Bracia Davenport i gabinet duchów
Ira i William Davenportowie stworzyli w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XIX wieku sceniczny format seansu w drewnianej szafie, który pozwalał widzom samodzielnie wierzyć albo nie wierzyć w udział duchów, i w ten sposób trwale zatarli granicę między mediumizmem a zawodową sztuką iluzji.

Dwaj chłopcy z Buffalo
Ira Erastus Davenport urodził się w 1839 roku, a jego brat William Henry Harrison Davenport w 1841 roku, obaj w Buffalo w stanie Nowy Jork. Dorastali w okresie, w którym wiadomość o stukach w domu sióstr Fox w Hydesville rozeszła się po całej Ameryce i w niezliczonych domach zaczęto próbować podobnych doświadczeń. Według rodzinnej opowieści, przekazywanej później przez ich biografów i zwolenników, w połowie lat pięćdziesiątych w domu Davenportów również rozległy się stuki, przedmioty zaczęły się poruszać, a chłopcy wykazywali zdolności, które przypisywano obecności duchów. Ojciec, funkcjonariusz miejscowej policji, szybko dostrzegł w tych zjawiskach nie tylko tajemnicę, lecz i możliwość zarobku.
Wczesne lata działalności braci są słabo udokumentowane, a większość szczegółów pochodzi ze źródeł życzliwych, przede wszystkim z biografii wydanej w 1864 roku przez Thomasa Lowa Nicholsa, lekarza i publicystę związanego z ruchami reformatorskimi. Wynika z nich, że bracia występowali najpierw w domach prywatnych, a następnie w salach publicznych w miastach amerykańskiego Północnego Wschodu, z czasem docierając dalej. Do zespołu dołączył William Fay, który pełnił funkcję pomocnika i sam także bywał związywany w trakcie pokazów.
Szafa, liny i instrumenty
Istotą występów Davenportów był przedmiot, który stał się ich znakiem rozpoznawczym: duża drewniana szafa, nazywana gabinetem, ustawiona na kozłach, tak by widzowie widzieli, że pod nią nie ma zapadni. Miała trzy pary drzwi, a w środkowych wycięto niewielki otwór. Wewnątrz, po bokach, znajdowały się ławki z otworami, przez które przewlekano liny. Na środku umieszczano instrumenty muzyczne: gitarę, skrzypce, tamburyn, dzwonki, trąbkę.
Przebieg pokazu był za każdym razem podobny. Wybrani z publiczności członkowie komisji związywali braci linami, przywiązując ich ręce i nogi do ławek, często z dużą starannością i przy użyciu skomplikowanych węzłów. Następnie zamykano drzwi. Niemal natychmiast z wnętrza dochodziły dźwięki instrumentów, przez otwór wysuwały się dłonie, a niekiedy instrumenty wylatywały na zewnątrz. Gdy otwierano drzwi, bracia siedzieli spokojnie, związani tak jak przedtem, a komisja mogła sprawdzić, że więzy są nienaruszone. Odmianą tego numeru były seanse w całkowitej ciemności, podczas których instrumenty unosiły się nad głowami widzów, a z Faya zdejmowano surdut, choć ręce miał związane.
Ten format był genialnie prosty. Łączył test kontrolny, w którym uczestniczyła publiczność, z efektem niewytłumaczalnym, a wyjaśnienie pozostawiał widzom. Kluczowa była właśnie owa niedookreśloność. Pokazy nie wymagały od widza wyznania wiary, lecz zapraszały go do sprawdzenia, czy więzy są mocne. Komisja z publiczności występowała zarazem jako gwarant uczciwości i jako widownia, która mogła potem opowiadać, że sama wiązała węzły.
Dla spirytystów tamtej epoki takie pokazy miały sens wykraczający poza rozrywkę. Ruch, który narodził się z prostych stuków, potrzebował zjawisk fizycznych jako materialnego potwierdzenia przesłania o nieśmiertelności. Grająca w zamkniętej szafie gitara była w tej perspektywie skromnym, ale namacalnym znakiem, że między światem żywych a światem zmarłych istnieje kanał, przez który można przesłać nawet dźwięk. Nie przypadkiem przekazy spirytystyczne tego okresu tak często dotyczyły przedmiotów codziennych: dzwonków, stolików, instrumentów. Ich zwyczajność miała czynić cud bardziej przekonującym, bo zdawała się wykluczać wyrafinowany aparat sceniczny.
