Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Wolnomularstwo

Konwent w Wilhelmsbadzie i koniec mitu templariuszy

Zjazd w uzdrowisku pod Hanau, obradujący od 16 lipca do 1 września 1782 roku, nie zdemaskował mitu templariuszy komisją historyków, lecz przekształcił go w kompromis: rycerstwo przestało być rodowodem i stało się alegorią, a Ścisła Obserwa rozpadła się zamiast się zjednoczyć.

Stanisław August Poniatowski, portret z 1797 roku
Stanisław August Poniatowski, portret z 1797 roku

Pytania z Brunszwiku

Konwent w Wilhelmsbadzie był odpowiedzią na kryzys systemu, którego dzieje opisuje osobny esej: Ścisłej Obserwy, niemieckiego zakonu wysokich stopni, który od lat pięćdziesiątych XVIII wieku twierdził, że jest ukrytym dziedzicem templariuszy i działa z polecenia nieznanych zwierzchników. Jej twórca, Karl Gotthelf von Hund, zmarł w 1776 roku, nie ujawniwszy, kim byli owi zwierzchnicy. Od 1772 roku zakonem kierował jako wielki mistrz książę Ferdynand Brunszwicki, zasłużony dowódca z czasów wojny siedmioletniej, a kolejne zjazdy, w Brunszwiku w 1775 i w Wolfenbüttel w 1778 roku, kończyły się raczej obietnicami niż rozstrzygnięciami. Tajemnica, która miała spajać system, zaczynała go rozsadzać.

Niepewność miała wiele warstw. Sam von Hund opowiadał, że został przyjęty do zakonu w Paryżu w 1743 roku w obecności tajemniczego dostojnika, w którym jego zwolennicy skłonni byli widzieć Karola Edwarda Stuarta, ale nigdy nie przedstawił na to dowodu. Teolog Johann August Starck stworzył w latach sześćdziesiątych odrębny krąg duchownych templariuszy, twierdzący, że to on, a nie rycerska gałąź zakonu, przechowuje właściwe tajemnice, i przez pewien czas działał w porozumieniu ze Ścisłą Obserwą. Kolejni przybysze ogłaszali się wysłannikami prawdziwych przełożonych, a każde takie wystąpienie, zamiast rozwiewać wątpliwości, mnożyło je. Dla wielu członków pytanie o źródło władzy stało się ważniejsze niż sama praca w lożach.

Ferdynand postanowił postawić sprawę otwarcie. We wrześniu 1780 roku rozesłał do prowincji i kapituł okólnik z pytaniami, które jeszcze kilka lat wcześniej uchodziłyby za niestosowne. Pytał, jakie jest prawdziwe pochodzenie zakonu, czy wywodzi się on od jakiejś dawnej wspólnoty, czy istnieją przełożeni, którym należy się posłuszeństwo, jaki jest właściwy cel wolnomularstwa i czy obowiązujące obrzędy mu odpowiadają. Okólnik zapraszał do pisemnych odpowiedzi, które miały posłużyć przygotowaniu wielkiego zgromadzenia.

Odpowiedzi przyszły liczne i bardzo różne. Jedni bronili historycznej sukcesji templariuszy, inni proponowali rodowody różokrzyżowe lub egipskie, jeszcze inni domagali się powrotu do trzech stopni rzemieślniczych i porzucenia rycerskiej nadbudowy. Wśród głosów najbardziej przemyślanych znalazł się memoriał młodego sabaudzkiego prawnika Josepha de Maistre'a, członka lyońskiego systemu, który ostrzegał przed opieraniem tożsamości bractwa na nieudowodnionej historii i proponował, by wyższe stopnie stały się szkołą chrześcijańskiego poznania. Wilhelmsbad miał więc rozstrzygnąć spór, który okólnik ujawnił, a nie wymyślił.

Uzdrowisko pod Hanau

Na miejsce obrad wybrano Wilhelmsbad, nowe uzdrowisko pod Hanau, zbudowane kilka lat wcześniej przez dziedzicznego księcia Wilhelma Heskiego, hrabiego Hanau. Kurort z pawilonami, parkiem i salami balowymi zapewniał wygodę i dyskrecję, a zarazem odpowiadał arystokratycznemu charakterowi zgromadzenia. Konwent otwarto 16 lipca 1782 roku, a jego obrady, przerywane posiedzeniami komisji, trwały do 1 września. Przewodniczył Ferdynand Brunszwicki, a wśród uczestników znalazł się także książę Karol Heski, jeden z najgorliwszych zwolenników ezoterycznych wyższych stopni.

