Thomas Smith Webb i amerykański Freemason's Monitor
The Freemason's Monitor Thomasa Smitha Webba, wydany w Albany w 1797 roku jako skrócona przeróbka wykładów Williama Prestona, stał się w Stanach Zjednoczonych wzorem obrzędowego języka i katalogiem emblematów, który przez dwa stulecia określał, czym jest amerykańska praca lożowa.

Drukarz z Nowej Anglii
Thomas Smith Webb urodził się w Bostonie w 1771 roku i był z zawodu drukarzem oraz introligatorem, a zatem człowiekiem, który znał wartość książki jako przedmiotu i narzędzia. Do zakonu wstąpił jako młody człowiek w Keene w New Hampshire, a następnie osiadł w Albany w stanie Nowy Jork, gdzie prowadził księgarnię. Później przeniósł się do Providence na Rhode Island, tam zajmował się handlem i wytwórstwem, a w wolnomularstwie piastował coraz wyższe godności, aż do urzędu wielkiego mistrza tamtejszej Wielkiej Loży. Zmarł w 1819 roku w Cleveland, w czasie jednej z podróży, które odbywał, by wizytować loże i nauczać.
Biografia ta nie zawiera wielkich gestów ani spektakularnych odkryć. Webb nie był teoretykiem w rodzaju późniejszych komentatorów, którzy w obrzędach szukali starożytnych misteriów. Był organizatorem, wykładowcą i redaktorem, a jego siła polegała na tym, że umiał nadać rozproszonym zwyczajom kształt dający się przekazać, zapamiętać i powtórzyć. W młodej republice, w której loże powstawały szybciej, niż ktokolwiek mógł je nadzorować, taka umiejętność okazała się ważniejsza od oryginalności.
Pierwsze wydanie książki ukazało się w Albany w 1797 roku pod tytułem The Freemason's Monitor; or, Illustrations of Masonry. Sam podtytuł zdradzał pochodzenie dzieła. Był ukłonem w stronę Illustrations of Masonry Williama Prestona, londyńskiego wykładowcy, którego książka od 1772 roku przechodziła kolejne wydania i stała się w Anglii głównym źródłem objaśnień do trzech stopni rzemiosła.
Preston skrócony i przebudowany
Preston stworzył rozbudowany system wykładów, podzielonych na sekcje i opatrzonych pytaniami oraz odpowiedziami. Jego zamysł był wyraźnie oświeceniowy: loża miała być szkołą, w której obrzęd łączy się z nauką moralną, a także z elementarnym wykształceniem w zakresie siedmiu sztuk wyzwolonych. Wędrówka czeladnika po krętych schodach do środkowej komnaty była u niego okazją do omówienia gramatyki, retoryki, logiki, arytmetyki, geometrii, muzyki i astronomii, a także pięciu porządków architektury i pięciu zmysłów.
Webb przejął ten szkielet, ale go uprościł. Z ogromnej Prestonowskiej konstrukcji wybrał to, co nadawało się do sprawnego przekazania w amerykańskich warunkach: krótsze wykłady, mniej sekcji, bardziej zwartą obrazowość. Historycy zakonu zwykle wskazują, że Webb poznał wykłady Prestona nie tylko z druku, lecz także za pośrednictwem osób, które znały je z angielskiej praktyki; często wymienia się w tym kontekście Johna Hanmera, angielskiego wolnomularza przebywającego w Ameryce. Szczegóły tego przekazu są słabo udokumentowane i warto je traktować jako prawdopodobną rekonstrukcję, nie jako ustalony fakt.
Istotniejsze jest to, co da się sprawdzić w samym tekście. Monitor nie był przedrukiem. Webb przestawiał fragmenty, dopisywał objaśnienia, porządkował modlitwy i formuły towarzyszące otwieraniu i zamykaniu loży, ustalał teksty biblijne czytane podczas poszczególnych stopni. Z wolnej, eseistycznej prozy Prestona uczynił coś bliższego podręcznikowi liturgicznemu, w którym każdy fragment ma swoje miejsce w przebiegu ceremonii.