Wykładowca w roli przewodnika
Nieodłącznym elementem przedstawień był wstęp wygłaszany przez Jesse'ego Babcocka Fergusona, byłego duchownego, który towarzyszył braciom w podróżach. Ferguson przemawiał o zjawiskach spirytystycznych w tonie wzniosłym, sugerując, że widzowie będą świadkami działania sił nieznanych nauce, ale nie formułował wprost twierdzeń, które dałyby się łatwo obalić. Taka strategia pozwalała utrzymać podwójny charakter pokazów. Dla spirytystów były one demonstracją realności duchów, dla pozostałych – zagadkowym widowiskiem, które warto zobaczyć niezależnie od interpretacji.
Sami bracia, według późniejszych relacji, zazwyczaj nie przemawiali i nie deklarowali, że posiadają moc mediumiczną. Ta milcząca obecność była częścią spektaklu. Medium, które nie twierdzi, że jest medium, trudno oskarżyć o kłamstwo; iluzjonista, który nie ogłasza, że jest iluzjonistą, czerpie zaś korzyść z wiary tych, którzy chcą widzieć w nim kogoś więcej. Davenportowie poruszali się w tej szarej strefie z dużą swobodą, a ich kariera pokazuje, że właśnie ta niejednoznaczność przynosiła najlepsze dochody.
Tournée po Anglii i zamieszki w Liverpoolu
We wrześniu 1864 roku bracia wraz z towarzyszami przybyli do Londynu. Pierwsze pokazy odbyły się w gronie prywatnym, przed starannie dobraną publicznością złożoną z ludzi znanych w świecie literatury, nauki i teatru, wśród nich dramatopisarza Diona Boucicaulta, w którego domu przeprowadzono jeden z wczesnych seansów. Relacje z tych spotkań, opublikowane w prasie, zbudowały zainteresowanie przed występami publicznymi. Davenportowie zaczęli następnie pokazywać się w salach londyńskich, a potem wyruszyli na objazd po prowincji. Brytyjska prasa podzieliła się w ocenie. Część gazet relacjonowała pokazy z zaciekawieniem, przytaczając świadectwa znanych osób, które nie potrafiły wskazać mechanizmu, inne od początku traktowały braci jako zręcznych amerykańskich przedsiębiorców. Do dyskusji włączyli się zarówno zdeklarowani spirytyści, którzy widzieli w braciach posłańców nowej ery, jak i publicyści przekonani, że wystarczy kilku zawodowych żeglarzy znających się na węzłach, by zakończyć całą sprawę.
Na prowincji przyjęcie było znacznie mniej przychylne. W lutym 1865 roku w Liverpoolu dwaj widzowie wybrani do komisji związali braci węzłem tak ciasnym i zawiłym, że Davenportowie odmówili kontynuowania pokazu, uznając, że więzy są niebezpieczne dla krążenia krwi. Ferguson przeciął liny, co publiczność odebrała jako przyznanie się do oszustwa. Na scenę wtargnął tłum, gabinet został zniszczony, a bracia musieli opuścić salę. Podobne sceny powtórzyły się w następnych dniach w Huddersfield i w Leeds, gdzie widzowie, uprzedzeni o liverpoolskim precedensie, przychodzili z własnymi linami i z gotowością do konfrontacji.
Te wydarzenia ujawniły słabość formatu. Pokaz, który opierał się na udziale publiczności w kontroli, musiał pozwalać tej publiczności na rzeczywistą kontrolę, a rzeczywista kontrola mogła uniemożliwić efekt. Gdy widzowie przestali być życzliwymi uczestnikami rytuału, a zaczęli przeprowadzać prawdziwy test, Davenportowie znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Odmowa kontynuowania pokazu była interpretowana jako dowód oszustwa, a ewentualne niepowodzenie przy pełnych więzach byłoby dowodem jeszcze bardziej jednoznacznym. W Anglii pojawili się też iluzjoniści, którzy zaczęli odtwarzać ich efekty jawnie na scenie, o czym opowiada osobny esej.
