Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Wolnomularstwo

Herbata bostońska i legenda tawerny Green Dragon

Bostońska loża św. Andrzeja, zbierająca się w tawernie Green Dragon, skupiała Josepha Warrena, Paula Revere'a i innych przywódców oporu wobec Korony, ale jej księgi z grudnia 1773 roku mówią tylko o pustych zebraniach, a przekonanie, że to loża przygotowała zniszczenie herbaty, jest późniejszą legendą wyrosłą na prawdziwym, choć skromniejszym tle.

Tawerna Green Dragon przy Union Street w Bostonie, fotograficzna kopia ryciny Russella, 1898 – domena publiczna
Tawerna Green Dragon przy Union Street w Bostonie, fotograficzna kopia ryciny Russella, 1898 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Dom pod zielonym smokiem

Tawerna Green Dragon stała przy Union Street w Bostonie, w dzielnicy zamieszkanej przez rzemieślników, szkutników i drobnych kupców. Nazwę wzięła od szyldu, na którym widniał zielony smok wykuty w miedzi. W 1764 roku budynek kupiła loża św. Andrzeja, która spotykała się w nim już wcześniej, i odtąd była to jedna z niewielu nieruchomości w koloniach należących do masońskiego bractwa. Parter pozostał tawerną, a w sali na piętrze odbywały się zebrania lożowe; bywał tam zatem każdy, kto chciał zjeść, wypić i porozmawiać o sprawach miasta.

Loża św. Andrzeja otrzymała patent od Wielkiej Loży Szkocji i należała do nurtu, który w Bostonie stał w opozycji do starszej Wielkiej Loży św. Jana, związanej z Londynem. Różnica nie dotyczyła tylko jurysdykcji. Do loży św. Jana należeli w znacznej mierze kupcy, urzędnicy i ludzie bliscy administracji kolonialnej, wśród których z czasem wielu okazało się lojalistami. Loża św. Andrzeja przyjmowała raczej rzemieślników, lekarzy, drukarzy i kupców średniej rangi – ludzi, z których rekrutowała się bostońska opozycja wobec Parlamentu. Społeczny profil bractwa w tym przypadku w dużej mierze pokrywał się z profilem politycznym.

Do loży należeli ludzie, których nazwiska weszły do podręczników historii. Paul Revere, złotnik i grawer, został w niej przyjęty w 1760 roku i przez całe życie pozostał gorliwym wolnomularzem, a w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku stanął na czele wielkiej loży Massachusetts. Joseph Warren, młody lekarz i jeden z najbłyskotliwszych mówców bostońskich patriotów, wstąpił do loży w 1761 roku, a w 1769 roku otrzymał ze Szkocji nominację na wielkiego mistrza lóż w Bostonie i okolicy. Należał do niej także John Hancock, najbogatszy kupiec miasta i jeden z przywódców oporu. Trudno o bardziej wymowny skład osobowy dla organizacji, którą tradycja miała później uczynić kuźnią rewolucji.

Co mówią księgi loży

Najważniejszym źródłem do pytania o udział loży w wydarzeniach z grudnia 1773 roku są jej własne protokoły. Zachowane księgi zebrań przedstawiają obraz zaskakująco prozaiczny. Pod koniec listopada, gdy do portu zawinął pierwszy statek z herbatą Kompanii Wschodnioindyjskiej, zebranie loży zostało przerwane z powodu małej liczby obecnych. Sekretarz dopisał krótką uwagę, że czas braci zajęli odbiorcy herbaty, czyli sprawa kupców wyznaczonych do przyjęcia ładunku. Wpis z 16 grudnia, dnia, w którym herbata trafiła do wody, odnotowuje według przekazu ponownie, że lożę zamknięto z powodu nielicznej obecności i odłożono prace na następny wieczór. Na tej samej stronie widnieje duża, ozdobnie wypisana litera T, której znaczenie od dawna rozpala wyobraźnię czytelników.

