Tadeusz Kościuszko i spór o masońskie członkostwo
Tadeusz Kościuszko figuruje w wielu masońskich zestawieniach sławnych braci jako członek lóż polskich, amerykańskich lub francuskich, choć żadne z tych twierdzeń nie opiera się na jednoznacznym dokumencie, a historia tego przypisania dobrze pokazuje, jak powstają wolnomularskie panteony.

Bohater dwóch kontynentów
Niewiele postaci XVIII wieku było tak dobrze przygotowanych do roli wolnomularskiego patrona jak Kościuszko. Wychowanek Szkoły Rycerskiej, inżynier wojskowy kształcony we Francji, ochotnik w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, budowniczy umocnień pod Saratogą i w West Point, a później naczelnik powstania 1794 roku i więzień carskiej twierdzy, łączył w swojej biografii wszystkie wartości, które bractwo chętnie uważało za swoje: umiłowanie wolności, braterstwo ponad granicami narodów, niechęć do tyranii, troskę o los poddanych i niewolników. Jego testament, w którym przeznaczył amerykańskie środki na wykup i edukację niewolników, a wykonawcą uczynił Thomasa Jeffersona, stał się symbolem konsekwentnego humanitaryzmu.
Do tego dochodziło otoczenie. W armii kontynentalnej, w której służył przez kilka lat, działały loże wojskowe, a wielu oficerów należało do bractwa. Jerzy Waszyngton był wolnomularzem od młodości, markiz de La Fayette został przyjęty do loży, a wśród generałów i pułkowników nie brakowało ludzi, którzy łączyli służbę z pracą w warsztatach polowych. Kościuszko przyjaźnił się z wieloma z nich, przebywał w ich towarzystwie, uczestniczył w życiu obozowym. Nic dziwnego, że później wielu autorów założyło, iż on także musiał przejść inicjację.
Problem polega na tym, że założenie to, choć prawdopodobne w świetle okoliczności, nie zostało potwierdzone dokumentem, który historyk mógłby uznać za rozstrzygający. Nie zachował się, o ile wiadomo, żaden protokół inicjacji, żaden dyplom wystawiony na jego nazwisko, żadna wzmianka w jego własnych listach, która jednoznacznie wskazywałaby na przynależność do konkretnego warsztatu.
Trzy wersje jednej legendy
Twierdzenia o masońskim członkostwie Kościuszki krążą w trzech głównych wariantach, które warto rozróżnić, bo każdy rodzi się z innego kontekstu.
Wersja amerykańska wiąże jego inicjację z okresem służby w armii kontynentalnej. Opiera się przede wszystkim na argumencie z otoczenia: skoro w obozach działały loże polowe, a jego przyjaciele i przełożeni byli braćmi, Kościuszko mógł zostać przyjęty w jednej z nich. Niektóre amerykańskie publikacje podają to jako fakt, czasem z nazwą warsztatu, ale bez wskazania źródła, które by to poświadczało. W tradycji amerykańskiej szczególnie silna jest skłonność do włączania bohaterów rewolucji do panteonu bractwa, bo mit założycielski Stanów Zjednoczonych i mit wolnomularski splotły się tam bardzo mocno.
Wersja polska umieszcza go w lożach warszawskich doby stanisławowskiej, kiedy po powrocie z Ameryki w 1784 roku przebywał w kraju. Polskie wolnomularstwo tej epoki było bujne, a do warsztatów należała znaczna część elity politycznej i wojskowej. Badacze, którzy zestawiali wykazy członków dawnych lóż, ze Stanisławem Małachowskim-Łempickim na czele, gromadzili nazwiska na podstawie zachowanych dokumentów. Kościuszko nie jest jednak postacią, której przynależność dałoby się z tych materiałów wyprowadzić bez wątpliwości, a późniejsze wzmianki często opierają się na skojarzeniu z jego otoczeniem, nie na źródłach.
Wersja francuska odnosi się do jego długiego pobytu we Francji po 1798 roku, kiedy mieszkał w Paryżu i w podparyskim Berville, utrzymując kontakty z emigracją polską i z francuskimi środowiskami liberalnymi. W tym środowisku masoneria była powszechna, a Kościuszko spotykał się z wieloma jej członkami. I tu jednak brakuje dokumentu, który przesądzałby sprawę, a twierdzenia o jego przyjęciu do paryskiego warsztatu pojawiają się w literaturze bez wystarczającego oparcia.
