Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Wolnomularstwo

Benjamin Franklin i Konstytucje wydane w Filadelfii

Benjamin Franklin wszedł do filadelfijskiego wolnomularstwa jako młody drukarz, który najpierw o nim drwił, a potem uczynił z niego część swojej sieci obywatelskich stowarzyszeń: wydrukował pierwszą amerykańską książkę masońską, został wielkim mistrzem Pensylwanii i bronił bractwa w chwili skandalu, który mógł je w kolonii skompromitować.

Tablica symboliczna, Altona 1785
Tablica symboliczna, Altona 1785

Drukarz, który zaczął od kpiny

Pierwsze ślady zainteresowania Franklina wolnomularstwem nie są wcale przyjazne. W grudniu 1730 roku jego „Pennsylvania Gazette”, którą prowadził od niespełna roku, odnotowała, że w prowincji powstało kilka lóż wolnomularskich, a następnie przedrukowała tekst podający się za ujawnienie ich sekretów. Ton publikacji był ironiczny: oto stowarzyszenie, które otacza się tajemnicą, a którego tajemnice mieszczą się na jednej kolumnie gazety. Dla dwudziestoczteroletniego wydawcy była to przede wszystkim dobra lektura dla czytelników, ciekawych tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami tawern.

Kilka tygodni później, zapewne w lutym 1731 roku, Franklin sam został przyjęty do loży św. Jana w Filadelfii. Jej rejestr rachunkowy, jeden z najstarszych zachowanych dokumentów masońskich w Ameryce, notuje jego wpłaty od tego roku. Nie wiadomo dokładnie, co skłoniło go do zmiany zdania, ale nietrudno odgadnąć ogólny kierunek. Loża skupiała ludzi, których Franklin znał i których potrzebował: kupców, rzemieślników, urzędników prowincji. Była kolejną formą tego samego życia towarzyskiego, które budował od kilku lat w klubie dyskusyjnym Junto i w zakładanej właśnie bibliotece subskrypcyjnej. Tajemnica, z której kpił, okazała się dla niego mniej ważna niż wspólnota, którą otaczała.

Wejście do bractwa nie oznaczało porzucenia ironii. Franklin przez całe życie zachował dystans wobec ceremonii, przesądów i metafizycznych spekulacji, a jego religijność była religijnością praktyczną, skupioną na cnocie i pożytku. Wolnomularstwo, jakie znał w Filadelfii lat trzydziestych, dobrze się do tej postawy nadawało. Było stowarzyszeniem towarzyskim i dobroczynnym, opartym na kilku symbolicznych stopniach, otwartym dla ludzi różnych wyznań protestanckich, i nie obiecywało nikomu tajemnej wiedzy.

Od czeladnika do wielkiego mistrza

Kariera Franklina w bractwie była szybka. W 1732 roku uczestniczył w opracowaniu regulaminu swojej loży i został wybrany na jednego z dozorców wielkiej loży, którą filadelfijscy bracia utworzyli dla całej prowincji. W czerwcu 1734 roku, w dzień świętego Jana, wybrano go wielkim mistrzem Pensylwanii. Miał wówczas dwadzieścia osiem lat, był właścicielem dobrze prosperującej drukarni, wydawcą najpopularniejszego almanachu kolonii i stopniowo jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci miasta.

Warto zauważyć, że niemal wszystko, co wiemy o pensylwańskim bractwie tych lat, wiemy dzięki gazecie Franklina. To w niej ukazywały się krótkie wzmianki o obchodach dnia świętego Jana, o wyborach wielkiej loży i o biesiadach, którymi bracia kończyli doroczne zebrania. Wydawca był zarazem członkiem i kronikarzem wspólnoty, co dawało mu władzę nad jej publicznym obrazem. Loża, która w 1730 roku była na łamach gazety przedmiotem drwiny, kilka lat później występowała w niej jako szacowne towarzystwo miejskich notabli. Zmiana tonu nie była przypadkiem, lecz świadomym budowaniem reputacji instytucji, do której należał sam autor tych notatek.

