Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Wolnomularstwo

Franco i trybunał do walki z masonerią i komunizmem

Ustawa z 1 marca 1940 roku i powołany na jej mocy Trybunał Specjalny uczyniły z wolnomularstwa przestępstwo, a z gromadzonego w Salamance archiwum narzędzie represji, ponieważ dla frankizmu loża była nie tyle realnym przeciwnikiem, ile symbolem całej „anty-Hiszpanii”, którą nowe państwo zamierzało wykorzenić.

Okładka akt Trybunału Specjalnego do Walki z Masonerią przeciw Augusto Moisésowi Alcrudo, fot. Anacrus – CC BY-SA 3.0
Okładka akt Trybunału Specjalnego do Walki z Masonerią przeciw Augusto Moisésowi Alcrudo, fot. Anacrus – CC BY-SA 3.0 · Wikimedia Commons

Wróg wymyślony na miarę państwa

Każdy reżim, który rodzi się z wojny domowej, potrzebuje opowieści o tym, przeciw komu walczył. Hiszpańska prawica katolicka i wojskowa miała taką opowieść gotową na długo przed 1936 rokiem. W jej ujęciu dzieje kraju od początku XIX wieku były serią zamachów na prawdziwą, katolicką i monarchiczną Hiszpanię, dokonywanych przez liberałów, republikanów, separatystów, a wreszcie socjalistów i komunistów. Wolnomularstwo pełniło w tej narracji rolę ogniwa łączącego wszystkie te zjawiska: miało być tajnym warsztatem, w którym obmyślano utratę kolonii, laicyzację szkół, rozdział Kościoła od państwa i ostatecznie proklamację republiki w 1931 roku.

Pewne fakty nadawały tej opowieści pozory wiarygodności. Wśród polityków Drugiej Republiki rzeczywiście nie brakowało wolnomularzy, a loże, zwłaszcza związane z Wielkim Wschodem Hiszpanii, sympatyzowały z programem świeckiego państwa. Z tej częściowej prawdy frankistowska propaganda zbudowała jednak obraz całkowicie mityczny, w którym loża sterowała republiką, a republika była przedsionkiem bolszewizmu. Formuła o „spisku żydowsko-masońsko-komunistycznym”, a w późniejszych przemówieniach dyktatora o „masońskim zmowie”, stała się jednym z najtrwalszych elementów języka nowego państwa.

Pojęcie „anty-Hiszpanii” miało tu znaczenie kluczowe. Nie oznaczało konkretnej partii ani grupy społecznej, lecz wszystko, co uznano za obce duchowi narodu: obce idee, obce wpływy, obce wierności. Wolnomularz nadawał się do roli wcielenia tej abstrakcji lepiej niż ktokolwiek inny, ponieważ jego przynależność była tajna, jego związki międzynarodowe, a jego rytuał niezrozumiały dla otoczenia. Można go było podejrzewać o wszystko i nie trzeba było niczego dowodzić.

Od dekretów wojennych do ustawy z 1940 roku

Prześladowanie rozpoczęło się wraz z wybuchem wojny. Na terenach opanowanych przez zbuntowane wojska lokale lóż zajmowano i niszczono, a ich członkowie, rzeczywiści i domniemani, padali ofiarą aresztowań i egzekucji bez sądu. We wrześniu 1936 roku władze powstańcze wydały dekret uznający wolnomularstwo za nielegalne. Była to jednak dopiero zapowiedź systemu, który po zwycięstwie miał nadać represji kształt prawny i biurokratyczny. Ustawa o odpowiedzialności politycznej z lutego 1939 roku wymieniała przynależność do lóż wśród okoliczności obciążających, a rok później Franco podpisał akt poświęcony wyłącznie temu zagadnieniu.

Ustawa o represjonowaniu masonerii i komunizmu z 1 marca 1940 roku łączyła w jednym tytule dwa zjawiska, które nie miały ze sobą wiele wspólnego poza tym, że oba uznano za śmiertelne zagrożenie dla państwa. Penalizowała samo członkostwo w lożach i organizacjach komunistycznych, przewidując wieloletnie kary więzienia, surowsze dla osób, które osiągnęły wysokie stopnie albo pełniły funkcje kierownicze. Wprowadzała także dodatkowe skutki: utratę stanowisk w administracji, wykluczenie z zawodów publicznych, zakaz pełnienia funkcji w instytucjach. Osoby, które kiedykolwiek należały do loży, miały obowiązek złożenia deklaracji retraktacji, a jej brak lub niekompletność same w sobie stawały się podstawą oskarżenia.

