Edison i legenda telefonu do zmarłych
Słynny „telefon do zmarłych” Thomasa Edisona nigdy nie istniał jako zbudowane urządzenie, a legenda o nim wyrosła z wywiadów udzielonych przez wynalazcę w 1920 roku oraz z rozdziału dołączonego do francuskiego wydania jego zapisków, który utrwalił obraz Edisona jako konstruktora maszyny do rozmów z zaświatami.

Wynalazca, który nie wierzył mediom
W październiku 1920 roku Thomas Alva Edison miał siedemdziesiąt trzy lata i był najsłynniejszym wynalazcą świata. Fonograf, żarówka, systemy elektrowni i kinetoskop zapewniły mu pozycję, w której każde jego słowo stawało się wiadomością prasową. Nic dziwnego, że gdy w rozmowie z dziennikarzem wspomniał o możliwości porozumienia się z tymi, którzy odeszli, wiadomość obiegła gazety całego świata. Okoliczności były sprzyjające. Po pierwszej wojnie światowej i pandemii grypy spirytyzm przeżywał w krajach anglosaskich drugą młodość. Rodziny, które straciły synów w okopach, szukały pocieszenia w seansach, a Arthur Conan Doyle i Oliver Lodge, ludzie o wielkim autorytecie, publicznie głosili, że kontakt ze zmarłymi jest możliwy.
Edison nie należał do ich obozu. W wypowiedziach z 1920 roku wyraźnie odcinał się od mediów i ich metod. Pukanie stołów, tabliczki, trąbki i trans uważał za środki prymitywne, niegodne poważnego badania. Jeśli osobowość ludzka przetrwa śmierć, mówił w istocie, nie będzie się posługiwać tak niezgrabnymi narzędziami; potrzebny byłby przyrząd naukowy, czuły na najsłabsze oddziaływania, który pozwoliłby stwierdzić jej obecność bez pośrednictwa ludzi podejrzanych o oszustwo lub samooszukiwanie. Jego wypowiedzi łączyły zatem dwa elementy, które łatwo pomylić: sceptycyzm wobec spirytyzmu i ciekawość wobec samego pytania o przetrwanie.
Ta ciekawość miała zresztą swoją historię. Edison uchodził za wolnomyśliciela, cenił pisma Thomasa Paine'a i nie krył dystansu wobec teologii kościelnej. W 1910 roku wywiad opublikowany w „The New York Times”, w którym wynalazca wypowiadał się sceptycznie o nieśmiertelności duszy w tradycyjnym rozumieniu i o Bogu teologów, wywołał gwałtowne reakcje duchownych i czytelników. Edison odpowiadał wówczas, że nie odrzuca istnienia wyższej inteligencji w przyrodzie, lecz nie widzi dowodów na to, by osobowość przetrwała rozpad ciała. Dziesięć lat później jego stanowisko nie było więc zwrotem ku wierze, lecz kontynuacją tej samej postawy: skoro brak dowodów, należy ich szukać metodą eksperymentalną, a nie w objawieniu czy na seansie. Kto czytał jego wypowiedzi z 1920 roku bez tej perspektywy, łatwo mógł wziąć program badawczy za wyznanie.
Dwa wywiady z 1920 roku
Pierwszym źródłem legendy był wywiad przeprowadzony przez Bertiego Charlesa Forbesa, szkockiego dziennikarza ekonomicznego, który kilka lat wcześniej założył czasopismo „Forbes”. Ukazał się w „The American Magazine” w październiku 1920 roku i jego nagłówek zapowiadał, że Edison pracuje nad sposobem komunikowania się z tamtym światem. Drugim był obszerny tekst Austina C. Lescarboury, redaktora „Scientific American”, opublikowany pod koniec tego samego miesiąca jako rozmowa o poglądach Edisona na życie i śmierć. Oba artykuły przedstawiały wynalazcę jako człowieka, który poważnie rozważa budowę aparatu do wykrywania przetrwałych osobowości.
