Sprawa Williama Morgana i amerykańska partia antymasońska
Zniknięcie Williama Morgana w 1826 roku, po zapowiedzi wydania demaskatorskiej książki o obrzędach, przerodziło się w kryzys zaufania do elit, który zrodził Anti-Masonic Party, pierwszą trzecią partię w dziejach Stanów Zjednoczonych, i na dekadę spustoszył amerykańskie loże.

Batavia, wrzesień 1826
William Morgan był w połowie lat dwudziestych XIX wieku mieszkańcem Batavii w zachodniej części stanu Nowy Jork, kamieniarzem i człowiekiem o niejasnej przeszłości, który przedstawiał się jako weteran wojny z 1812 roku. Twierdził, że jest wolnomularzem, choć nie jest jasne, gdzie i kiedy został przyjęty. Pewne jest, że uczestniczył w pracach lóż w okolicy, a gdy w Batavii zakładano kapitułę stopni wyższych, jego nazwisko zostało pominięte, co niektórzy autorzy uznają za źródło jego urazy. Wraz z miejscowym wydawcą Davidem C. Millerem zapowiedział publikację książki, która miała ujawnić rytuały trzech pierwszych stopni.
Zapowiedź wywołała gwałtowną reakcję części miejscowych wolnomularzy. Ukazały się ogłoszenia ostrzegające przed Morganem jako oszustem, doszło do próby podpalenia drukarni Millera, a następnie do serii zatrzymań na podstawie drobnych zarzutów. We wrześniu 1826 roku Morgan został aresztowany pod zarzutem przywłaszczenia koszuli i krawata, przewieziony do Canandaigua, uwolniony od tego zarzutu i natychmiast osadzony ponownie z powodu niewielkiego długu. Wieczorem dwunastego września ktoś spłacił dług, a Morgan, wyprowadzony z więzienia, został wepchnięty do powozu.
Świadkowie słyszeli wołanie o pomoc. Późniejsze śledztwa ustaliły, że porywacze przewieźli go przez kilka hrabstw aż do Fort Niagara, opuszczonej wówczas twierdzy u ujścia rzeki do jeziora Ontario. Tam ślad się urywa. Morgana nigdy więcej nie widziano, a jego dalszy los pozostaje nieznany. Krążyły pogłoski, że utopiono go w rzece Niagara, że wywieziono go do Kanady, że przeżył pod zmienionym nazwiskiem w odległym kraju; żadna z tych wersji nie została udowodniona, a późniejsze „wyznania” rzekomych sprawców, pojawiające się nawet po dwudziestu latach, nie mają wiarygodnego potwierdzenia.
Książka i procesy
Książka, o którą toczył się spór, ukazała się mimo wszystko jeszcze w 1826 roku pod tytułem Illustrations of Masonry, z dopiskiem, że jej autorem jest „jeden z bractwa”. Zawierała opis przebiegu ceremonii, formuły zobowiązań i znaki rozpoznania. Sama w sobie nie była niczym wyjątkowym; demaskacje rytuałów ukazywały się w Anglii od lat dwudziestych XVIII wieku. Wyjątkowe było to, że wokół niej doszło do przestępstwa, które dla wielu czytelników uwiarygodniło najbardziej złowrogie fragmenty tekstu, zwłaszcza drastyczne kary wymieniane w przysięgach.
Wymiar sprawiedliwości działał powoli i, jak uważała opinia publiczna, opornie. Gubernator stanu DeWitt Clinton, sam wysoki rangą wolnomularz, wyznaczył nagrody za informacje i wydał proklamacje, ale postępowania ciągnęły się latami. Kilku uczestników uprowadzenia skazano, między innymi szeryfa hrabstwa Niagara Eliego Bruce'a, jednak wyroki dotyczyły porwania, a nie zabójstwa, ponieważ nie było ciała ani dowodów śmierci. Kary wynosiły od kilku miesięcy do około dwóch lat więzienia i powszechnie uznano je za rażąco łagodne.
Położenie Clintona dobrze pokazuje, jak trudno było w tej sprawie zachować wiarygodność. Jako jeden z najwybitniejszych polityków stanu i dawny wielki mistrz nowojorskiej Wielkiej Loży był jednocześnie osobą, od której oczekiwano bezstronnego ścigania sprawców, i symbolem środowiska, które podejrzewano o ich ochronę. Cokolwiek zrobił, jedni widzieli w tym zbyt mało, inni zdradę braci. Zmarł nagle w 1828 roku, zanim sprawa się wyjaśniła, a jego śmierć tylko spotęgowała poczucie niedokończenia.
