Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Wolnomularstwo

Wolnomularze w III Rzeszy i grabież archiwów lóż

Likwidacja niemieckich lóż w latach 1933–1935 była nie tylko aktem represji wobec stowarzyszenia uznanego za wroga światopoglądowego, lecz także początkiem wielkiej operacji archiwalnej, w której SD i RSHA zagarnęły akta, biblioteki i rytuały, a ich późniejsze losy splotły się z historią radzieckich trofeów wojennych.

Stanisław August Poniatowski, portret z 1797 roku
Stanisław August Poniatowski, portret z 1797 roku

Stowarzyszenie, które próbowało się dostosować

Gdy w styczniu 1933 roku Hitler obejmował urząd kanclerza, niemieckie wolnomularstwo nie stanowiło jednego ciała. Trzy staropruskie wielkie loże – Wielka Narodowa Loża Macierzysta „Pod Trzema Globami”, Wielka Krajowa Loża Wolnomularzy Niemiec i Wielka Loża „Royal York pod Przyjaźnią” – od dawna miały charakter chrześcijański, narodowy i konserwatywny, a część z nich nie przyjmowała Żydów. Obok nich istniały tak zwane loże humanitarne, związane z tradycją oświeceniowego kosmopolityzmu, takie jak Wielka Loża w Hamburgu czy Wielka Loża „Pod Słońcem” w Bayreuth. Ta różnorodność okazała się bez znaczenia dla nowej władzy, która w propagandzie od lat stawiała znak równości między masonerią, liberalizmem, Żydami i międzynarodowym spiskiem.

Wrogość ta nie narodziła się w 1933 roku. Już po klęsce 1918 roku w prawicowych środowiskach niemieckich krążyła legenda, według której wolnomularze mieli współodpowiadać za wybuch wojny i za rewolucję, a w latach dwudziestych generał Erich Ludendorff wraz z żoną Mathilde publikował broszury przedstawiające loże jako narzędzie obcych sił. Antymasońskie wątki obecne były również w pismach Alfreda Rosenberga, przyszłego głównego ideologa partii. Kiedy więc nowa władza sięgnęła po instrumenty państwa, miała gotowy język, w którym loża była nie tyle prywatnym stowarzyszeniem, ile ośrodkiem spisku wymagającym zdemaskowania. Ten język tłumaczy, dlaczego tak wielką wagę przywiązywano do zdobycia dokumentów: miały one dostarczyć dowodów na tezę, którą przyjęto wcześniej, niż ktokolwiek je przeczytał.

Pierwsza reakcja części lóż polegała na próbie przetrwania przez upodobnienie się do otoczenia. Staropruskie obediencje zmieniały nazwy na „niemiecko-chrześcijańskie zakony”, porzucały słowo „loża”, usuwały z rytuałów elementy uznane za obce, w tym odwołania do Starego Testamentu, i deklarowały lojalność wobec państwa. Loże humanitarne w większości same ogłaszały rozwiązanie albo przenosiły się za granicę; Symboliczna Wielka Loża Niemiec przeniosła swoją siedzibę na emigrację. Przystosowanie nie przyniosło jednak ochrony. Partia uznała członkostwo w lożach za niezgodne z przynależnością do NSDAP, a byłym wolnomularzom zamykano drogę do urzędów i funkcji partyjnych.

Ostateczny cios przyszedł w 1935 roku. Dekret ministra spraw wewnętrznych Rzeszy Wilhelma Fricka z sierpnia tego roku zakończył formalne istnienie pozostałych organizacji wolnomularskich, a majątek lóż – budynki, sprzęty, kasy i zbiory – przechodził pod kontrolę państwa. Rozwiązanie miało więc dwa oblicza: prawne, odbierające ludziom możliwość zgromadzeń, i materialne, które wydawało w ręce policji politycznej to, co loże gromadziły przez blisko dwa stulecia.

Służba Bezpieczeństwa jako archiwista wroga

Wolnomularstwo zajmowało w strukturze Sicherheitsdienst osobne miejsce. W ramach SD utworzono referat zajmujący się lożami, a jego pracownicy kompletowali kartoteki członków, gromadzili rytuały, odznaki i korespondencję, przygotowywali opracowania i wystawy. W tym referacie stawiał pierwsze kroki w aparacie bezpieczeństwa Adolf Eichmann, zanim przeszedł do spraw żydowskich; szczegół ten pokazuje, jak blisko w myśleniu tej instytucji leżały oba „problemy”. Archiwum loży traktowano jako materiał dowodowy, a zarazem jako źródło do „badań”, które miały naukowo potwierdzić z góry przyjętą tezę o tajnym oddziaływaniu masonerii na politykę.