Rozróżnienie monitorialne i ustne
Najtrwalszym wkładem Webba było utrwalenie podziału, który do dziś organizuje amerykańską praktykę. To, co wydrukowano w Monitorze, nazywano odtąd pracą monitorialną: objaśnienia symboli, czytania, modlitwy, pouczenia moralne, które można było bez obaw publikować. Wszystko inne – formuły rozpoznania, zobowiązania, szczegóły przebiegu inicjacji – pozostawało w przekazie ustnym, od wykładowcy do ucznia, i miało być uczone pamięciowo.
Taki podział nie był wynalazkiem Webba, lecz on nadał mu kształt praktycznej normy. Drukowany tekst gwarantował wspólny język wszystkim lożom, które z niego korzystały, a przekaz ustny gwarantował zachowanie poczucia tajemnicy. Książka nie zastępowała więc nauczyciela; przeciwnie, wymagała go. Webb i jego uczniowie podróżowali od loży do loży, aby uczyć „pracy”, czyli dokładnego brzmienia rytuału, a Monitor był dla tej pracy punktem oparcia, przypomnieniem tego, co wolno powiedzieć głośno.
Ta dwoistość stworzyła charakterystyczną postać amerykańskiego wykładowcy, nazywanego później Grand Lecturer, który w imieniu wielkiej loży stanu dbał o jednolitość obrzędu. Wśród uczniów Webba wymienia się Benjamina Gleasona, działającego w Massachusetts, oraz Jeremy'ego Crossa, który w 1819 roku wydał The True Masonic Chart, podręcznik z rycinami opartymi na systemie Webba. To właśnie przez takie ilustrowane wydania emblematy z Monitora stały się obrazami, które członkowie znali nie tylko ze słuchu, lecz także z kart drukowanych.
Ul, klepsydra, kosa i arka
Webb zebrał w objaśnieniach do trzeciego stopnia szereg emblematów, które w amerykańskiej praktyce zaczęto traktować jako kanoniczne. Wśród nich znalazły się naczynie z kadzidłem, ul, księga konstytucji strzeżona mieczem stróża, miecz wskazujący nagie serce, wszystkowidzące oko, kotwica i arka, czterdzieste siódme twierdzenie Euklidesa, klepsydra i kosa. Każdemu towarzyszyło krótkie pouczenie, zwykle w tonie moralizującej prozy XVIII wieku.
Ul objaśniano jako znak pracowitości. Pszczoły, które nie znoszą próżniaków w swoim roju, uczyły, że człowiek urodzony do życia w społeczności ma obowiązek pracować dla innych i nie może zadowalać się korzyściami, które czerpie z cudzego trudu. W tym obrazie łatwo dostrzec etos republiki rzemieślników i kupców, dla której pracowitość była cnotą obywatelską, a nie tylko prywatną. Emblemat starszy od wolnomularstwa – rój jako wzór państwa występował już u autorów antycznych – zyskał w Monitorze wymiar wręcz programowy.
Klepsydra i kosa tworzyły parę poświęconą przemijaniu. Piasek przesypujący się niepostrzeżenie, ziarnko po ziarnku, miał uświadamiać, jak szybko upływa ludzkie życie, a kosa, narzędzie czasu, przypominała o chwili, w której nić życia zostanie przecięta. Obrazy te należą do szerokiej tradycji memento mori, znanej z emblematyki nowożytnej, nagrobków i kaznodziejstwa. Webb nie wprowadził nic nowego do ich treści, ale umieścił je w ściśle określonym miejscu ceremonii, co nadało im siłę rytualnego wspomnienia, nie zaś przypadkowej dekoracji.
Kotwica i arka stanowiły przeciwwagę dla tych ponurych znaków. Objaśnienie mówiło o dobrze ugruntowanej nadziei i o dobrze przeżytym życiu, a arka była boską łodzią, która przenosi człowieka przez wzburzone morze trudów ku spokojnej przystani. Symbolika ta jest głęboko biblijna i protestancka w duchu; nie odwołuje się do ezoterycznej kosmologii, lecz do pobożności zrozumiałej dla czytelnika Biblii w każdej kongregacji Nowej Anglii. Właśnie ta zrozumiałość sprawiła, że emblematy Webba mogły stać się wspólną własnością członków o bardzo różnym wykształceniu.