Ustawa trafiała na grunt przygotowany przez stanowisko Kościoła. Prawo kanoniczne z 1917 roku groziło ekskomuniką katolikom wstępującym do lóż, a hiszpańska hierarchia, która w czasie wojny poparła powstanie jako „krucjatę”, widziała w wolnomularstwie jednego z głównych sprawców laicyzacji kraju. Państwo frankistowskie przedstawiało się jako narzędzie odnowy katolickiej, więc walka z lożami mogła uchodzić zarazem za obowiązek polityczny i religijny. Zbieżność tych dwóch porządków nadawała represji szczególną siłę moralną w oczach jej zwolenników: oskarżony był nie tylko przeciwnikiem reżimu, lecz także odstępcą od wiary, na której reżim się opierał. Deklaracja retraktacji przypominała w tym kontekście publiczne wyznanie win, a jej forma – wymienienie loży, stopnia, imienia symbolicznego i współbraci – zamieniała skruchę w źródło nowych informacji dla aparatu.

Szczególną cechą ustawy była jej wsteczność. Karano przynależność sprzed jej wejścia w życie, a więc z okresu, gdy wolnomularstwo było w Hiszpanii legalne. Zasada, że nie ma przestępstwa bez wcześniejszego prawa, została tu zawieszona w imię obrony narodu przed wrogiem, którego istnienie samo w sobie uznano za winę. W tym sensie ustawa nie tyle reagowała na konkretne czyny, ile definiowała przestępczą tożsamość.

Trybunał Specjalny i jego procedury

Do wykonania ustawy powołano Tribunal Especial para la Represión de la Masonería y el Comunismo. Jego skład obejmował wojskowych, przedstawicieli tradycjonalistycznej partii państwowej i prawników, a przewodniczyli mu wysocy rangą generałowie. Trybunał działał od 1941 roku i rozpatrywał tysiące spraw, opierając się przede wszystkim na dokumentach: listach członków, protokołach, korespondencji, a także na donosach i zeznaniach świadków.

Procedura była daleka od standardów sądowych. Oskarżony często dowiadywał się o zarzutach dopiero wtedy, gdy jego nazwisko zostało odnalezione w aktach jakiejś loży, nierzadko sprzed kilkunastu lat. Mógł próbować dowodzić, że do loży nigdy nie należał, że należał krótko, że uzyskał tylko pierwszy stopień albo że dawno odszedł. Każda z tych linii obrony musiała jednak zmierzyć się z założeniem, że wolnomularstwo jest z natury tajne, a więc brak śladów może oznaczać jedynie staranne ich ukrycie. Logika podejrzenia nie przewidywała pełnego uniewinnienia.

Wyroki trybunału wielokrotnie łagodzono, zamieniano na mniejsze kary albo na samą utratę praw zawodowych, co niekiedy przedstawia się jako dowód umiarkowania. Trzeba jednak pamiętać, że represja nie ograniczała się do samego wyroku. Postępowanie oznaczało zawieszenie w obowiązkach, utratę dochodów, napiętnowanie w lokalnej społeczności, a często także równoległe sprawy przed innymi organami, w tym przed sądami wojskowymi i komisjami do spraw odpowiedzialności politycznej. Dla wielu nauczycieli, urzędników, oficerów czy lekarzy samo wezwanie przed trybunał było końcem kariery.

Wśród oskarżonych znaleźli się zarówno faktyczni członkowie lóż, jak i ludzie, których łączyło z nimi jedynie nazwisko, przypadkowa wzmianka w liście albo udział w jakimś świeckim stowarzyszeniu. Bywało, że zarzut masońskości wykorzystywano w lokalnych konfliktach, sporach o majątek czy rywalizacji zawodowej. Kategoria „masona” stawała się w ten sposób etykietą, którą można było przykleić każdemu niewygodnemu człowiekowi, a sama jej nieostrość zwiększała skuteczność zastraszania.

Trybunał istniał długo. Dopiero w 1963 roku jego kompetencje przejął Sąd Porządku Publicznego, a loże mogły znów legalnie działać w Hiszpanii dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych, w okresie przemian demokratycznych po śmierci dyktatora.

Archiwum w Salamance

Podstawą działania trybunału było archiwum, którego dzieje są niemal równie ważne jak dzieje samej represji. Jeszcze w czasie wojny, w 1938 roku, władze powstańcze utworzyły w Salamance służbę zajmującą się wyszukiwaniem i przejmowaniem dokumentów organizacji uznanych za wrogie. Kierował nią Marcelino de Ulibarri, a jej pracownicy wkraczali do zdobywanych miast razem z wojskiem albo tuż za nim, zabierając akta partii, związków zawodowych, stowarzyszeń kulturalnych i lóż.

