłuchali wykładu Arthura Conan Doyle'a, który objeżdżał Amerykę jako apostoł spirytyzmu. Rhine opowiadał później, że wykład ten poruszył w nim pytanie, jakie stawiał sobie od młodości: czy w człowieku jest coś, czego nie da się sprowadzić do fizjologii. Botanika nie mogła na nie odpowiedzieć. Spirytyzm twierdził, że może, ale jego dowody wymagały sprawdzenia przez kogoś, kto znał zasady pracy laboratoryjnej.
Przełomem była decyzja o przeniesieniu się do Harvardu, gdzie wykładał William McDougall, brytyjski psycholog, jeden z nielicznych wybitnych uczonych akademickich otwarcie popierających badania psychiczne. Gdy w 1927 roku McDougall objął katedrę psychologii w Duke University w Durham w Karolinie Północnej, Rhine'owie podążyli za nim. To tam, w młodym uniwersytecie, który dopiero zmieniał nazwę i ambicje, powstało laboratorium, od którego zwykle zaczyna się historię parapsychologii jako nauki.
Spuścizna, która nie dawała odpowiedzi
Pierwsze prace Rhine'a w Duke dotyczyły jeszcze dawnego pytania. Analizował z McDougallem materiały mediumistyczne, wśród nich obszerne zapisy seansów zgromadzone przez Johna F. Thomasa, który po śmierci żony szukał z nią kontaktu u wielu mediów w Ameryce i Anglii. Thomas uzyskał w Duke stopień doktora za pracę opartą na tych materiałach, a Rhine uczestniczył w ich ocenie. Zetknięcie z tym zbiorem było dla niego pouczające z innego powodu, niż oczekiwał. Okazało się, że nawet przy najstaranniejszej analizie nie sposób rozstrzygnąć, skąd medium bierze trafne informacje.
Problem ten znała już wcześniejsza tradycja badań psychicznych, zwłaszcza angielskie Society for Psychical Research. Jeśli medium przekazuje szczegóły, których nie mogło poznać zwykłą drogą, istnieją co najmniej dwa wyjaśnienia: albo pochodzą one od zmarłego, albo medium zdobyło je jakąś nieznaną zdolnością od żyjących – z umysłów uczestników, z dokumentów, ze świata. Druga możliwość, nazywana później hipotezą super-ESP, sprawia, że żaden przekaz nie może jednoznacznie dowieść przetrwania. Każdy argument za duchem staje się zarazem argumentem za niezwykłą zdolnością medium. Rhine uznał, że w takiej sytuacji rozsądniej jest najpierw zbadać tę drugą zdolność. Jeśli umysł żywego człowieka potrafi pozyskiwać informacje poza zmysłami, trzeba to wykazać w warunkach, gdzie nikt nie umiera i nikt nie mówi w transie.
Była to decyzja o głębokich konsekwencjach. Pytanie o nieśmiertelność, które przyciągnęło go do dziedziny, zostało zawieszone na rzecz pytania, na które można było odpowiadać liczbami. Rhine nie porzucił zainteresowania przetrwaniem jako problemem filozoficznym i wracał do niego w pismach, ale przesunął je na dalszy plan. Laboratorium miało badać umysł żyjących.
Za tą zmianą stała także motywacja filozoficzna, którą Rhine wyrażał otwarcie. Uważał, że panujący w ówczesnej psychologii behawioryzm i materializm mechanistyczny redukują człowieka do maszyny reagującej na bodźce. Jeśli udałoby się wykazać, że umysł potrafi uzyskiwać informacje niezależnie od zmysłów i od odległości, byłby to argument przeciw takiemu obrazowi. ESP miało więc służyć sprawie, której spirytyzm bronił innymi środkami: istnieniu w człowieku czegoś niefizycznego. Różnica polegała na tym, że zamiast ducha zmarłego Rhine stawiał w centrum umysł żywego człowieka, a zamiast świadectwa – pomiar.
