Elizabeth Aldworth i legenda Lady Freemason
Opowieść o Elizabeth Aldworth, córce wicehrabiego Doneraile, która miała przypadkiem podpatrzyć obrzęd w domu ojca i zostać przyjęta do loży, choć oparta na późnych i niespójnych źródłach, pokazuje, w jaki sposób męska kultura masońska oswajała obecność kobiety: jako wyjątek wymuszony okolicznościami, a nie precedens.

Dom w hrabstwie Cork
Doneraile leży w północnej części hrabstwa Cork, w okolicy, w której na początku XVIII wieku osiedliła się protestancka rodzina St Legerów. Arthur St Leger, pierwszy wicehrabia Doneraile, był człowiekiem zamożnym i wpływowym, a jego rezydencja, Doneraile Court, należała do większych siedzib ziemiańskich w Munsterze. Według tradycji on i jego synowie byli wolnomularzami i gościli lożę we własnym domu. Taki zwyczaj nie był niczym wyjątkowym: w Irlandii i Anglii początku stulecia loże zbierały się często w gospodach, ale także w domach możnych braci, którzy dysponowali odpowiednio obszernymi pomieszczeniami.
Córka wicehrabiego, Elizabeth, urodziła się w ostatniej dekadzie XVII wieku; podawane w literaturze daty jej urodzenia wahają się między 1693 a 1695 rokiem. W 1713 roku poślubiła Richarda Aldwortha z Newmarket w tym samym hrabstwie i pod jego nazwiskiem przeszła do historii. Zmarła w 1773 roku, w podeszłym wieku, jako szanowana matrona miejscowej społeczności. Na tym kończą się fakty, które można uznać za dobrze potwierdzone. Wszystko, co uczyniło ją sławną, należy do sfery opowieści.
Opowieść o szczelinie w ścianie
Legenda, w kształcie przekazywanym przez irlandzkich i angielskich autorów XIX wieku, brzmi mniej więcej tak. Pewnego wieczoru, gdy w domu zbierała się loża, młoda Elizabeth znalazła się w pokoju przylegającym do sali, w której pracowali bracia. W niektórych wersjach zasnęła w bibliotece i obudziła się, słysząc głosy; w innych celowo ukryła się, by zaspokoić ciekawość. W ścianie, rozbieranej akurat z powodu przebudowy, znajdowała się szczelina, przez którą mogła oglądać przebieg obrzędu. Gdy zrozumiała, czego jest świadkiem, próbowała się wymknąć, ale natknęła się na brata pełniącego straż przy drzwiach albo została zauważona przez domowników.
Wówczas – ciągnie opowieść – członkowie loży znaleźli się w kłopotliwym położeniu. Kobieta znała tajemnice, których żaden profan nie powinien poznać. Nie można było wymazać jej wiedzy ani zmusić jej do milczenia bez zobowiązania, które wolnomularze uznawali za wiążące. Po naradzie, w której według niektórych wersji padały propozycje surowe, a decydujący głos miał należeć do jej ojca lub braci, postanowiono przyjąć ją do bractwa. Elizabeth przeszła obrzęd, złożyła przysięgę i odtąd była uważana za wolnomularkę. Wersje różnią się co do tego, czy otrzymała tylko pierwszy stopień, czy także dalsze.
Późniejsze relacje dodają szczegóły z jej dalszego życia. Miała zachować przywiązanie do bractwa, uczestniczyć w imprezach dobroczynnych organizowanych przez miejscowe loże i nosić przy takich okazjach fartuch. W zbiorach masońskich w Irlandii pokazywano przedmioty przypisywane jej, a jej portret, na którym widnieje masoński fartuch, bywa reprodukowany w literaturze. Wiele z tych dopowiedzeń ma charakter hagiograficzny i trudno ustalić, które opierają się na jakimkolwiek zapisie z epoki.