Godność ta miała wymiar raczej organizacyjny niż ceremonialny. Pensylwańska wielka loża była niewielka i działała bez jasnego umocowania ze strony Wielkiej Loży w Londynie. Jesienią 1734 roku Franklin napisał do Henry'ego Price'a w Bostonie, który otrzymał z Anglii upoważnienie do kierowania lożami w Nowej Anglii i, jak głosiły pogłoski, w całej Ameryce Północnej. Prosił o potwierdzenie uprawnień filadelfijskich braci i o uregulowanie ich statusu, tłumacząc, że w przeciwnym razie mogą powstać spory o pierwszeństwo. Listy te są ciekawym dokumentem kolonialnej dyplomacji masońskiej: pokazują, że już w latach trzydziestych bractwo w Ameryce potrzebowało legitymacji z metropolii i że Franklin rozumiał, jak bardzo zależy od niej jego wiarygodność.

Kolejne dziesięciolecia przyniosły dalsze zmiany. W 1749 roku Thomas Oxnard, następca Price'a w Bostonie, mianował Franklina prowincjonalnym wielkim mistrzem Pensylwanii, ale już w następnym roku godność tę objął William Allen, wpływowy kupiec i sędzia, który uzyskał nominację bezpośrednio z Londynu. Franklin przyjął rolę zastępcy, nie wchodząc w spór. Wolnomularstwo było dla niego ważne, lecz nie na tyle, by walczyć o pierwsze miejsce, gdy rzeczywiste ambicje kierowały się ku nauce, polityce kolonialnej i sprawom publicznym miasta.

Konstytucje spod prasy przy Market Street

W 1734 roku z drukarni Franklina wyszła książka, która zapewniła mu stałe miejsce w historii amerykańskiej masonerii: przedruk londyńskich Konstytucji z 1723 roku, pierwsza książka masońska wydana na kontynencie amerykańskim. Treść i znaczenie samego dzieła są osobnym tematem. Dla dziejów Franklina ważne jest coś innego: decyzja, by z prywatnego tekstu, krążącego w lożach w kilku londyńskich egzemplarzach, uczynić drukowaną książkę dostępną w koloniach.

Franklin działał tu jak drukarz i przedsiębiorca. Zapowiedział wydanie w swojej gazecie, sprzedawał egzemplarze w Filadelfii i wysyłał je do innych kolonii, między innymi do Bostonu, gdzie loże Price'a miały z nich korzystać. Książka była więc jednocześnie produktem handlowym, narzędziem jednolitego rytuału i środkiem budowania sieci. Każdy egzemplarz wysłany do innej kolonii łączył lożę z Filadelfią i z jej drukarzem, a dzięki temu wolnomularstwo kolonialne zaczynało mówić jednym językiem i powoływać się na ten sam tekst.

Z perspektywy dziejów druku wydanie to jest skromne. Z perspektywy historii stowarzyszeń jest bardzo wymowne. Franklin zrozumiał wcześnie, że instytucja istnieje dopiero wtedy, gdy ma swój tekst, że regulamin wydrukowany ma inną władzę niż regulamin przepisywany ręcznie, i że wspólnota rozproszona po kontynencie potrzebuje wspólnej książki. To samo przekonanie leżało u podstaw jego działalności wydawniczej w ogóle: od almanachu po gazetę, od biblioteki po towarzystwo filozoficzne, Franklin budował społeczeństwo obywatelskie przez druk.

Śmierć Daniela Reesa i obrona bractwa

W czerwcu 1737 roku Filadelfię wstrząsnął skandal, który na długo związał imię Franklina z publicznymi oskarżeniami wobec masonerii. Młody czeladnik apteczny Daniel Rees, który chciał zostać wolnomularzem, padł ofiarą okrutnego żartu grupy mężczyzn, w tym swego pracodawcy, niebędących członkami żadnej loży. Udając rytuał przyjęcia, poddali go upokarzającym próbom, a podczas jednej z nich oblali go płonącym trunkiem. Rees zmarł od poparzeń, a sprawcy stanęli przed sądem.