Jak rodzi się panteon
Wszystkie trzy wersje łączy podobny mechanizm, który można prześledzić na wielu innych przykładach. Jego pierwszym ogniwem jest prawdopodobieństwo środowiskowe: dana osoba żyła wśród wolnomularzy, podzielała ich wartości, uczestniczyła w wydarzeniach, w których bractwo odgrywało rolę. Drugim ogniwem jest przeniesienie prawdopodobieństwa w pewność: autor, często w dobrej wierze, pisze, że postać „była” masonem, opuszczając zastrzeżenia. Trzecim ogniwem jest cytowanie wtórne: kolejni autorzy powołują się na wcześniejszych, a liczba publikacji powtarzających twierdzenie zaczyna uchodzić za dowód jego prawdziwości.
Popularne leksykony sławnych wolnomularzy, wydawane zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych w połowie XX wieku, takie jak wielotomowe zestawienie Williama Denslowa, odegrały w tym procesie ważną rolę. Ich autorzy zbierali informacje z ogromnej liczby źródeł o bardzo różnej wiarygodności i choć niekiedy zaznaczali wątpliwości, czytelnicy zapamiętywali raczej samo nazwisko na liście niż przypis. W ten sposób powstawał kanon, który zaczął żyć własnym życiem w publikacjach lóż, w przemówieniach okolicznościowych i w popularnych artykułach.
Mechanizm ten nie wymaga złej woli. Autorzy masońskich leksykonów byli zazwyczaj entuzjastami, którzy chcieli ocalić pamięć o zasługach bractwa i nie dysponowali warsztatem krytyki źródeł, jakim posługują się zawodowi historycy. Wystarczyła im relacja w starej gazecie, wzmianka we wspomnieniach albo tradycja przekazywana ustnie w loży. Dopiero systematyczna praca archiwalna, prowadzona w XX wieku przez badaczy z różnych krajów, pozwoliła oddzielić członkostwa udokumentowane od przypisanych, i wiele nazwisk z popularnych list okazało się wówczas wątpliwych.
Czwartym ogniwem jest symboliczna adopcja. Loże nadają swoim warsztatom imiona bohaterów, odwołują się do nich w uroczystościach, umieszczają ich wizerunki w swoich salach. Taki gest jest sam w sobie uprawniony, bo bractwo może czcić każdego, kogo uważa za wzór cnót, nie twierdząc, że był jego członkiem. Z czasem jednak różnica między patronem a bratem się zaciera i to, co było hołdem, zaczyna być traktowane jako świadectwo przynależności.
Pomyłki i pokrewne instytucje
W przypadku Kościuszki szczególną rolę odgrywa jeszcze jeden czynnik: istnienie instytucji, które łatwo pomylić z lożą. Po zakończeniu wojny o niepodległość oficerowie armii kontynentalnej utworzyli Stowarzyszenie Cyncynatów, organizację dziedziczną, skupiającą weteranów i ich potomków, z własnymi insygniami i zebraniami. Kościuszko został jego członkiem. Stowarzyszenie miało w sobie wiele elementów przypominających bractwo wolnomularskie: ceremoniał, symbolikę, poczucie elitarnej wspólnoty, a wśród jego członków było mnóstwo masonów. Dla późniejszych autorów granica między przynależnością do Cyncynatów a przynależnością do loży bywała nieostra.
Podobne pomyłki rodzą się z udziału w uroczystościach, które miały charakter wolnomularski albo zostały przez bractwo zorganizowane. W Stanach Zjednoczonych i we Francji loże często uczestniczyły w ceremoniach publicznych, wmurowaniu kamieni węgielnych, pogrzebach i obchodach rocznic. Obecność wybitnej postaci na takim wydarzeniu nie dowodzi jej członkostwa, lecz w relacjach prasowych i pamiętnikach mogła zostać tak odczytana. Także hołdy pośmiertne, jakie po jego śmierci w Solurze w 1817 roku oddawały mu najrozmaitsze środowiska, mogły być później odczytywane jako ślad przynależności, choć loże czciły w podobny sposób również ludzi spoza swoich szeregów.