Pięć symboli i rachunek prawdopodobieństwa
Narzędziem nowej dziedziny stały się karty zaprojektowane przez psychologa z Duke, Karla Zenera, specjalistę od percepcji. Talia składała się z dwudziestu pięciu kart z pięcioma prostymi symbolami: kołem, krzyżem, trzema falistymi liniami, kwadratem i gwiazdą, po pięć kart każdego rodzaju. Symbole dobrano tak, by łatwo je było odróżnić i zapamiętać, a jednocześnie by nie budziły skojarzeń emocjonalnych, które mogłyby zakłócić zgadywanie. Rachunek był prosty: przy losowym zgadywaniu badany powinien trafiać przeciętnie pięć razy na dwadzieścia pięć. Każde systematyczne przekroczenie tej liczby, powtarzane w setkach i tysiącach prób, można było ocenić statystycznie.
W 1934 roku Rhine opublikował monografię Extra-Sensory Perception, wydaną przez Boston Society for Psychic Research. Przedstawił w niej wyniki tysięcy prób z udziałem studentów i współpracowników, wśród których wyróżniali się niektórzy badani osiągający wyniki wyraźnie przekraczające oczekiwania losowe. Najsłynniejszym był Hubert Pearce, student teologii, który w serii prób z asystentem Josephem Gaitherem Prattem – przeprowadzonych na przełomie 1933 i 1934 roku, gdy Pratt i Pearce znajdowali się w różnych budynkach kampusu – miał trafiać znacznie częściej, niż dopuszczał przypadek. Termin „percepcja pozazmysłowa” nie był wynalazkiem Rhine'a, ale to dzięki jego książce wszedł do powszechnego obiegu, a skrót ESP stał się słowem używanym daleko poza uniwersytetem. Rhine przejął też z niemieckiego słowo „parapsychologia”, ukute pod koniec XIX wieku przez Maxa Dessoira, i nadał mu znaczenie nazwy dyscypliny eksperymentalnej.
Wkrótce dołączyły do tego badania nad psychokinezą, prowadzone od 1934 roku z użyciem kostek do gry: badani próbowali wpływać wolą na to, jaka liczba oczek wypadnie. W 1937 roku Rhine i McDougall założyli „Journal of Parapsychology”, czasopismo naukowe poświęcone wyłącznie nowej dziedzinie. W tym samym roku ukazała się popularna książka Rhine'a New Frontiers of the Mind, która dotarła do szerokiej publiczności, a karty Zenera zaczęto sprzedawać jako zestaw do domowych eksperymentów. Popularność dziedziny potwierdziła seria audycji nadawanych w 1937 roku przez rozgłośnię firmy Zenith, w których słuchacze w całym kraju próbowali odgadywać symbole wybierane w studiu, a następnie nadsyłali swoje odpowiedzi. Wyniki tej masowej próby, analizowane później przez psychologów, okazały się bardziej pouczające dla badań nad ludzkimi nawykami w generowaniu pozornie losowych ciągów niż dla samej percepcji pozazmysłowej.
Krytyka metody
Sukces wywołał natychmiastową reakcję psychologów akademickich, i to reakcję często surową. Krytyka dotyczyła kilku poziomów eksperymentu. Pierwszym było ryzyko wskazówek zmysłowych: we wczesnych próbach karty bywały widoczne dla badanego, ich nadruk mógł przebijać przez rewers, a eksperymentator, znający kartę, mógł nieświadomie zdradzać ją mimiką lub tonem. Drugim były błędy w zapisie i liczeniu, które przy ogromnej liczbie prób mogły się kumulować w jednym kierunku, zwłaszcza gdy rejestrujący znał oczekiwany wynik. Trzecim było tasowanie kart, którego niedoskonałość mogła tworzyć przewidywalne wzory.
Najpoważniejsze zarzuty dotyczyły statystyki i wyboru danych. Pytano, czy wszystkie serie trafiały do publikacji, czy tylko te udane; czy eksperyment kończono w chwili, gdy wynik był korzystny; czy podział na serie nie był dokonywany po fakcie. W 1937 roku Instytut Statystyki Matematycznej, przez swojego prezesa Burtona Campa, ogłosił, że sama analiza statystyczna Rhine'a jest zasadniczo poprawna, a jeśli jego prace mają być krytykowane, to raczej z powodów innych niż matematyczne. Oświadczenie to przesunęło spór z rachunku na procedurę: pytanie nie brzmiało już, czy liczby są dobrze policzone, lecz czy dane, które się liczy, zostały uzyskane w warunkach wykluczających zwykłe wyjaśnienia.