Franklin, który znał uczestników i według niektórych relacji widział wcześniejszy etap tych żartów, został w prasie konkurencyjnej oskarżony o współudział lub co najmniej o pobłażliwość. Bronił się w swojej gazecie, opisując przebieg wydarzeń i podkreślając, że ani on, ani loża nie mieli z tym nic wspólnego. Sprawa trafiła nawet do Bostonu, gdzie dowiedzieli się o niej jego rodzice. W kwietniu 1738 roku Franklin napisał do nich list, który do dziś bywa przytaczany w historii bractwa: zapewniał matkę, że wolnomularze są ludźmi nieszkodliwymi, że nie mają zasad ani praktyk sprzecznych z religią i dobrymi obyczajami, i prosił, by nie osądzała ich, zanim ich pozna.

Ten epizod pokazuje, że kolonialna masoneria nie była od początku powszechnie szanowaną instytucją. Tajemniczość budziła podejrzenia, a fałszywe przyjęcia, parodie i drwiny z obrzędów stanowiły częsty element życia tawern. Franklin, broniąc bractwa, bronił jednocześnie siebie i całego modelu stowarzyszenia, w którym wybrani obywatele spotykają się prywatnie dla dobra publicznego.

Pierwszy dom bractwa i wieczór w Paryżu

W czerwcu 1755 roku Franklin wziął udział w uroczystym poświęceniu budynku nazwanego Freemasons' Lodge, uważanego za pierwszy w Ameryce gmach wzniesiony specjalnie na potrzeby wolnomularzy. Procesja braci w fartuchach przeszła przez miasto, a w kościele wygłoszono kazanie. Był to moment, w którym filadelfijskie bractwo, niegdyś przedmiot kpin i skandali, pokazało się mieszkańcom jako instytucja stała, zamożna i godna. Franklin, wówczas już uczony znany w Europie z badań nad elektrycznością, był w tym obrazie postacią niezbędną.

Niedługo potem wyjechał do Londynu jako przedstawiciel kolonii i przez kolejne dziesięciolecia jego życie toczyło się głównie za oceanem. Tymczasem w Filadelfii, jak w wielu innych miejscach, przewagę zdobyły loże związane z nurtem zwanym Ancients, a środowisko, w którym Franklin wyrósł, straciło na znaczeniu. Jego związek z amerykańską masonerią przeszedł z dziedziny praktyki w dziedzinę pamięci.

Ostatni masoński rozdział biografii Franklina rozegrał się w Paryżu, gdzie jako poseł amerykański wstąpił do loży Les Neuf Sœurs i w 1779 roku został jej czcigodnym mistrzem. Paryska loża była salonem literatów i uczonych, miejscem zupełnie innym niż filadelfijska tawerna z lat trzydziestych. Dla Franklina był to jednak ciąg dalszy tej samej drogi: wolnomularstwo było dla niego zawsze formą towarzyskości, w której spotkania ludzi o podobnych przekonaniach mogły służyć sprawom szerszym niż oni sami.

Obywatel w fartuchu

Rola Franklina w kolonialnych lożach jest często przesłaniana przez jego późniejszą sławę naukowca i męża stanu. Gdy jednak przyjrzeć się jej z bliska, staje się jasne, że wolnomularstwo nie było dla niego przygodą ani sprawą duchową, lecz jednym z elementów wielkiego przedsięwzięcia, które realizował przez całe życie. Chciał, by w koloniach powstało społeczeństwo zdolne do samoorganizacji: z bibliotekami, szpitalami, strażą pożarną, uczelnią i towarzystwem naukowym. Loża wpisywała się w ten zamysł jako miejsce, gdzie przyszli obywatele uczą się wspólnych reguł, solidarności i publicznego występowania.

Wydrukowanie Konstytucji, staranie o legitymację z Londynu, obrona bractwa w chwili skandalu i udział w poświęceniu pierwszego masońskiego gmachu składają się na spójny obraz. Franklin nie przekształcił wolnomularstwa w doktrynę, nie wprowadził do niego nowych stopni ani symboli. Nadał mu natomiast w Ameryce formę instytucji obywatelskiej, osadzonej w druku, w prawie i w życiu miasta – i to właśnie, bardziej niż jakiekolwiek wtajemniczenie, było jego wkładem do dziejów bractwa po drugiej stronie Atlantyku.