Z tych zbiorów zbudowano gigantyczną kartotekę. Każda osoba, której nazwisko pojawiło się w przejętych dokumentach, otrzymywała kartę z informacją o przynależności, a karty udostępniano trybunałom, policji i urzędom. Archiwum w Salamance było więc nie tyle zbiorem historycznym, ile maszyną wywiadowczą. Szczególne miejsce zajmowały w nim materiały masońskie: rytuały, fartuchy, symbole i wyposażenie świątyń. Zrekonstruowano nawet salę loży jako eksponat, który miał pokazywać „prawdziwe oblicze” wroga, i ta osobliwa scenografia zachowała się do dziś jako świadectwo epoki.

Dla dzisiejszego badacza kartoteka ta jest źródłem dwuznacznym. Pozwala odtworzyć skład osobowy hiszpańskich lóż z pierwszej tercji XX wieku, ich geografię i powiązania, ale każdy wpis powstał w celu oskarżenia, a nie opisu. Nazwiska bywały przekręcane, stopnie przypisywane na wyrost, przynależność wnioskowana z pośrednich śladów. Kto korzysta z tych materiałów, musi czytać je podwójnie: jako zapis wolnomularskiej rzeczywistości i jako zapis wyobrażeń aparatu, który tę rzeczywistość chciał zniszczyć.

Po powrocie demokracji zbiory te stały się źródłem historycznym i przedmiotem sporów. Archiwum przekształcono w instytucję państwową, dziś znaną jako Centrum Dokumentacji Pamięci Historycznej. Wokół tak zwanych „dokumentów z Salamanki” toczył się długi konflikt polityczny, ponieważ Katalonia domagała się zwrotu akt zabranych z jej instytucji w czasie wojny. Część zbiorów wróciła ostatecznie do Barcelony, co wywołało w Salamance protesty i pokazało, że losy papierów skonfiskowanych przez reżim wciąż dotykają bolesnych spraw tożsamości.

Dyktator jako publicysta antymasoński

Szczególny rys frankistowskiej obsesji stanowi osobiste zaangażowanie samego Franco. W latach 1946–1951 publikował on w falangistowskim dzienniku „Arriba” serię artykułów poświęconych wolnomularstwu, podpisywanych pseudonimem Jakin Boor. Pseudonim był złożony z nazw dwóch kolumn świątyni Salomona, znanych z masońskiej symboliki, co świadczy o tym, że autor uważał się za znawcę przedmiotu. W 1952 roku teksty te wydano w formie książkowej pod tytułem Masonería.

Artykuły te powstawały w okresie międzynarodowej izolacji reżimu po klęsce państw Osi. Franco tłumaczył wrogość demokracji zachodnich i organizacji międzynarodowych wpływem lóż, przedstawiając masonerię jako siłę, która rzekomo spiskuje przeciw Hiszpanii na forum światowym. Antymasoński motyw pozwalał przenieść odpowiedzialność za izolację kraju z polityki reżimu na wroga zewnętrznego i jednocześnie mobilizował społeczeństwo wokół obrony oblężonej ojczyzny.

Dla historyka idei teksty te są cennym świadectwem tego, jak symbol zastępuje rzeczywistość. Wolnomularstwo hiszpańskie zostało w praktyce zniszczone już w czasie wojny: loże przestały działać, wielu członków zginęło, wyemigrowało albo milczało. Mimo to w publicystyce dyktatora i w aktach trybunału pozostawało ono potężnym, wszechobecnym przeciwnikiem. Nie był to wróg, którego trzeba było pokonać, lecz wróg, którego państwo potrzebowało, aby uzasadnić własną surowość i własną wizję narodu jako wspólnoty zagrożonej przez niewidzialną zdradę.

Losy hiszpańskich wolnomularzy pod rządami Franco pokazują więc mechanizm, w którym prawo karne służy nie tyle ochronie porządku, ile utrwalaniu mitu. Ustawa z 1940 roku, trybunał i kartoteka w Salamance tworzyły spójny system, w którym tożsamość polityczna stawała się winą, a archiwum – arsenałem. Dopiero przemiany po 1975 roku pozwoliły odwrócić funkcję tych dokumentów i uczynić z nich materiał do poznania prawdy o represji, a nie narzędzie jej prowadzenia.