Najbardziej wymowna była jednak atmosfera procesów. Świadkowie odmawiali zeznań, powołując się na niepamięć lub na prawo do nieobciążania samego siebie, niektórzy wyjeżdżali poza stan, a wśród sędziów, przysięgłych, szeryfów i urzędników nie brakowało członków lóż. Nawet jeśli w wielu przypadkach nie było dowodów na celowe utrudnianie śledztwa, samo wrażenie, że bractwo osłania swoich, wystarczyło, by w oczach mieszkańców zachodniego Nowego Jorku sprawa przestała być lokalnym przestępstwem, a stała się dowodem na istnienie niewidzialnego rządu.
W 1827 roku nad brzegiem jeziora Ontario znaleziono zwłoki mężczyzny, które zwolennicy antymasonerii próbowali uznać za ciało Morgana. Ostatecznie zidentyfikowano je jako ciało kanadyjskiego przewoźnika Timothy'ego Monroe'a. Z tym epizodem wiąże się anegdota o Thurlowie Weedzie, wydawcy i organizatorze ruchu, który miał powiedzieć, że to „dostatecznie dobry Morgan do czasu wyborów”; Weed się tego wypierał, a autentyczność powiedzenia jest niepewna. Anegdota dobrze jednak oddaje sposób, w jaki sprawa stała się instrumentem polityki.
Narodziny trzeciej partii
Ruch antymasoński zaczął się jako oddolny protest. W miastach i miasteczkach zachodniego Nowego Jorku odbywały się zgromadzenia, uchwalano rezolucje wzywające wolnomularzy do wystąpienia z lóż, a kościoły, zwłaszcza prezbiteriańskie, baptystyczne i metodystyczne, wykluczały członków, którzy odmawiali zerwania z bractwem. Pojawiła się też grupa byłych wolnomularzy, którzy publicznie wyrzekali się zakonu i potwierdzali autentyczność ujawnionych obrzędów; ich zjazd w Le Roy w 1828 roku nadał protestowi charakter zorganizowany.
Z tego społecznego wzburzenia wyrosła partia. Politycy tacy jak Thurlow Weed i młody William H. Seward dostrzegli, że antymasoneria może skupić wyborców rozczarowanych dwoma głównymi ugrupowaniami i nieufnych wobec Andrew Jacksona, który był znanym wolnomularzem. Anti-Masonic Party wprowadzała swoich kandydatów do legislatury Nowego Jorku, a następnie rozszerzyła działalność na stany Nowej Anglii, Pensylwanię i Ohio.
Ogromną rolę odegrała prasa. W ciągu kilku lat powstały dziesiątki gazet o jawnie antymasońskim profilu, a Weed prowadził w Rochester pismo, które stało się jednym z głównych organów ruchu. Gazety drukowały zeznania byłych wolnomularzy, relacje z procesów, teksty przysiąg i polemiki z obrońcami bractwa, kształtując wspólny język protestu na obszarze kilku stanów. Do ruchu przyłączali się też ludzie o ogólnokrajowej reputacji; były prezydent John Quincy Adams ogłaszał listy krytykujące wolnomularskie przysięgi jako nie do pogodzenia z obowiązkami obywatela republiki.
We wrześniu 1831 roku partia zwołała w Baltimore ogólnokrajową konwencję, która wybrała kandydata na prezydenta. Był to pierwszy w historii kraju zjazd tego rodzaju; wkrótce inne partie przejęły tę formę i ogólnokrajowa konwencja nominacyjna stała się trwałym elementem amerykańskiej polityki. Kandydatem został William Wirt, były prokurator generalny, który w młodości sam należał do loży. W wyborach 1832 roku zdobył głosy elektorskie tylko w Vermoncie, ale partia odnosiła sukcesy na szczeblu stanowym: w Vermoncie i w Pensylwanii jej kandydaci zostali gubernatorami, a w Pensylwanii wybitną postacią ruchu był Thaddeus Stevens.
Po połowie lat trzydziestych partia zaczęła słabnąć i rozpływać się w nowo powstającej partii wigów, do której przeszli jej najzdolniejsi politycy. Nie była to klęska idei, lecz typowy los trzeciej partii w systemie zdominowanym przez dwa wielkie ugrupowania. Antymasoneria jako hasło straciła siłę, ale nawyki polityczne, które wytworzyła, w tym mobilizacja przez prasę i zgromadzenia oraz moralizatorski styl kampanii, przetrwały.
