Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Spirytyzm i mediumizm

Gladys Osborne Leonard i testy książkowe

Testy książkowe Gladys Osborne Leonard miały wykluczyć telepatię, wskazując treść stron w zamkniętych tomach, których nikt z obecnych nie znał; raport Eleanor Sidgwick z 1921 roku pokazał zarazem, jak trudno ustalić, ile trafień należy się samemu przypadkowi.

Medium Gladys Osborne Leonard, ilustracja z publikacji Arthura Conan Doyle’a, 1926 – domena publiczna
Medium Gladys Osborne Leonard, ilustracja z publikacji Arthura Conan Doyle’a, 1926 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Medium z Londynu i jego przewodniczka

Gladys Osborne Leonard (1882–1968) uchodziła w pierwszej połowie XX wieku za jedno z najbardziej wiarygodnych mediów mentalnych w Wielkiej Brytanii. Nie wywoływała stuków ani materializacji, nie unosiła stolików. Pracowała w transie, w czasie którego mówiła przez nią „Feda”, przedstawiająca się jako młoda dziewczyna pochodzenia indyjskiego, rzekomo związana z rodziną medium kilka pokoleń wcześniej. Feda mówiła dziecinnym, nieco łamanym angielskim, przekazywała wiadomości od zmarłych, opisywała ich wygląd i przyzwyczajenia, a niekiedy przekazywała głos samemu komunikatorowi.

Własne wspomnienia Leonard ogłosiła w książce My Life in Two Worlds (1931). Wiele lat korzystali z jej usług członkowie Society for Psychical Research, a seanse z nią opisywano w kilku obszernych opracowaniach. Wśród jej stałych klientów znaleźli się m.in. Una Troubridge i Radclyffe Hall, które przez kilka lat prowadziły z nią posiedzenia i opublikowały ich szczegółowy protokół w wydawnictwach Towarzystwa, oraz metodystyczny duchowny Charles Drayton Thomas, który poświęcił jej zdolnościom kilka książek, m.in. Some New Evidence for Human Survival (1922).

Badacze cenili w Leonard nie tylko trafność, lecz także gotowość do współpracy. Godziła się na obecność notujących stenografów, na posiedzenia z anonimowymi uczestnikami, na różne formy kontroli. Przez wiele lat prywatni detektywi wynajmowani na zlecenie SPR sprawdzali, czy nie zbiera informacji o klientach przed seansami, i nie znaleźli na to dowodów. To właśnie dzięki temu jej przypadek mógł stać się polem dla eksperymentu, który próbował odpowiedzieć na najtrudniejsze pytanie badań psychicznych.

Status samej Fedy był przedmiotem osobnych dociekań. Dla Leonard i jej klientów była ona odrębną istotą, pośredniczką o własnym charakterze, kapryśną, czasem zabawną, przekręcającą trudniejsze słowa. Dla psychologów była raczej wtórną osobowością samego medium, ukształtowaną w transie i wyposażoną w rolę, której oczekiwali uczestnicy. W latach trzydziestych Whately Carington próbował rozstrzygnąć tę kwestię testami skojarzeń słownych, porównując reakcje Leonard w stanie czuwania z reakcjami Fedy i rzekomych komunikatorów. Wyniki okazały się trudne do jednoznacznej interpretacji i same stały się przedmiotem metodologicznego sporu. Dla tematu testów książkowych ważne jest tylko to, że niezależnie od natury Fedy jej wypowiedzi można było zapisać i sprawdzić.

Problem telepatii

Gdy medium przekazuje komuś szczegóły dotyczące zmarłego krewnego, a szczegóły te okazują się prawdziwe, sceptyk ma do dyspozycji kilka wyjaśnień: oszustwo, przypadek, zręczną grę na ogólnikach i reakcjach rozmówcy. Badacz, który te wyjaśnienia wykluczy, staje jednak przed kolejną przeszkodą. Nawet jeśli medium wie rzeczy, których nie mogło poznać normalnymi drogami, nie znaczy to jeszcze, że wie je od zmarłego. Mogło je przecież odczytać z umysłu siedzącej obok osoby, która je znała.

