Ścisła Obserwa i legenda nieznanych zwierzchników
Ścisła Obserwa Karla Gotthelfa von Hunda zbudowała niemiecki zakon templariuszowskich stopni na przysiędze posłuszeństwa wobec nieznanych zwierzchników, a puste miejsce na szczycie, przyciągające kolejnych samozwańczych wysłanników, okazało się zarazem źródłem jej siły i przyczyną jej rozpadu.

Szlachcic z Górnych Łużyc
Karl Gotthelf von Hund und Altengrotkau urodził się w 1722 roku w rodzinie łużyckiej szlachty i większość życia spędził w swoich dobrach pod Löbau, z majątkiem Unwürde jako ośrodkiem. Do wolnomularstwa wstąpił na początku lat czterdziestych XVIII wieku, w okresie, gdy loże w krajach niemieckich dopiero się zakładały, a ich członkowie z zainteresowaniem śledzili paryską modę na stopnie „szkockie”, wyrastającą między innymi z mowy kawalera Ramsaya, której poświęcono osobny esej. Tyle można powiedzieć bez zastrzeżeń. Wszystko, co von Hund opowiadał o swoim przyjęciu do wyższego zakonu, należy już do innej kategorii źródeł: do świadectw, które on sam złożył po latach i których nikt nie zdołał sprawdzić.
Według jego relacji w 1743 roku, podczas pobytu w Paryżu, został przyjęty do zakonu templariuszy, który miał przetrwać kasatę z 1312 roku i stos Jakuba de Molay w ukryciu, przechowywany przez szkockich rycerzy. Ceremonii przewodniczył nieznany mu dostojnik, występujący pod zakonnym imieniem Eques a Penna Rubra, kawaler czerwonego pióra, a obecny miał być szkocki arystokrata lord Kilmarnock, zwolennik Stuartów stracony w 1746 roku po klęsce jakobickiego powstania. Von Hund otrzymał imię Eques ab Ense, kawaler miecza, i – jak twierdził – upoważnienie do szerzenia zakonu w Niemczech. W tym samym okresie przeszedł w Paryżu na katolicyzm, czego przez długi czas nie ujawniał w protestanckim otoczeniu. Kim był ów kawaler czerwonego pióra, nie wiadomo; sam von Hund dawał do zrozumienia, że stał za nim krąg jakobicki, a jego zwolennicy dopowiadali, że może chodzić o samego Karola Edwarda Stuarta. Brak jakiegokolwiek dokumentu z lat czterdziestych, który potwierdzałby tę opowieść, sprawia, że historycy traktują ją jako legendę założycielską, nie jako relację o zdarzeniu.
Ważniejsze od pytania o prawdziwość tej sceny jest to, co z niej wyrosło. Paryskie przyjęcie nie dawało von Hundowi tylko godności; dawało mu miejsce w hierarchii, której szczyt pozostawał niewidoczny. On sam był w niej przełożonym, ale zarazem podwładnym kogoś, kogo nie umiał lub nie chciał wskazać. Z tej podwójnej pozycji wyrosła cała późniejsza konstrukcja.
Zakon zbudowany na posłuszeństwie
Około 1751 roku von Hund utworzył w Kittlitz, w pobliżu swoich dóbr, pierwszą kapitułę, z której wyrósł system nazwany później Ścisłą Obserwą, Strikte Observanz. Nazwa była polemiczna. Ścisłe przestrzeganie reguły przeciwstawiano „luźnej obserwie”, lata observantia, jak określano zwykłe loże, pracujące według angielskich lub francuskich wzorów i nieuznające templariuszowskiego zwierzchnictwa. Język zapożyczono z dziejów zakonów kościelnych, w których obserwanci byli tymi, którzy wracali do pierwotnej surowości reguły. Wolnomularz przyjmujący nowy system miał więc poczucie, że nie zmienia obediencji, lecz nawraca się do prawdziwej postaci własnego bractwa.
Budowa systemu odpowiadała tej ambicji. Ponad trzema stopniami rzemieślniczymi i stopniem mistrza szkockiego znajdował się zakon wewnętrzny z nowicjatem i stopniem rycerskim, w którym kandydat składał przysięgę bezwarunkowego posłuszeństwa przełożonym. Rycerze otrzymywali łacińskie imiona zakonne, herby i dewizy, a Europę podzielono na prowincje odpowiadające dawnym prowincjom templariuszy. Ziemie północnoniemieckie tworzyły prowincję siódmą, nazywaną Dolnymi Niemcami, której mistrzem był von Hund. Loże wnosiły opłaty, rycerze płacili za przyjęcie, a zgromadzone fundusze miały w przyszłości posłużyć odzyskaniu dóbr i odbudowie zakonu w jego dawnej świetności.