Kłopot sprawiała także powtarzalność. Wielu psychologów, którzy próbowali odtworzyć wyniki Rhine'a w innych uczelniach, uzyskiwało rezultaty zgodne z przypadkiem. Zwolennicy odpowiadali, że ESP zależy od nastawienia badanego i eksperymentatora, od nudy i zmęczenia, od atmosfery próby, i że jest zjawiskiem kapryśnym. Krytycy widzieli w tym wyjaśnieniu wygodną asekurację. Sam Rhine opisywał zresztą tak zwany efekt spadku: badani, którzy na początku osiągali wysokie wyniki, z czasem tracili rzekomą zdolność, a trafienia w obrębie jednej serii malały od pierwszych kart ku ostatnim. Dla parapsychologów była to cecha zjawiska, świadcząca o jego psychologicznej naturze; dla sceptyków – typowy obraz wyniku, który przy zaostrzaniu kontroli i wydłużaniu prób zbliża się do przypadku. W 1940 roku zespół z Duke, w tym Pratt i Rhine, wydał obszerną książkę Extra-Sensory Perception After Sixty Years, w której przeanalizowano dotychczasowe badania i odpowiedziano na zarzuty, zaostrzając zarazem standardy eksperymentalne. Spór nie został rozstrzygnięty, ale parapsychologia wyszła z niego z bardziej wyrafinowaną metodologią.
Instytucja i jej cień
Największym osiągnięciem Rhine'a było może nie samo odkrycie, lecz instytucja. Laboratorium w Duke przez trzy dziesięciolecia kształciło badaczy, wypracowało własny język i własne procedury, a jego czasopismo stało się punktem odniesienia dla eksperymentatorów na świecie. W 1957 roku z jego inicjatywy powstało Parapsychological Association, które w 1969 roku zostało przyjęte do Amerykańskiego Stowarzyszenia na rzecz Postępu Nauki. W latach sześćdziesiątych, gdy zbliżało się odejście Rhine'a z uniwersytetu, badania przeniesiono do niezależnej fundacji, działającej później pod nazwą Rhine Research Center. Louisa Rhine prowadziła równolegle zbiór relacji o zjawiskach spontanicznych, nadsyłanych przez czytelników, który uzupełniał eksperymenty materiałem z życia codziennego.
Cień na tę historię rzuciła sprawa z 1974 roku, gdy Walter J. Levy, młody badacz, którego Rhine wyznaczył na swojego następcę w kierowaniu instytutem, został przyłapany przez współpracowników na fałszowaniu danych w eksperymentach ze zwierzętami. Rhine sam opisał sprawę na łamach swojego czasopisma, co świadczyło o jego uczciwości, ale nie mogło zatrzeć wrażenia, że dziedzina pozostaje szczególnie podatna na nadużycia, skoro jej wyniki są tak trudne do niezależnego sprawdzenia.
Rhine zmarł w 1980 roku. W historii badań nad zjawiskami nadzwyczajnymi wyznacza moment, w którym ciemny pokój zastąpiono laboratorium, medium – studentem przy stole, a świadectwo uczestnika seansu – kolumną liczb. Był to krok o znaczeniu porównywalnym z założeniem Society for Psychical Research, bo zmienił nie tylko metodę, ale i samo pytanie. Spirytyzm pytał, czy zmarli do nas mówią; parapsychologia Rhine'a pytała, czy umysł może wiedzieć więcej, niż mówią mu zmysły. Pierwsze pytanie nie zniknęło, ale od tamtej pory musiało się mierzyć z drugim, bo każda odpowiedź na nie wymagała wcześniej rozstrzygnięcia, czego potrafią dokonać żywi.