Ta hipoteza, nazywana w literaturze anglojęzycznej telepatią od żywych, prześladowała badaczy od czasów założycieli SPR. Każde trafienie dotyczące rzeczy znanej uczestnikowi dawało się bowiem wyjaśnić przez kontakt między umysłami obecnych, bez potrzeby zakładania, że ktokolwiek przetrwał śmierć. Aby wyjść z tego koła, należało uzyskać informację prawdziwą, a zarazem nieznaną nikomu z żyjących uczestników, którą jednak można później sprawdzić.

Testy książkowe były jedną z najbardziej pomysłowych prób spełnienia tego warunku. Ich forma była następująca. Feda, w imieniu zmarłego, wskazywała konkretną książkę w miejscu, którego medium nie widziało: na przykład trzecią od lewej na drugiej półce od dołu w gabinecie danego domu. Następnie podawała numer strony i opis tego, co się na niej znajduje: zdanie odnoszące się do zmarłego, do sytuacji uczestnika, do jakiegoś wspólnego wspomnienia. Uczestnik, zwykle nie wiedząc, jaka książka stoi w tym miejscu, a tym bardziej co jest na wskazanej stronie, wracał do domu i sprawdzał.

Raport Eleanor Sidgwick

Takich prób nagromadziło się w ciągu kilku lat bardzo wiele, przeprowadzanych przez różnych uczestników i w różnych warunkach. Ich systematycznej oceny podjęła się Eleanor Mildred Sidgwick, wdowa po filozofie Henrym Sidgwicku, wieloletnia działaczka SPR i jedna z najbardziej skrupulatnych postaci w historii tej instytucji. Jej studium An Examination of Book-Tests Obtained in Sittings with Mrs. Leonard ukazało się w 1921 roku w „Proceedings of the Society for Psychical Research”.

Sidgwick przejrzała ponad pięćset testów i podzieliła je na kategorie: udane, w przybliżeniu udane, wątpliwe, nieudane i niejasne. Kryteria były surowe. Za udany uznawano test, w którym wskazanie strony i opis jej treści pasowały do siebie w sposób konkretny, a nie tylko ogólny. Według jej klasyfikacji mniej więcej jedna szósta testów spełniała ten warunek, a podobna część była trafna częściowo. Reszta to pomyłki, ogólniki albo przypadki, których nie dało się rzetelnie ocenić, choćby dlatego, że książki przestawiono lub wskazanie było niejednoznaczne.

Ten wynik sam w sobie niewiele mówi. Kluczowe pytanie brzmiało: czy jedna szósta to dużo? Odpowiedź wymagała porównania z grupą kontrolną, w której nikt nie ma żadnych zdolności, a mimo to próbuje znaleźć na losowo wybranych stronach losowych książek zdania pasujące do zadanych tematów. Sidgwick doskonale zdawała sobie sprawę z tej trudności i sama dyskutowała ją w raporcie, zaznaczając, że wiele wskazań Fedy było na tyle ogólnych, iż można by je dopasować do niemal każdej strony.

Ile przypadku mieści się w zdaniu

Problem statystyczny, z którym zmierzyła się Sidgwick, był znacznie trudniejszy niż w doświadczeniach z kartami, które rozwinęły się w następnych dekadach. W teście kartowym prawdopodobieństwo trafienia można wyliczyć z góry, bo zbiór możliwych odpowiedzi jest skończony i znany. W teście książkowym żadnej z tych rzeczy nie ma. Nie wiadomo, ile zdań na przeciętnej stronie mogłoby zostać uznanych za trafne wobec ogólnego opisu typu „coś o podróży” albo „aluzja do ojca”. Ocena trafności jest jakościowa i zależy od interpretacji osoby, która ją przeprowadza.

Z tego powodu SPR zorganizowało później doświadczenie kontrolne, w którym uczestnicy wybierali książki i strony bez udziału medium, a następnie sprawdzano, jak często znajdą się tam fragmenty pasujące do wskazań skonstruowanych na wzór wskazań Fedy. Odsetek takich przypadkowych trafień okazał się wyraźnie niższy niż w testach z Leonard. Dla zwolenników było to potwierdzenie, że wyniki nie są wytworem przypadku. Krytycy odpowiadali, że warunki obu serii nie były porównywalne: testy kontrolne konstruowano sztucznie, a w seansach z medium istniały dodatkowe źródła trafień, choćby to, że niektórzy uczestnicy mogli kiedyś czytać wskazane książki i o tym zapomnieć.