Nie bez znaczenia jest wreszcie postawa samego Kościuszki. Był człowiekiem skromnym, niechętnym ostentacji, w listach skupionym na sprawach praktycznych, politycznych i osobistych. Nawet gdyby był wolnomularzem, mógł nie uważać tej przynależności za coś, o czym warto pisać. Brak wzmianek nie dowodzi więc, że członkiem nie był. Dowodzi jedynie, że z dostępnych źródeł nie da się tego rozstrzygnąć.
Pouczające jest porównanie z przypadkiem Thomasa Jeffersona, przyjaciela i powiernika Kościuszki. Również Jefferson bywa wymieniany w popularnych spisach sławnych wolnomularzy, choć historycy bractwa od dawna podkreślają, że brak jakichkolwiek dowodów jego inicjacji. Mechanizm jest identyczny: wybitna postać epoki rewolucyjnej, otoczona masonami, wyznająca ideały oświeceniowe, zostaje włączona do panteonu na mocy skojarzenia. Oba przypadki pokazują, że im bardziej postać jest symboliczna dla danej wspólnoty, tym silniejsza staje się pokusa, by uczynić z niej brata.
Ostrożność jako forma szacunku
Spór o masońskie członkostwo Kościuszki nie ma prostego rozwiązania i uczciwy historyk powinien to przyznać. Hipoteza o jego inicjacji, zwłaszcza w okresie amerykańskim, jest prawdopodobna, ale prawdopodobieństwo nie jest faktem. Twierdzenie, że był wolnomularzem, wymaga dokumentu, którego nie przedstawiono. Twierdzenie, że nim nie był, również wykracza poza to, co wiadomo. Co mogłoby spór rozstrzygnąć? Przede wszystkim dokument wytworzony w czasie, a nie po latach: wpis w rejestrze loży, protokół zebrania, w którym odnotowano przyjęcie, dyplom, list samego Kościuszki albo jego korespondenta wyraźnie wspominający o pracy w warsztacie. Takie źródła istnieją dla wielu jego współczesnych, dlatego ich brak w tym przypadku ma znaczenie. Nie można wykluczyć, że kiedyś odnajdą się w archiwach amerykańskich, francuskich albo polskich, ale dopóki to nie nastąpi, każda deklaracja pozostaje hipotezą. Pozostaje stan zawieszenia, który bywa trudny do przyjęcia zarówno dla entuzjastów bractwa, jak i dla jego przeciwników.
Ci drudzy także uczestniczą bowiem w budowaniu panteonów, tylko z odwrotnym znakiem. Antymasońska publicystyka chętnie przypisuje bractwu kolejne znane postacie, aby pokazać zasięg jego wpływów, i w tym celu korzysta z tych samych nieuzasadnionych list, które powstały w kręgach wolnomularskich. W rezultacie Kościuszko bywa przedstawiany jako mason przez tych, którzy chcą go uczcić, i przez tych, którzy chcą go oskarżyć, a obie strony opierają się na tej samej, wątłej podstawie.
Przypadek ten uczy szerszej lekcji metodologicznej. Wolnomularskie panteony, tak jak inne rodzaje panteonów, są tworami pamięci, a nie protokołami. Mówią więcej o potrzebach wspólnoty, która je tworzy, niż o faktach z życia czczonych osób. Bractwo, które w XIX i XX wieku często musiało bronić się przed zarzutami, potrzebowało wielkich nazwisk, aby pokazać, że skupia ludzi szlachetnych i zasłużonych. Narody potrzebowały bohaterów, którzy łączyliby różne tradycje. Kościuszko, bohater dwóch kontynentów i symbol wolności, idealnie spełniał obie potrzeby.
Najlepszym hołdem dla jego pamięci jest jednak ostrożność. Można podziwiać jego postawę, wskazywać na zbieżność jego wartości z ideałami bractwa, przypominać jego przyjaźnie z wybitnymi wolnomularzami. Nie należy natomiast przedstawiać jako pewnego tego, co pozostaje niepewne. Wolnomularstwo, które ceni prawdę i rzetelność poszukiwań, ma wszelkie powody, by tę ostrożność zachować również wobec własnej przeszłości.