Na zjazd przybyło około trzydziestu pięciu delegatów reprezentujących prowincje Ścisłej Obserwy w krajach niemieckich, we Francji i w innych częściach Europy. Najlepiej przygotowaną grupą byli Francuzi z Lyonu na czele z kupcem jedwabiu Jean-Baptiste'em Willermozem. Cztery lata wcześniej, na konwencie francuskich prowincji w Lyonie, przeprowadzili oni własną reformę, w której dosłowną sukcesję templariuszy zastąpiono zakonem Kawalerów Dobroczynnych Miasta Świętego. Do Wilhelmsbadu przywieźli gotowy projekt, kodeksy i rytuały, a także jasną wizję tego, czym ma być reforma. Ich przewaga organizacyjna nad podzielonymi Niemcami okazała się decydująca.

Lyończycy przybyli z programem, który dla wielu delegatów był atrakcyjny właśnie dlatego, że nie wymagał wiary w niesprawdzalne opowieści. Rycerstwo miało w nim sens duchowy i dobroczynny, a jego chrześcijańskie uzasadnienie nie zależało od tego, czy jakiś templariusz w XIV wieku rzeczywiście przekazał komuś tajne słowo. Willermoz liczył zarazem, że zdoła przeprowadzić przez konwent także głębszą warstwę swojego systemu, i w tym punkcie miał się rozczarować.

Przeciwny biegun stanowili delegaci, dla których rycerska nadbudowa była zbędnym balastem. Najbardziej wyrazistym z nich był Franz Dietrich von Ditfurth z Wetzlaru, sędzia trybunału Rzeszy, związany z zakonem iluminatów, który domagał się uproszczenia systemu i odrzucenia wszelkich roszczeń do tajnej wiedzy. Między tymi skrajnościami sytuowała się większość, zmęczona sporami i gotowa przyjąć rozwiązanie, które pozwoli zachować twarz.

Templariusze jako pamięć, nie jako rodowód

Najważniejsza uchwała konwentu dotyczyła templariuszy. Zgromadzenie orzekło, że wolnomularstwo nie jest kontynuacją średniowiecznego zakonu i nie może się powoływać na jego sukcesję historyczną. Wbrew późniejszym opowieściom nie było to orzeczenie komisji, która przebadała dokumenty i ogłosiła oszustwo von Hunda. Było to rozstrzygnięcie polityczne, wypracowane w rozmowach, które zachowywało więcej, niż odrzucało. Templariusze pozostali w systemie jako przedmiot pamięci i wzór rycerskich cnót, a nie jako przodkowie, od których pochodzi prawo do nadawania stopni.

W miejsce templariuszowskiej nadbudowy przyjęto rozwiązanie lyońskie. Wewnętrzny zakon otrzymał nazwę Kawalerów Dobroczynnych Miasta Świętego, a symboliczne stopnie i stopień mistrza szkockiego miały zostać przeredagowane w duchu chrześcijańskim; dzieło to powierzono w praktyce Willermozowi. Z tego zadania wyrósł Rektyfikowany Ryt Szkocki, którego budowie i doktrynie poświęcono odrębny esej. Konwent nie przyjął natomiast oficjalnie najwyższych, tajnych klas, w których Willermoz przechowywał teozoficzną naukę o reintegracji. Pozostały one sprawą wąskiego kręgu wtajemniczonych, a większość delegatów zapewne nie wiedziała o ich istnieniu.

Uchwały dotyczyły także spraw praktycznych. Porzucono rozbudowane plany gospodarcze Ścisłej Obserwy, które miały uczynić z zakonu właściciela majątków na wzór średniowiecznych komandorii, a które przyniosły głównie długi i rozczarowanie. Ograniczono też posłuszeństwo wobec przełożonych do granic zwykłej dyscypliny organizacyjnej. Nieznani zwierzchnicy, o których przez trzy dekady szeptano w kapitułach, nie zostali wprost zdemaskowani, ale przestali być potrzebni.

Głosy, które przegrały

Kompromis nie zadowolił wszystkich. Zwolennicy dosłownej tradycji templariuszowskiej uważali, że zrezygnowano z jedynego uzasadnienia wyższych stopni i że rycerstwo bez rodowodu staje się przebieraniem. Karol Heski, zafascynowany alchemią i tajemną wiedzą, liczył na coś więcej niż chrześcijańską alegorię i po konwencie szukał własnych dróg, utrzymując kontakty z kręgami, które obiecywały prawdziwe sekrety. Także część niemieckich prowincji uznała, że lyońska reforma jest zbyt francuska i zbyt pobożna, by mogła stać się ich własną.