Spustoszenie w lożach
Dla samego wolnomularstwa skutki były dotkliwe. W stanie Nowy Jork liczba aktywnych lóż spadła w ciągu kilku lat z kilkuset do kilkudziesięciu, a liczba członków zmniejszyła się wielokrotnie. W Vermoncie wielka loża praktycznie zawiesiła działalność, a w innych stanach Nowej Anglii loże oddawały patenty, przestawały się zbierać lub spotykały się dyskretnie, bez publicznych procesji i uroczystości. Wiele rodzin wycofało się z bractwa, które jeszcze kilka lat wcześniej było wyrazem obywatelskiego prestiżu.
Odbudowa trwała mniej więcej do połowy lat czterdziestych. Gdy emocje opadły, a partia zniknęła, loże zaczęły się odradzać, często z nowym nastawieniem: ostrożniejszym wobec polityki, bardziej skupionym na dobroczynności, moralnym wychowaniu i życiu towarzyskim. Doświadczenie kryzysu nauczyło amerykańskie wolnomularstwo, że jego bliskość do władzy, przez dziesięciolecia uważana za atut, może się okazać ciężarem.
Pamięć o sprawie nie wygasła jednak wraz z odrodzeniem lóż. W 1882 roku na cmentarzu w Batavii stanął pomnik Morgana, ufundowany przez chrześcijańskie stowarzyszenie przeciwników tajnych związków, z inskrypcją przedstawiającą go jako męczennika wolności słowa. Pomnik ten jest świadectwem, że dla części amerykańskich protestantów porwanie z 1826 roku pozostało żywym argumentem jeszcze przez pół wieku, długo po tym, jak polityczna partia, która z niego wyrosła, przeszła do historii.
Kryzys zaufania, nie spisek
Sprawa Morgana bywa przedstawiana jako dowód na istnienie wolnomularskiej konspiracji albo, przeciwnie, jako zbiorowa histeria wywołana przez cyniczne elity polityczne. Obie wersje upraszczają rzeczywistość. Przestępstwo zostało popełnione naprawdę, a jego sprawcami byli ludzie związani z lożami; nie ma jednak dowodów, że działali na polecenie władz zakonu, a nie z własnej, fanatycznej inicjatywy. Brak rzetelnego rozliczenia sprawił, że lokalny zbrodniczy wybryk stał się w oczach opinii publicznej symbolem całej instytucji.
Kluczem do zrozumienia jest tło społeczne. Zachodni Nowy Jork lat dwudziestych przechodził głęboką przemianę: kanał Erie przyniósł handel i nowych mieszkańców, przebudzenia religijne wzbudzały żarliwość i podejrzliwość wobec świeckich obyczajów, a demokratyzacja polityki budziła niechęć do zamkniętych kręgów, w których notable rozdzielali urzędy. Wolnomularstwo, kojarzone z ludźmi zamożnymi i wpływowymi, z tajemnicą i przysięgami, stało się wygodnym uosobieniem tego wszystkiego, co budziło nieufność zwykłych obywateli.
Antymasoneria była więc ruchem w obronie równości, wyrażonym w języku podejrzenia. Jej zwolennicy domagali się, by prawo obowiązywało wszystkich jednakowo i by żadna prywatna przysięga nie stawała ponad lojalnością obywatelską. Te żądania same w sobie były rozsądne, ale ich forma, oparta na przekonaniu o wszechobecnym spisku, prowadziła do prześladowań ludzi, którzy nie mieli z porwaniem nic wspólnego. Wolnomularze tracili klientów i posady, rodziny dzieliły się według stosunku do lóż, a pastorzy, którzy nie chcieli potępić bractwa, musieli liczyć się z odejściem części wiernych. Historycy, którzy badali lokalne źródła z tamtych lat, opisują to zjawisko jako swoisty bojkot społeczny, dotkliwszy niż jakiekolwiek ustawy. W tym sensie sprawa Morgana jest wczesnym i bardzo amerykańskim przykładem tego, jak autentyczny kryzys zaufania do instytucji może przybrać postać mitu, a mit może na krótko stać się siłą polityczną zdolną zmienić krajobraz całego kraju.