Interpretacje tych wpisów rozchodzą się w dwóch kierunkach. Według jednej to najlepszy dowód, że bracia mieli tego wieczoru coś ważniejszego do zrobienia niż obrzęd i że byli zaangażowani w to, co działo się w porcie. Według drugiej wpisy dowodzą jedynie, że członkowie loży, jak całe miasto, byli pochłonięci kryzysem i uczestniczyli w wielkich zgromadzeniach w Old South Meeting House, a nie, że loża jako instytucja cokolwiek przygotowała. Obie lektury są możliwe, ale żadna nie wynika z samego tekstu. Protokoły milczą o tym, co bracia robili, gdy nie było ich w loży, a litera T może być równie dobrze żartem sekretarza, jak zaszyfrowanym znakiem.

Ważne jest też, czego w księgach nie ma. Nie ma w nich żadnej uchwały, planu, listy uczestników ani wzmianki o przebraniach. Loża, która formalnie zajmowała się sprawami bractwa, nie prowadziła zapisów działalności politycznej, a nawet gdyby jej członkowie spiskowali w sali na piętrze, nie mieliby powodu, by to dokumentować. Brak dowodu nie jest więc dowodem braku, ale nie upoważnia też do budowania na nim twierdzeń.

Ludzie, którzy nie podpisywali się nazwiskiem

Kłopot z rekonstrukcją wydarzeń z 16 grudnia 1773 roku wykracza zresztą poza masonerię. Uczestnicy zniszczenia ładunku, którzy przebrani częściowo za Indian Mohawków wtargnęli na statki i wyrzucili do wody kilkaset skrzyń herbaty, mieli wszelkie powody, by milczeć. Było to przestępstwo przeciwko własności, za które Korona mogła dochodzić kar, a w następnych latach nikt nie wiedział, czym zakończy się konflikt. Imiona większości z nich nie trafiły do żadnych dokumentów z epoki.

Listy uczestników zaczęto sporządzać dopiero kilkadziesiąt lat później, gdy ostatni z żyjących weteranów stali się bohaterami lokalnej pamięci. W 1835 roku ukazała się książka zbierająca wspomnienia jednego z nich i dołączająca do nich zestawienie nazwisk, które przekazała tradycja. Na takich listach znajdują się członkowie loży św. Andrzeja, ale także wielu ludzi, którzy do żadnej loży nie należeli. Statystyka sama w sobie niewiele mówi: w mieście tej wielkości, przy tak silnym nakładaniu się kręgów towarzyskich, obecność wolnomularzy wśród uczestników jest oczekiwana, a nie zaskakująca.

Warto też pamiętać, że przywódcy bostońskich patriotów działali w kilku nakładających się organizacjach. Istniały kluby polityczne zwane caucusami, w tym North End Caucus, istniały Synowie Wolności, komitet korespondencyjny i zgromadzenia mieszkańców. Wiele z tych grup spotykało się w tawernach, a Green Dragon była jedną z nich. Paul Revere w liście napisanym pod koniec XVIII wieku do historyka Jeremy'ego Belknapa wspominał, że w latach 1774–1775 około trzydziestu ludzi, głównie rzemieślników, zbierało się właśnie w tej tawernie, by śledzić ruchy brytyjskich żołnierzy i torysów. Jest to świadectwo z pierwszej ręki, ale dotyczy okresu późniejszego niż zniszczenie herbaty i nie mówi nic o loży jako takiej.

Narodziny legendy

Przekonanie, że to loża przygotowała zniszczenie herbaty, rozwinęło się w XIX wieku i wyrosło z kilku źródeł jednocześnie. Pierwszym była naturalna skłonność bractwa do wpisywania się w wielkie wydarzenia narodowe. Amerykańskie wolnomularstwo, które w latach antymasońskiej histerii musiało bronić swojej lojalności wobec republiki, chętnie podkreślało, że wielu jego członków stało u początków niepodległości. Rewolucyjni bohaterowie z loży św. Andrzeja byli tu argumentem bezcennym.

Drugim źródłem był sam budynek. Tawerna Green Dragon, w której zbierali się i bracia, i patrioci, stała się w pamięci miejscem jednym, choć w rzeczywistości mieściła różne zgromadzenia o różnym charakterze. Opinia przypisywana Danielowi Websterowi, że była to kwatera główna rewolucji, utrwalała tę zbitkę. Kiedy budynek przestał istnieć, a jego obraz przetrwał tylko na rysunkach i w opowieściach, łatwo było utożsamić całą tawernę z salą lożową na piętrze.