Między seansem a sceną
Mimo angielskich niepowodzeń bracia kontynuowali karierę na kontynencie europejskim, a później podróżowali po różnych częściach świata. Ich gabinet stał się wzorcem, który przejęli liczni naśladowcy, zarówno media, jak i iluzjoniści. W praktyce seansów materializacyjnych drugiej połowy XIX wieku zamknięta przestrzeń, w której medium pozostaje niewidoczne podczas manifestacji, stała się elementem niemal obowiązkowym. Na scenach iluzjonistycznych tak zwany numer z gabinetem duchów wszedł do stałego repertuaru, przedstawiany już otwarcie jako sztuczka.
W tym podwójnym dziedzictwie tkwi właściwe znaczenie Davenportów. Nie byli pierwszymi, którzy prezentowali zjawiska spirytystyczne publiczności płacącej za bilety, ale nadali im formę widowiska w pełnym sensie: z rekwizytami, scenariuszem, prologiem wykładowcy i udziałem widzów. Ta forma okazała się neutralna wobec interpretacji. Ten sam gabinet mógł służyć jako sanktuarium objawienia albo jako skrzynia magika, a to, czym był w danym przypadku, zależało w większym stopniu od słów wypowiedzianych przed podniesieniem kurtyny niż od tego, co działo się w środku.
William Davenport zmarł w 1877 roku w Australii, podczas jednego z tournée. Ira wycofał się z czynnego życia scenicznego i osiadł w Mayville w stanie Nowy Jork. Śmierć młodszego brata zamknęła okres, w którym duet był jedną z najgłośniejszych atrakcji transatlantyckiej estrady. Formuła, którą stworzyli, przetrwała ich jednak z łatwością, bo nie zależała od osobistego charyzmatu, lecz od struktury pokazu, którą każdy zręczny wykonawca mógł powtórzyć.
Wyznanie starszego brata
Ostatni rozdział tej historii zapisał Harry Houdini, który pod koniec pierwszej dekady XX wieku odnalazł starzejącego się Irę Davenporta i zaprzyjaźnił się z nim. W A Magician Among the Spirits Houdini opisał rozmowy, podczas których Ira miał mu wyjawić sekret związywania: przy odpowiednim ułożeniu rąk w trakcie wiązania pozostawało dość luzu, by uwolnić dłoń, wykonać efekt i wsunąć ją z powrotem. Według Houdiniego Ira stwierdził także, że bracia nigdy publicznie nie twierdzili, iż są spirytystami, i że to publiczność dopowiadała sobie resztę.
Relacja ta pochodzi od człowieka, który w chwili jej publikacji prowadził kampanię przeciwko mediumizmowi, i należy ją czytać z tą świadomością. Ira zmarł w 1911 roku, a spirytyści kwestionowali wiarygodność przekazu Houdiniego, wskazując na wcześniejsze wypowiedzi braci i ich zwolenników, w których mówiono o duchach znacznie wyraźniej. Jednak nawet jeśli wyznanie zostało przez Houdiniego wyostrzone, dobrze oddaje istotę zjawiska. Davenportowie nie musieli kłamać w sposób jawny, bo ich pokazy były zaprojektowane tak, by kłamstwo – albo prawda – rodziło się w głowach widzów.
Historia braci z Buffalo przypomina więc, że spór między wiarą a sceptycyzmem w XIX wieku nie przebiegał wyłącznie między uczonymi a mediami. Rozgrywał się również na scenie, gdzie te same efekty mogły być przedstawiane jako objawienie lub jako zręczność, a granicę między nimi wyznaczała rama interpretacyjna, nie zaś mechanizm. Gabinet Davenportów był w tym sensie czymś więcej niż rekwizytem: stał się obrazem całej epoki, w której zamknięta szafa mogła kryć zarówno zaświaty, jak i węzeł, z którego wysuwa się zręczna dłoń.