Treść tych rozmów jest jednak ostrożniejsza niż ich nagłówki. Edison nie twierdził, że skonstruował urządzenie ani że zarejestrował jakikolwiek sygnał. Mówił, że jeśli przetrwanie jest faktem, aparat o wystarczającej czułości mógłby to wykazać, i że zastanawia się nad jego zbudowaniem. Nie przypisywał zmarłym zdolności mówienia do słuchawki, nie obiecywał rozmów z bliskimi i nie posługiwał się słownictwem spirytystycznym. W relacji z „Scientific American” akcentował wręcz, że niczego nie przesądza i że chce jedynie dać ewentualnym przetrwałym osobowościom lepszą okazję do zamanifestowania się, niż dają im przechylane stoliki.
Skąd więc „telefon”? Słowo to nie pochodzi z precyzyjnego opisu, lecz z wyobraźni czytelników i redakcji. Edison był w powszechnym odczuciu wynalazcą urządzeń komunikacyjnych: udoskonalał telegraf, pracował nad mikrofonem węglowym do telefonu, zbudował fonograf, który utrwalał głos. Jeśli ktoś taki mówił o aparacie do kontaktu ze zmarłymi, naturalnym skojarzeniem była maszyna przenosząca głos, czyli coś na kształt telefonu. W prasie popularnej i w późniejszych opowieściach skojarzenie to szybko zastąpiło rzeczywistą treść wypowiedzi. Do utrwalenia nazwy przyczynił się też sposób, w jaki prasa przedrukowywała wiadomości. Tekst z czasopisma miesięcznego trafiał do dzienników w postaci skrótu, skrót tracił zastrzeżenia, a nagłówek zyskiwał na wyrazistości. Po kilku takich przekształceniach z ostrożnej spekulacji pozostawała prosta wiadomość: Edison buduje aparat do rozmów ze zmarłymi. W tej postaci informacja dotarła do Europy i do czytelników, którzy nigdy nie zetknęli się z oryginalnymi artykułami, a w kolejnych latach wracała w artykułach i książkach jako fakt niewymagający już sprawdzenia, oderwany od nazwisk dziennikarzy, którzy przeprowadzili pierwsze rozmowy.
Jednostki życia
Aby zrozumieć, o czym Edison faktycznie myślał, trzeba sięgnąć do jego spekulatywnej teorii życia. W rozmowach z lat dwudziestych wynalazca przedstawiał pogląd, że organizm nie jest ostatecznym nośnikiem życia, lecz siedzibą ogromnej liczby drobnych, niewidzialnych jednostek, które nazywał po angielsku life units. Te jednostki miały posiadać pewną inteligencję, współdziałać na podobieństwo roju i budować ciało według własnego planu. Po śmierci organizmu mogłyby się rozproszyć, ale – jak przypuszczał – mogłyby też zachować swoje uporządkowanie i trwać dalej jako zespół.
W takim ujęciu przetrwanie osobowości nie było kwestią duszy w sensie religijnym, lecz hipotezą przyrodniczą: jeśli jednostki życia zachowują po śmierci strukturę, która tworzyła pamięć i charakter, może istnieć coś, co dałoby się wykryć fizycznie. Aparat, o którym mówił Edison, miał zatem rejestrować nie głosy duchów, lecz ewentualne oddziaływania takich zorganizowanych zespołów na bardzo czuły układ. Była to spekulacja w duchu materialistycznego monizmu, bliższa niektórym teoriom biologicznym jego czasów niż spirytyzmowi, choć łatwo ją było odczytać jako obietnicę spirytystyczną.
Warto przy tym pamiętać, że Edison miał za sobą epizod kontaktu z ruchem ezoterycznym. W 1878 roku podpisał deklarację członkowską Towarzystwa Teozoficznego, założonego trzy lata wcześniej w Nowym Jorku przez Helenę Bławatską i Henry'ego Steela Olcotta. Nie wiadomo, by brał czynny udział w jego pracach, a w późniejszych latach nie wypowiadał się o teozofii jako o źródle swoich poglądów. Interesował się również pokazami ludzi przypisujących sobie zdolności telepatyczne i według relacji prasowych przyglądał się im z mieszaniną ciekawości i niedowierzania. Nie był człowiekiem obojętnym na pytania wykraczające poza laboratorium, ale nie był też mistykiem.
Rozdział francuski
Edison zmarł w październiku 1931 roku i w jego papierach nie znaleziono ani prototypu, ani planów urządzenia do kontaktu ze zmarłymi. Archiwiści i historycy, którzy przez dziesięciolecia opracowywali jego ogromną spuściznę rękopiśmienną, nie natrafili na ślad takiej konstrukcji. Legenda nie potrzebowała jednak dowodów materialnych; wystarczyło, że wynalazca o niej mówił. Nowe paliwo przyniosła książka wydana po jego śmierci.