Trzecim źródłem była postać Josepha Warrena. Jego śmierć w bitwie pod Bunker Hill w czerwcu 1775 roku uczyniła go męczennikiem rewolucji, a fakt, że był wielkim mistrzem, sprawił, że masoneria przyjęła go jako swojego bohatera. W tej perspektywie logiczne wydawało się, że jeśli Warren kierował oporem, a zarazem kierował lożą, to loża kierowała oporem. Jest to jednak wniosek, który zastępuje związek osobowy związkiem instytucjonalnym.

Wreszcie legenda zyskała w XX wieku zupełnie inną postać, gdy podchwycili ją autorzy teorii spiskowych, przedstawiający rewolucję amerykańską jako dzieło tajnych stowarzyszeń. Te same wpisy w księdze loży, które dla masońskich historyków były powodem do dumy, dla autorów takich tez stały się dowodem zakulisowego sterowania historią. W obu przypadkach skąpe źródło musiało udźwignąć znacznie więcej, niż mogło.

Między źródłem a pamięcią

Oddzielenie źródeł od legendy nie wymaga przyjęcia skrajnego sceptycyzmu. Można bezpiecznie stwierdzić, że loża św. Andrzeja skupiała wielu bostońskich patriotów, że jej członkowie odgrywali kluczowe role w kryzysie 1773 roku, że tawerna, w której się zbierała, była miejscem spotkań także innych grup opozycyjnych, i że protokoły loży odzwierciedlają zamieszanie tych tygodni. Nie można natomiast stwierdzić, że loża jako instytucja podjęła decyzję o zniszczeniu herbaty, że jej zebranie było zasłoną dla akcji ani że uczestnicy działali na rozkaz wielkiego mistrza.

Taka różnica ma znaczenie wykraczające poza Boston. Pokazuje, że w osiemnastowiecznym mieście instytucje towarzyskie – loże, kluby, kościoły, milicje i tawerny – tworzyły gęstą sieć, w której ci sami ludzie występowali w różnych rolach. Loża była jednym z węzłów tej sieci, miejscem zaufania i rozmowy, w którym przyjaźnie mogły przerodzić się we współpracę polityczną. Sama jednak nie stawała się przez to organem rewolucji, a jej rytuał nie zamieniał się w plan działania.

Losy samego bractwa po rewolucji potwierdzają, że polityczne podziały nie przekładały się wprost na masońskie struktury. Wojna rozproszyła członków obu bostońskich wielkich lóż, część lojalistów z loży św. Jana opuściła miasto wraz z wojskami brytyjskimi, a nurt związany z Warrenem przetrwał jego śmierć pod nowym przywództwem. W 1792 roku obie wielkie loże połączyły się w jedną Wielką Lożę Massachusetts, a dawna rywalizacja między patentem szkockim a londyńskim straciła znaczenie. Gdyby loża św. Andrzeja była przede wszystkim komórką rewolucyjną, trudno byłoby wyjaśnić, dlaczego po zwycięstwie tak łatwo zjednoczyła się z bractwem, w którym niedawno zasiadali ludzie wierni Koronie. Łatwiej to zrozumieć, gdy przyjmie się, że dla jej członków wolnomularstwo i polityka pozostawały dziedzinami powiązanymi, ale odrębnymi.

Pamięć o Green Dragon przetrwała jako jeden z najtrwalszych obrazów amerykańskiego wolnomularstwa: zadymiona sala, ludzie w fartuchach, nazwiska z podręczników. Ten obraz nie jest fałszywy, lecz niepełny. Prawdziwa historia loży św. Andrzeja jest bowiem ciekawsza od legendy właśnie dlatego, że nie potrzebuje spisku, by pokazać, jak bractwo może współtworzyć klimat, w którym rodzą się wydarzenia. Litera T na marginesie protokołu pozostaje wymownym znakiem tej niepewności – świadectwem, że sekretarz wiedział, co dzieje się w mieście, i że nie zapisał nic więcej.