Kłopot z datami i źródłami
Historycy wolnomularstwa, także irlandzcy, od dawna zwracają uwagę na słabość podstaw tej opowieści. Najwcześniejsze drukowane relacje pochodzą z początku XIX wieku, a więc z czasów, gdy bohaterka nie żyła od dziesięcioleci. Nie znamy protokołu loży, listu ani pamiętnika z jej epoki, które opisywałyby wydarzenie. Relacje późniejsze opierają się na przekazie rodzinnym i miejscowym, co samo w sobie nie przekreśla ich wartości, ale każe traktować szczegóły z wielką ostrożnością.
Jeszcze poważniejszy jest kłopot z chronologią. Jeśli Elizabeth wyszła za mąż w 1713 roku, a opowieść przedstawia ją jako pannę mieszkającą w domu ojca, wydarzenie musiałoby nastąpić przed tą datą, gdy miała kilkanaście lat. Oznaczałoby to, że loża w Doneraile pracowała przed powstaniem jakiejkolwiek wielkiej loży, zarówno w Londynie, jak i w Dublinie, co samo w sobie nie jest niemożliwe, ale umieszcza historię w okresie bardzo słabo udokumentowanym. Niektórzy autorzy przesuwali wydarzenie na później, zakładając, że przebywała w domu ojca jako zamężna kobieta, inni łączyli je z konkretną lożą o numerze nadanym dopiero w latach 30. XVIII wieku. Każde z tych rozwiązań rozwiązuje jedną trudność, tworząc inną.
Wątpliwości dotyczą także samego obrzędu. Jeśli wydarzenie miało miejsce w pierwszych latach stulecia, trudno mówić o stopniu mistrzowskim w kształcie znanym później, który w tym okresie dopiero się formował. Opowieść, opisując inicjację w kategoriach rytuału z XIX wieku, rzutuje wstecz późniejszy porządek. To nie dowodzi, że nic się nie wydarzyło, ale pokazuje, że kształt, w jakim historię znamy, jest dziełem późniejszych narratorów.
Wyjątek, który potwierdza regułę
Ciekawsze od pytania o prawdziwość jest jednak pytanie o funkcję. Dlaczego ta właśnie opowieść stała się tak popularna w lożach XIX wieku, w czasach, gdy angloamerykańskie wolnomularstwo konsekwentnie odmawiało kobietom członkostwa? Konstytucje Andersona z 1723 roku wykluczały je wyraźnie, a w późniejszych regulacjach zasada ta nie budziła w świecie anglosaskim poważniejszych wątpliwości. Trzeci z „obowiązków” zamieszczonych w tym tekście stanowi, że członkami loży mogą być ludzie dobrzy i prawi, wolno urodzeni, w dojrzałym i rozważnym wieku, „żadni niewolnicy, żadne kobiety, żadni ludzie niemoralni lub gorszący”. Sformułowanie zestawia kobiety z kategoriami osób uznanych za niezdolne do złożenia wiążącego zobowiązania, co odpowiadało prawnym i obyczajowym wyobrażeniom epoki, w której zamężna kobieta w znacznej mierze nie rozporządzała sama sobą. Historia Elizabeth Aldworth nie podważała jej, lecz paradoksalnie umacniała.
Warto przy tym pamiętać, że dawne cechy budowlane nie zawsze były równie kategoryczne. W niektórych średniowiecznych i wczesnonowożytnych dokumentach cechowych w Anglii i Szkocji wdowy po mistrzach mogły prowadzić warsztat zmarłego męża, a pojedyncze wzmianki mówią o kobietach w rejestrach członków. Dla wolnomularstwa spekulatywnego, które budowało swoją tożsamość na wzorach towarzyskich klubów dżentelmenów, te precedensy nie miały jednak znaczenia. Wykluczenie było w nim zasadą od samego początku, a opowieść z Doneraile musiała się z tą zasadą zmierzyć.
Kluczowe jest to, w jaki sposób opowieść przedstawia przyjęcie kobiety. Nie było ono aktem zasady ani wyborem kandydatki ze względu na jej zalety, lecz wyjściem z przymusowej sytuacji. Kobieta nie zapukała do drzwi loży; została w niej znaleziona. Bracia nie zaprosili jej, lecz musieli zdecydować, co zrobić z kimś, kto poznał ich tajemnice. Inicjacja była więc przede wszystkim sposobem na zabezpieczenie sekretu, a dopiero w drugiej kolejności uznaniem osoby. W tak ułożonej opowieści nie ma miejsca na precedens: nikt nie mógłby powołać się na Elizabeth Aldworth, by domagać się przyjęcia innej kobiety, bo jej przypadek był z definicji niepowtarzalny.