Zarzut ten prowadził do kolejnego trudnego zagadnienia. Czy telepatia rzeczywiście została wykluczona, skoro właściciel domu mógł niegdyś przeglądać swoją bibliotekę i zachować w pamięci, choćby nieświadomie, to, co jest na danej stronie? Sidgwick traktowała ten argument poważnie. Uznała, że w wielu przypadkach jest on mało prawdopodobny, zwłaszcza gdy chodziło o książki, których nikt z rodziny nie czytał, albo o strony wskazane z dokładnością do miejsca na stronie. Nie twierdziła jednak, że wykluczyła go w każdym przypadku.

Pojawiła się też trzecia możliwość, dla teorii przetrwania równie kłopotliwa jak telepatia: jasnowidzenie, czyli bezpośrednie postrzeganie przez medium treści zamkniętej książki, bez udziału żadnego umysłu, żywego czy zmarłego. Testy książkowe wykluczały, przynajmniej w zamierzeniu, czytanie myśli obecnych, ale nie wykluczały tej drogi. Sidgwick zakończyła raport ostrożnie: uznała, że wyniki wykraczają poza to, czego można się spodziewać po przypadku, i że trudno wyjaśnić je przez zwykłą wiedzę medium, lecz nie rozstrzygnęła, czy źródłem był zmarły, czy jakaś nieznana zdolność samej Leonard.

Eksperyment jako metoda myślenia

Thomas, najbardziej wytrwały z badaczy Leonard, rozwinął później podobne testy gazetowe, w których Feda zapowiadała, co ukaże się w jutrzejszym wydaniu „The Times” na określonej stronie, zanim tekst został złożony do druku. Te próby miały wykluczyć nawet podświadomą pamięć uczestników, bo treść jeszcze nie istniała w formie drukowanej. Ich ocena napotykała jednak na te same trudności co ocena testów książkowych: ogólność wskazań, możliwość dopasowania, brak jasnego punktu odniesienia dla przypadku.

Na tle innych epizodów spirytyzmu przypadek Leonard wyróżnia się tym, że nie chodzi w nim o demaskację ani o sensację. Nikt nie przyłapał jej na oszustwie, a jej badacze nie byli ludźmi łatwowiernymi. Zamiast tego mamy do czynienia z czymś, co przypomina typowy problem naukowy: dane są obfite, metoda pomysłowa, a wnioski zależą od założeń statystycznych, których nie da się do końca ustalić. Spór nie dotyczył uczciwości, lecz miary.

W tym sensie raport Eleanor Sidgwick jest dokumentem przejściowym. Należy jeszcze do epoki, w której badacz psychiczny pracował na protokołach seansów i oceniał trafność jak sędzia, a nie jak statystyk. Zarazem przeczuwa epokę, w której pytanie o przypadek stanie się pytaniem centralnym. Kiedy w latach trzydziestych Joseph Banks Rhine zaczął publikować wyniki doświadczeń z kartami, część motywacji pochodziła właśnie z frustracji wobec takich nierozstrzygalnych zbiorów. Karty dawały liczby, testy książkowe dawały zdania, a zdania okazały się zbyt elastyczne, by udźwignąć ciężar dowodu.

Mimo to trudno uznać próby z Leonard za porażkę. Pokazały one, że w badaniach nad przetrwaniem nie wystarczy znaleźć prawdziwej informacji; trzeba jeszcze wiedzieć, czyja to informacja i ile takich informacji mógłby wygenerować przypadek. Ta podwójna lekcja, o źródle i o mierze, pozostała z nimi na długo. Gladys Osborne Leonard, kobieta, która chciała być przede wszystkim przekaźnikiem pocieszenia dla żałobników, stała się mimo woli współautorką jednego z najbardziej wymagających problemów metodologicznych w historii badań psychicznych.