Po utworzeniu w 1939 roku Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) zbiory te znalazły się w gestii Urzędu VII, odpowiedzialnego za „badania i ocenę światopoglądową”. Urząd ten gromadził nie tylko materiały masońskie, lecz także księgozbiory żydowskie, kościelne, socjalistyczne i okultystyczne. Logika była spójna: wróg ideologiczny miał zostać poznany, opisany i przedstawiony opinii publicznej, a jego biblioteki stawały się zapleczem dla przyszłej propagandy i szkoleń. Paradoksalnie właśnie ta biurokratyczna gorliwość sprawiła, że wiele akt nie zostało zniszczonych, lecz troskliwie skatalogowanych.

Zawartość przejmowanych zbiorów była zresztą o wiele bardziej prozaiczna, niż sugerowała propaganda. Archiwa lóż składały się w przeważającej części z ksiąg protokołów, list obecności, rachunków, korespondencji z wielką lożą, mów okolicznościowych, programów uroczystości dobroczynnych i drukowanych rytuałów. Obok nich znajdowały się biblioteki, nierzadko bogate w literaturę oświeceniową, historyczną i ezoteryczną, a także przedmioty obrzędowe: fartuchy, szarfy, klejnoty urzędników, kielichy, świeczniki i tablice. Funkcjonariusze, którzy szukali w tych zbiorach śladów politycznego sprzysiężenia, natrafiali głównie na zapis życia towarzyskiego mieszczaństwa i jego moralnych aspiracji. Nie przeszkadzało to jednak w wykorzystywaniu wybranych fragmentów, wyrwanych z kontekstu, jako rzekomych dowodów.

W ten sposób powstawał szczególny gatunek piśmiennictwa: opracowania i broszury, które cytowały autentyczne rytuały, ale objaśniały je w duchu spiskowym. Formuły przysiąg, symbole śmierci obecne w obrzędach czy hierarchia stopni pojawiały się w nich jako znaki tajnej władzy. Ten mechanizm interpretacyjny – prawdziwy dokument, fałszywy klucz – jest dla historyka cenną lekcją, ponieważ powtarzał się w wielu późniejszych kampaniach przeciwko wolnomularstwu.

Wraz z wojną zasięg grabieży wyszedł daleko poza Niemcy. Po zajęciu Austrii, Czechosłowacji, Polski, Holandii, Belgii i Francji zabierano archiwa tamtejszych obediencji, często w pierwszych dniach okupacji, co świadczy o wcześniejszym przygotowaniu list celów. Obok SD działał Sztab Operacyjny Reichsleitera Rosenberga, który przejmował biblioteki i zbiory kultury, w tym masońskie. W okupowanym Paryżu zorganizowano wystawę antymasońską, na której pokazywano przedmioty zabrane z lóż, aby ośmieszyć rytuał i uzasadnić prześladowania. Granica między archiwum, muzeum a narzędziem nagonki zatarła się całkowicie.

Ludzie za kartoteką

Archiwum miało w tym systemie funkcję praktyczną. Listy członków pozwalały identyfikować osoby, które należały do lóż przed 1933 rokiem, sprawdzać kandydatów do urzędów i weryfikować zgłoszenia do partii. Byli wolnomularze znosili przede wszystkim represje zawodowe i społeczne: utratę stanowisk, brak awansu, inwigilację, podejrzliwość otoczenia. W 1938 roku wprowadzono złagodzenie wobec części byłych członków niższych stopni, którym pozwolono ubiegać się o przyjęcie do partii, co pokazuje, że reżim różnicował wrogów według przydatności i stopnia zaangażowania.

Los wolnomularzy, którzy jednocześnie byli Żydami, przeciwnikami politycznymi albo mieszkańcami okupowanych krajów, wpisywał się w inne, znacznie okrutniejsze mechanizmy prześladowań. Historycy podkreślają, że trudno wydzielić z ogółu ofiar terroru tych, których spotkało coś wyłącznie z powodu członkostwa w loży, i że popularne w literaturze okolicznościowej zestawienia liczbowe zwykle nie opierają się na rzetelnych podstawach. Uczciwiej jest powiedzieć, że przynależność masońska była jednym z wielu znamion podejrzanego, a kartoteka SD zwiększała skuteczność aparatu, który i tak sięgał po ludzi z wielu innych powodów.

Z perspektywy dziejów symboliki rytualnej zagłada objęła też samo życie wewnętrzne lóż. Nie odbywały się prace, nie przyjmowano nowych członków, nie przekazywano ustnego obyczaju. Kiedy po 1945 roku odradzano wolnomularstwo w Niemczech Zachodnich, wiele trzeba było odtwarzać z pamięci starszych braci i z pomocą obediencji zagranicznych, ponieważ księgi protokołów i rytuały znajdowały się w nieznanych miejscach.