Taka organizacja przyciągała arystokrację, oficerów i urzędników, dla których rycerski ceremoniał był bliższy niż mieszczańska kielnia. Nie bez znaczenia była też konkurencja. W latach sześćdziesiątych w Berlinie działał system wyższych stopni związany z pastorem Philippem Samuelem Rosą, również obiecujący templariuszowskie dziedzictwo, a w lożach krążyły dziesiątki rytuałów o niejasnym pochodzeniu. Ścisła Obserwa wygrywała z nimi dyscypliną i jednolitością: tam, gdzie inni oferowali kolejny stopień, ona oferowała porządek obejmujący całość.
Puste miejsce na szczycie
Przysięga posłuszeństwa miała jednak szczególny charakter. Członkowie zakonu wewnętrznego zobowiązywali się słuchać zwierzchników, których tożsamość pozostawała ukryta nawet przed nimi. Przez kilkanaście lat von Hund zapewniał, że kontakt z nimi zostanie odnowiony, że w stosownym czasie ujawnią się i przekażą najgłębsze tajemnice zakonu. Formuła „nieznanych zwierzchników”, unbekannte Obere, nie była więc dodatkiem do systemu, lecz jego zwornikiem. To ona tłumaczyła, dlaczego posłuszeństwo ma sens, dlaczego wyższe stopnie mają wartość i dlaczego nikt na ziemi nie może podważyć władzy prowincjonalnego mistrza.
Zarazem była to konstrukcja nietrwała. Posłuszeństwo wobec nieobecnych opiera się na obietnicy, że kiedyś staną się obecni, a każde odroczenie tej chwili osłabia zaufanie. Puste miejsce na szczycie działało też jak zaproszenie. Skoro nikt nie wiedział, kim są zwierzchnicy, każdy dostatecznie śmiały człowiek mógł oznajmić, że jest ich wysłannikiem, i trudno było go odprawić bez przyznania, że się samemu nic nie wie.
Pierwszy z takich przybyszów pojawił się na początku lat sześćdziesiątych. Występował jako Johnson, czasem jako baron von Johnson, a jego rzeczywiste nazwisko brzmiało najpewniej Johann Samuel Leucht. Podawał się za pełnomocnika szkockich przełożonych zakonu, utworzył własny krąg w Turyngii i domagał się uznania od lóż, które przyjęły templariuszowskie stopnie. Na zjeździe w Altenberga pod Jeną w 1764 roku von Hund przejął inicjatywę: zgromadzeni uznali jego zwierzchnictwo, a Johnson został wkrótce zdemaskowany jako awanturnik. Zatrzymany, zmarł w 1775 roku w zamku Wartburg, gdzie go więziono.
Epizod z Johnsonem wzmocnił von Hunda, ale nie rozwiązał problemu. Pokazał raczej, że odróżnienie prawdziwego wysłannika od fałszywego jest niemożliwe, dopóki nikt nie zna prawdziwego. Podobny scenariusz powtórzył się w połowie lat siedemdziesiątych, gdy Gottlieb von Gugomos ogłosił, że reprezentuje ukrytych przełożonych z siedzibą na Cyprze, i na zjeździe w Wiesbaden w 1776 roku próbował narzucić braciom własne zwierzchnictwo. Także on szybko stracił wiarygodność. Teolog Johann August Starck budował tymczasem krąg duchownych templariuszy, który przypisywał sobie posiadanie tajemnic niedostępnych rycerzom. Ta mnogość pretendentów nie była przypadkiem, lecz bezpośrednim skutkiem konstrukcji zakonu.
Książęta, długi i niecierpliwość
W latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych Ścisła Obserwa stała się najpotężniejszym systemem wolnomularskim w krajach niemieckich, z odgałęzieniami w Danii, Szwajcarii i we Francji. Akcesja kolejnych książąt podnosiła jej prestiż i zmieniała jej charakter. Na zjeździe w Kohlo na Łużycach w 1772 roku wielkim mistrzem wybrano księcia Ferdynanda Brunszwickiego, a von Hund zachował godność mistrza swojej prowincji, oddając jednak najwyższą władzę człowiekowi, który miał pozycję i autorytet, jakich łużycki szlachcic nigdy nie posiadał.
Równolegle rozwijano plan gospodarczy, który miał uczynić zakon samodzielnym i zamożnym. Jego twórcą był Johann Christian Schubart, rolnik i ekonomista, późniejszy zwolennik nowoczesnych upraw paszowych, który proponował gromadzenie kapitału i zakup majątków ziemskich na wzór dawnych komandorii. Plan przyniósł przede wszystkim kłopoty finansowe i spory o rozliczenia, a dla wielu członków stał się dowodem, że rycerska fikcja zaczyna kosztować więcej, niż daje.