Warto odnotować, że niektóre obrazy kojarzone dziś z systemem Webba pojawiły się dopiero u jego następców. Najbardziej znany przykład to scena z płaczącą dziewicą przy złamanej kolumnie, z postacią czasu rozplatającą jej włosy, upowszechniona przez The True Masonic Chart Crossa. Granica między tym, co pochodzi od Webba, a tym, co dopisali jego kontynuatorzy, bywa w późniejszych wydaniach zatarta, ponieważ Monitor był wielokrotnie poprawiany i rozszerzany, także po śmierci autora.
Od podręcznika do kanonu
Za życia Webba książka miała kilka wydań, a po jego śmierci kolejni redaktorzy przygotowywali nowe wersje, często z uzupełnieniami dotyczącymi wyższych stopni i ceremonii publicznych, takich jak położenie kamienia węgielnego czy pogrzeb wolnomularski. Wiele wielkich lóż stanowych wydawało własne monitory, w praktyce oparte na tekście Webba, z drobnymi różnicami w brzmieniu modlitw i objaśnień. Powstał w ten sposób rodzaj rodziny tekstów, wyraźnie ze sobą spokrewnionych, choć nie identycznych.
Webb był także jednym z organizatorów struktur obejmujących stopnie kapitularne i rycerskie, co później złożyło się na to, co w Stanach Zjednoczonych nazywa się Rytem Yorku lub Rytem Amerykańskim. Ten wątek wymagałby osobnego omówienia; dla dziejów Monitora ważne jest przede wszystkim to, że jego autor patrzył na wolnomularstwo jako na system uporządkowany, w którym kolejne stopnie mają przewidziane miejsca, a każdy z nich własną porcję tekstu drukowanego i ustnego.
W połowie XIX wieku pojawiły się próby ujednolicenia obrzędu w skali całego kraju. Zgromadzenie w Baltimore w 1843 roku miało ustalić jednolitą pracę, a pod koniec lat pięćdziesiątych Rob Morris zainicjował stowarzyszenie tak zwanych konserwatorów, które deklarowało wierność „pracy Webba”. Obie inicjatywy napotkały opór wielkich lóż stanowych, zazdrosnych o swoją niezależność, i żadna nie przyniosła pełnego ujednolicenia. Charakterystyczne jest jednak, że punktem odniesienia w tych sporach pozostawał Webb, jak gdyby jego tekst był miarą autentyczności.
Rozpowszechnieniu sprzyjała też geografia. Loże zakładane na nowo zasiedlanych terenach Ohio, Kentucky czy Tennessee rzadko miały dostęp do doświadczonych nauczycieli, a niewielki tom można było zabrać w podróż i odczytać przy świecy w izbie nad karczmą, gdzie często odbywały się zebrania. Drukowany monitor stawał się wtedy jedynym widzialnym łącznikiem z praktyką starszych lóż wschodniego wybrzeża. Nawet jeśli brzmienie części ustnej z czasem się rozchodziło, wspólne czytania i objaśnienia emblematów utrzymywały poczucie, że od Maine po Missisipi wykonuje się ten sam obrzęd.
Tu leży paradoks całej historii. Książka pomyślana jako pomoc dla wykładowców, skrót cudzej pracy, stała się w praktyce czymś w rodzaju kanonu. Amerykańscy wolnomularze, mówiąc o tym, jak „powinno się” wykonywać obrzęd, odwoływali się do tekstu, który sam był przeróbką, i to przeróbką angielskiego dzieła napisanego w zupełnie innym środowisku. Autorytet nie wynikał z wieku ani z rzekomej starożytności, lecz z rozpowszechnienia i z tego, że tekst przez pokolenia był słuchany, uczony i powtarzany.
Dla historyka idei Monitor jest ciekawym przypadkiem tego, jak powstaje tradycja. Nie wyrasta ona tu z objawienia ani z odkrytego rękopisu, lecz z pracy redakcyjnej, z wyboru i skrótu, z podróży wykładowców i z drukarni. Emblematy ula, klepsydry, kosy i arki nie mają w sobie nic tajemnego, a jednak w kontekście obrzędu stawały się dla wielu ludzi nośnikami rzeczywistej refleksji nad pracą, czasem, śmiercią i nadzieją. Właśnie ta zwyczajność, dostępna dla każdego, kto przekroczył próg loży, stanowiła o sile systemu, który drukarz z Bostonu ułożył pod koniec XVIII wieku.