Od zamków na Śląsku do archiwum specjalnego w Moskwie

W miarę nasilania się alianckich nalotów RSHA ewakuowało swoje zbiory na wschód i południe, do zamków i majątków na Śląsku oraz w Sudetach, uznawanych za bezpieczniejsze. Tam zastała je Armia Czerwona. Radzieckie władze, które prowadziły systematyczne przejmowanie dokumentów wroga, wywiozły znaczną część tych archiwów do Moskwy. Trafiły one do Centralnego Państwowego Archiwum Specjalnego, instytucji utworzonej dla zdobycznych akt i przez dziesięciolecia całkowicie utajnionej.

Losy masońskich zbiorów okazały się w ten sposób podwójnie wojenne. Najpierw zagarnął je reżim, który chciał zniszczyć wolnomularstwo, potem przejęło je państwo, które również traktowało loże jako zjawisko obce ideologicznie. W Moskwie dokumenty niemieckie, francuskie, belgijskie, holenderskie czy austriackie leżały obok akt służb bezpieczeństwa Rzeszy, które je wcześniej opracowały, a ich istnienie było dla zachodnich badaczy tylko przypuszczeniem. Dopiero w okresie pieriestrojki, na przełomie 1989 i 1990 roku, prasa radziecka ujawniła istnienie archiwum specjalnego i rodzaj przechowywanych w nim zbiorów.

Część zbiorów nie dotarła do Związku Radzieckiego. Niektóre materiały pozostały na ziemiach, które po wojnie znalazły się w granicach Polski, i weszły do zasobów polskich bibliotek naukowych; zbiór masoników przechowywany w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu jest najlepiej znanym przykładem takiego przemieszczenia. Inne akta, zwłaszcza staropruskich wielkich lóż, wróciły z Moskwy do NRD jeszcze w latach pięćdziesiątych i trafiły do centralnego archiwum państwowego, a po zjednoczeniu Niemiec znalazły się w Tajnym Archiwum Państwowym Pruskiego Dziedzictwa Kulturowego w Berlinie. Historia tych przemieszczeń jest więc mapą dwudziestowiecznych granic i sojuszy.

Zwroty, luki i pamięć instytucji

Po rozpadzie Związku Radzieckiego rozpoczęły się negocjacje o zwrot zdobycznych archiwów. Najgłośniejszym przypadkiem jest Francja: akta Wielkiego Wschodu Francji i innych obediencji, wywiezione przez Niemców z Paryża, a następnie przez Rosjan do Moskwy, wróciły do Francji na przełomie XX i XXI wieku. Dla francuskich lóż oznaczało to odzyskanie protokołów, list członków i korespondencji z okresu sięgającego XVIII wieku, a dla historyków otwarcie zbiorów, które przez pół stulecia były niedostępne. Podobne zwroty dotyczyły materiałów innych państw, choć nie wszystkie sprawy zostały zamknięte, a rosyjskie prawo dotyczące dóbr przemieszczonych w wyniku wojny pozostaje przedmiotem sporów.

Odzyskane archiwa noszą ślady swojej drogi. Na teczkach zachowały się sygnatury nadawane przez SD i RSHA, później przez archiwistów radzieckich, a na niektórych dokumentach adnotacje funkcjonariuszy, którzy szukali w nich nazwisk i dowodów. Badacz, który dziś czyta protokół posiedzenia jakiejś prowincjonalnej loży z XIX wieku, ma przed sobą zarazem źródło do dziejów wolnomularstwa i zapis tego, jak państwo totalitarne czytało cudze teksty: w poszukiwaniu spisku, którego tam nie było. Tak powstał osobliwy palimpsest, w którym rytualna pobożność, towarzyska codzienność lóż i policyjna podejrzliwość nakładają się na siebie.

Luki są równie wymowne jak zwroty. Część zbiorów zaginęła w czasie ewakuacji i działań wojennych, część rozproszono po różnych instytucjach, część wciąż nie została w pełni opisana. Dla wolnomularstwa, które przywiązuje dużą wagę do ciągłości przekazu, utrata ksiąg i dokumentów była czymś więcej niż szkodą materialną: przerywała łańcuch pamięci, który loże uważały za istotę swojej tożsamości. Zrozumienie represji wobec niemieckich lóż wymaga więc patrzenia nie tylko na dekrety i ludzi, lecz także na papier, który przeszedł przez ręce dwóch reżimów i dopiero po kilkudziesięciu latach zaczął wracać do swoich właścicieli.