Z drugiej strony racjonaliści skupieni wokół Ditfurtha uznali uchwały za połowiczne. Odrzucenie templariuszy jako przodków wydawało im się słuszne, ale zachowanie rycerskiego zakonu i chrześcijańskiej mistyki rozumieli jako konserwację tego samego problemu w nowej szacie. Ich niezadowolenie zostało szybko wykorzystane. Iluminaci, którzy od kilku lat werbowali członków w lożach niemieckich, uznali rozczarowanych delegatów za naturalnych sojuszników i zabiegali o nich zarówno w czasie konwentu, jak i bezpośrednio po nim.

Wśród przegranych znalazła się wreszcie sama idea jednego, ogólnoeuropejskiego systemu. Ścisła Obserwa obiecywała kiedyś, że połączy loże od Kopenhagi po Lyon w jeden zakon z jasną hierarchią. Wilhelmsbad pokazał, że takiej jedności nie da się zbudować na kompromisie, który każdy odczytuje inaczej.

Po zjeździe: rozproszenie zamiast unii

Skutki konwentu okazały się odwrotne do zamierzonych. Zamiast zreformowanej Ścisłej Obserwy powstała mozaika. W 1783 roku Ditfurth i Adolph von Knigge założyli we Frankfurcie Związek Eklektyczny, który odrzucał wszelkie wyższe stopnie jako obowiązkowe i pozwalał lożom pracować w trzech stopniach według własnego uznania. Wiele warsztatów przeszło do berlińskiej Wielkiej Krajowej Loży, pracującej w systemie wywiedzionym z rytu szwedzkiego, inne do innych pruskich obediencji. Rektyfikowany Ryt Szkocki zakorzenił się trwale tylko w części prowincji, przede wszystkim w Lyonie i w Szwajcarii.

Znamienne są dalsze losy samego przewodniczącego. Ferdynand Brunszwicki pozostał wielkim mistrzem resztek zakonu, ale nie zdołał odbudować jego jedności, a wiadomości o rewolucji we Francji przyjmował z rosnącym niepokojem. W 1794 roku zwrócił się do podległych lóż z pismem, w którym ostrzegał, że do wolnomularstwa przeniknęli ludzie o zamiarach politycznych, i zalecał zawieszenie prac. Człowiek, który w 1782 roku chciał uporządkować europejskie loże, dwanaście lat później radził im zamilknąć.

Kilka lat później wydarzenia polityczne zatarły resztę. Wykrycie i rozbicie iluminatów w Bawarii w latach 1784–1785 rzuciło podejrzenie na wszystkie tajne stowarzyszenia, a rewolucja francuska przerwała życie lóż lyońskich. Kiedy w kolejnych dziesięcioleciach antymasońscy autorzy, z Augustinem Barruelem na czele, opisywali Wilhelmsbad jako miejsce, w którym iluminaci mieli przejąć europejskie wolnomularstwo, opierali się na rzeczywistych kontaktach z tego lata, ale nadawali im znaczenie spisku, którego źródła nie potwierdzają.

Sens jednej uchwały

W pamięci wolnomularskiej Wilhelmsbad zapisał się jako chwila, w której bractwo pożegnało się z mitem templariuszy. Jest w tym prawda, ale wymaga uzupełnienia. Konwent nie zdemaskował legendy argumentami historycznymi; uznał raczej, że jej historyczna prawdziwość przestała być potrzebna. Rycerska opowieść mogła trwać dalej jako obraz, wzór i przedmiot medytacji, pod warunkiem że nikt nie będzie z niej wyprowadzał tytułów do władzy.

To przesunięcie z genealogii na symbol miało długie następstwa. Pozwoliło wysokim stopniom przetrwać koniec wiary w ukrytą sukcesję, czego przykładem jest choćby stopień Kawalera Kadosz w późniejszym Rycie Szkockim, który zachował legendę templariuszy, nie twierdząc, że loża od nich pochodzi. Zarazem otworzyło drogę do sporu, który powraca w dziejach wolnomularstwa do dziś: czy symbol pozbawiony historycznego oparcia nadal zobowiązuje, czy staje się tylko ozdobą. Wilhelmsbad nie rozstrzygnął tego pytania, ale jako pierwszy postawił je w imieniu dużej części europejskich lóż, i to raczej niż rzekome obalenie mitu stanowi o jego znaczeniu.