Znaczenie miało też jej pochodzenie. Była córką arystokraty, w którego domu zbierała się loża, a więc w pewnym sensie należała do rodziny bractwa, zanim do niego weszła. Decyzję o jej przyjęciu mieli podjąć ojciec i bracia, co sprawiało, że całe zdarzenie rozgrywało się w obrębie męskiej władzy rodzinnej. Kobieta nie zdobywała miejsca w loży sama, lecz otrzymywała je od mężczyzn, którzy mieli prawo o tym decydować. Opowieść oswajała więc wyjątek, umieszczając go w porządku, który pozostawał nienaruszony.
Wreszcie późniejsze życie bohaterki, w wersji przekazywanej przez tradycję, było całkowicie zgodne z rolą, jaką XIX-wieczna kultura przewidywała dla kobiet związanych z bractwem. Nie przewodniczyła loży ani nie prowadziła prac, lecz patronowała dobroczynności, zachowywała dyskrecję i występowała publicznie tylko przy okazjach, w których obecność dam była stosowna. Lady Freemason była w tej narracji wzorem kobiety, która zna tajemnicę, ale jej nie nadużywa.
Inne kobiety i inne rozwiązania
Elizabeth Aldworth nie jest jedyną kobietą, której przypisuje się przyjęcie do regularnej loży męskiej. W 1875 roku w Królestwie Węgier loża w Ungvárze przyjęła hrabinę Helenę Hadik-Barkóczy, co spotkało się ze stanowczą reakcją Wielkiego Wschodu Węgier: inicjację uznano za nieważną, a loża poniosła konsekwencje. Przypadek węgierski różni się od irlandzkiego w sposób znamienny. Hrabina została przyjęta świadomie, na podstawie decyzji loży, i właśnie dlatego jej inicjacja stała się problemem instytucjonalnym. Opowieść z Doneraile pozwalała tego problemu uniknąć, bo przedstawiała przyjęcie jako konieczność, nie jako wybór.
Inne rozwiązania, które bractwo stworzyło dla obecności kobiet, rozwijały się równolegle i mają własną historię, której nie trzeba tu powtarzać. Ważne jest tylko to, że legenda irlandzka zajmowała wśród nich szczególne miejsce. Nie proponowała osobnej struktury ani osobnego obrzędu, lecz opowiadała o jednej kobiecie, która znalazła się po właściwej stronie drzwi, i zamykała temat, zanim zdążył się otworzyć.
Lady Freemason jako postać pamięci
Dziś Elizabeth Aldworth jest postacią chętnie przypominaną zarówno w lożach męskich, jak i w organizacjach przyjmujących kobiety, choć każda z tych stron odczytuje jej historię inaczej. Dla jednych jest pamiątką osobliwego epizodu z dziejów irlandzkiego bractwa, dowodem jego dawności i przywiązania do tajemnicy. Dla drugich jest pierwszą kobietą wolnomularką i świadectwem, że wykluczenie nie było tak absolutne, jak głosiły konstytucje.
Historyk nie musi rozstrzygać między tymi odczytaniami, ale może pokazać, jak zostały skonstruowane. Opowieść z Doneraile, przekazana przez autorów XIX wieku na podstawie wspomnień rodzinnych i miejscowych, mówi mniej o tym, co wydarzyło się na początku XVIII wieku, a więcej o tym, jak bractwo w epoce wiktoriańskiej chciało myśleć o kobietach. Mogły one znać tajemnicę, ale tylko przypadkiem; mogły zostać przyjęte, ale tylko w drodze wyjątku; mogły należeć do loży, ale wyłącznie w ramach porządku ustanowionego przez ojców i braci. Szczelina w ścianie, przez którą miała patrzeć młoda Elizabeth, jest w tym sensie trafnym obrazem całej legendy: przez nią widać więcej o tych, którzy byli w środku, niż o tej, która patrzyła.