Rosła też niecierpliwość. Bracia, którzy złożyli przysięgę posłuszeństwa i od lat płacili składki, chcieli wreszcie wiedzieć, komu są posłuszni i co otrzymają w zamian. Von Hund zmarł w Meiningen w 1776 roku, nie udzieliwszy odpowiedzi. Według przekazu pochowano go w kościele w Melrichstadt w stroju zakonnym templariusza, co dobrze oddaje jego wierność legendzie aż do końca. Czy sam wierzył w swoich zwierzchników, czy był ofiarą cudzej mistyfikacji, czy też świadomie podtrzymywał opowieść, której nie umiał już porzucić, pozostaje kwestią sporną. Badacze skłaniają się raczej ku obrazowi człowieka przekonanego o własnej misji niż cynicznego oszusta, ale źródła nie pozwalają tego rozstrzygnąć.
Ostateczne rozliczenie z legendą przyniósł konwent w Wilhelmsbadzie w 1782 roku, którego przebieg i uchwały omówiono w osobnym eseju. Dla dziejów samej idei nieznanych zwierzchników ważniejsze jest jednak to, co działo się poza obradami.
Wędrówka jednej figury
Ścisła Obserwa rozpadła się, ale wymyślona w niej figura przetrwała i zaczęła żyć własnym życiem. Już w latach siedemdziesiątych XVIII wieku Złoci Różokrzyżowcy, Gold- und Rosenkreuzer, działający w Niemczech i w monarchii habsburskiej, podporządkowali swoich członków ukrytym przełożonym, którzy mieli przekazywać alchemiczną i teozoficzną wiedzę przez kolejne kręgi. Iluminaci bawarscy, choć programowo wrodzy mistyce, wykorzystali tę samą technikę władzy: członek niższych klas nie wiedział, kto stoi nad jego bezpośrednim przełożonym. Figura okazała się neutralna wobec treści; mogła służyć zarówno alchemii, jak i oświeceniowej pedagogice.
W XIX i XX wieku motyw powrócił w nowych szatach. Mahatmowie Towarzystwa Teozoficznego, ukryci mistrzowie przekazujący nauki przez listy i wybranych pośredników, oraz „Tajni Przywódcy”, Secret Chiefs, na których powoływał się Hermetyczny Zakon Złotego Brzasku, odgrywali w tych wspólnotach rolę uderzająco podobną do roli zwierzchników von Hunda. Nie znaczy to, że istniała między nimi prosta ciągłość przekazu; znaczy raczej, że ezoteryczne stowarzyszenia nowoczesności wielokrotnie stawały wobec tego samego problemu i rozwiązywały go w ten sam sposób. Wspólnota, która obiecuje wiedzę przekraczającą wiedzę jej członków, potrzebuje źródła stojącego poza nimi, a źródło to musi pozostać niewidoczne, by nie dało się go zweryfikować.
Historia Ścisłej Obserwy pokazuje zarazem, gdzie leży słabość tego rozwiązania. Ukryty szczyt daje założycielowi władzę, ale odbiera mu możliwość jej przekazania: kiedy pytania stają się natarczywe, nie ma nikogo, kto mógłby na nie odpowiedzieć. Pusty tron przyciąga uzurpatorów, a każde ich zdemaskowanie podważa także prawowitych pośredników. Zakon von Hunda nie upadł dlatego, że ktoś udowodnił nieistnienie templariuszy, lecz dlatego, że jego członkowie przestali godzić się na posłuszeństwo bez twarzy.
Co zostało po kawalerze miecza
Dziedzictwo Ścisłej Obserwy jest jednak szersze niż jej kryzys. To ona upowszechniła w niemieckim wolnomularstwie myśl, że loża symboliczna jest tylko przedsionkiem, a prawdziwe wtajemniczenie zaczyna się wyżej, w zakonie wewnętrznym o rycerskim charakterze. Z jej francuskich prowincji wyrósł lyoński Rektyfikowany Ryt Szkocki, omówiony osobno, który zachował strukturę zakonu wewnętrznego, nadając jej chrześcijańsko-teozoficzną treść. Imiona zakonne, podział na prowincje i nowicjat przetrwały w nim jako forma, choć zabrakło już templariuszowskiej genealogii.
Pozostało też doświadczenie, które warto nazwać wprost. Pokolenie wolnomularzy, które przez trzy dekady czekało na objawienie zwierzchników, nauczyło się, że tajemnica może być zarówno źródłem sensu, jak i narzędziem władzy, i że granica między nimi bywa niewidoczna dla samych zainteresowanych. Późniejsze reformy, od hamburskiego powrotu do prostoty po filozoficzne dialogi Lessinga o istocie bractwa, były w znacznej mierze odpowiedzią na to doświadczenie. Kawaler miecza nie zostawił po sobie dowodów na istnienie ukrytych templariuszy, ale zostawił pytanie, które każde stowarzyszenie inicjacyjne musi sobie postawić: komu właściwie przysięga posłuszeństwo i czy ten ktoś może kiedykolwiek stanąć przed nim twarzą w twarz.