W 1948 roku nowojorskie wydawnictwo Philosophical Library opublikowało zbiór The Diary and Sundry Observations of Thomas Alva Edison, przygotowany przez Dagoberta D. Runesa. Zawierał fragment młodzieńczego dziennika oraz zestaw notatek i wypowiedzi o różnych sprawach – od techniki po wychowanie i religię. Francuskie wydanie tego zbioru, które ukazało się wkrótce potem, zawierało rozdział zatytułowany Le Royaume de l'au-delà, czyli „Królestwo zaświatów”, nieobecny w wydaniu angielskim. Rozdział rozwijał wątek jednostek życia i możliwości ich wykrycia, przedstawiając go w sposób bardziej rozbudowany i bardziej sugestywny, niż czyniły to wywiady z 1920 roku.
Pochodzenie tego tekstu pozostaje niejasne. Nie wiadomo, czy był przekładem materiału, który redaktor amerykański pominął, czy kompilacją z wcześniejszych wywiadów, czy też dodatkiem przygotowanym na potrzeby wydania francuskiego. Brak odpowiednika w wydaniu oryginalnym każe traktować go z ostrożnością, ale w literaturze o kontaktach ze zmarłymi jest przytaczany jako autentyczne świadectwo zamiarów Edisona. Właśnie ten rozdział, krążący w przekładach i streszczeniach, przyczynił się do utrwalenia wizji wynalazcy pracującego w tajemnicy nad maszyną do rozmów z umarłymi.
Dlaczego legenda trwa
Legenda o telefonie Edisona spełnia kilka potrzeb jednocześnie. Przede wszystkim łączy autorytet nauki z nadzieją, którą nauka zwykle rozczarowuje. Jeśli największy wynalazca epoki uważał kontakt ze zmarłymi za problem techniczny, to sprawa przestaje być zabobonem, a staje się zadaniem odłożonym na przyszłość. Ten mechanizm działa niezależnie od tego, co Edison rzeczywiście powiedział: wystarczy jego nazwisko obok słowa „zmarli”, by nadzieja zyskała patronat.
Po drugie, legenda pasuje do szerszego wzorca, w którym każda nowa technika przekazu staje się w wyobraźni zbiorowej potencjalnym kanałem kontaktu z zaświatami. Telegraf, telefon, radio i fonograf budziły w swoim czasie podobne spekulacje, a Edison, związany z wieloma z tych wynalazków, był naturalnym bohaterem takiej opowieści. Opowieść o jego telefonie jest w istocie opowieścią o całej epoce elektrycznej, która uczyła ludzi rozmawiać z nieobecnymi i kazała im zapytać, gdzie przebiega granica tej nieobecności.
Po trzecie, legenda ma strukturę, która chroni ją przed obaleniem. Skoro urządzenia nie znaleziono, można przypuszczać, że zaginęło, że zostało ukryte albo że Edison nie zdążył go ukończyć. Każdy z tych wariantów pojawiał się w popularnych publikacjach. Tymczasem historyk ma do dyspozycji tylko to, co zachowane: dwa wywiady z jesieni 1920 roku, kilka spekulacji o jednostkach życia, notatki opublikowane po śmierci autora i rozdział francuskiego wydania o niepewnym pochodzeniu. Z tych źródeł wyłania się obraz człowieka, który głośno zastanawiał się nad przetrwaniem osobowości i nad tym, czy da się je zbadać przyrządem, a nie konstruktora, który zbudował coś, czego nikt nigdy nie widział.
Różnica między tymi dwoma obrazami nie jest drobiazgiem. Edison z wywiadów był sceptykiem, który odrzucał media i domagał się rygoru, a zarazem przyrodnikiem gotowym rozważać hipotezy na granicy fantazji. Edison z legendy jest wynalazcą zaświatów, którego sekret czeka na odkrycie. Pierwszy należy do historii nauki i jej spekulatywnych marginesów; drugi należy do historii wyobraźni, w której nazwisko wielkiego człowieka staje się gwarancją nadziei, której sam nigdy nie złożył.
