Pan Twardowski i legenda krakowskiego czarnoksiężnika
Legenda o panu Twardowskim jest polskim odpowiednikiem opowieści o Fauście, lecz motyw paktu z diabłem splata się w niej z topografią Krakowa, humorem szlacheckiej gawędy, maryjną pobożnością i jedynym zachowanym przedmiotem, który tradycja wiąże z czarnoksiężnikiem: lustrem w kościele w Węgrowie.

Ślady w szesnastowiecznych tekstach
Pierwsze wzmianki o Twardowskim pochodzą z XVI wieku i są tak lakoniczne, że niewiele mówią o rzeczywistej osobie. Łukasz Górnicki w Dworzaninie polskim, wydanym w 1566 roku, wspomina go mimochodem jako postać znaną czytelnikom, co oznacza, że imię czarnoksiężnika krążyło już wtedy po dworach i w rozmowach. Podobne krótkie wzmianki znajdują się w innych tekstach z przełomu XVI i XVII wieku, między innymi w piśmiennictwie związanym z Bielskimi, gdzie Twardowski pojawia się jako synonim człowieka parającego się czarami. Brakuje jednak dokumentów urzędowych, akt uniwersyteckich czy listów, które pozwalałyby ustalić, kim był, gdzie się urodził i czy w ogóle istniał jako jedna konkretna postać.
Historycy literatury wysuwali różne hipotezy, w tym próby utożsamienia go z rozmaitymi uczonymi, astrologami lub lekarzami działającymi w Krakowie. Żadna z tych propozycji nie zdobyła powszechnego uznania, a większość opiera się na zbieżnościach imion i ogólnym klimacie epoki. Bezpieczniej jest przyjąć, że Twardowski był w XVI wieku przede wszystkim figurą anegdoty, wokół której gromadziły się opowieści o tym, co mogło się zdarzyć w mieście słynącym z astrologii i nauk tajemnych.
Ten kontekst ma znaczenie. Kraków był w XV i XVI wieku jednym z najważniejszych ośrodków astronomii i astrologii w Europie Środkowej, a jego akademia przyciągała studentów z Niemiec, Węgier i innych krajów. W niemieckiej literaturze o Fauście pojawiła się nawet informacja, przekazana przez Johannesa Manliusa w zbiorze z 1563 roku jako zasłyszana od Melanchtona, że Faust uczył się magii właśnie w Krakowie, gdzie miała ona być niegdyś wykładana publicznie. Wiadomość ta nie ma oparcia w dokumentach uniwersyteckich, ale pokazuje, że w oczach sąsiadów polskie miasto uczonych uchodziło za miejsce, gdzie łatwo zejść z drogi astronomii na ścieżkę czarnoksięstwa.
Pakt na Krzemionkach
Rozbudowana legenda, którą znamy dziś, ukształtowała się w ciągu XVII i XVIII wieku, a ostateczny kształt nadali jej pisarze XIX stulecia. Jej rdzeń jest prosty. Twardowski, szlachcic i uczony, pragnie wiedzy i władzy, jakich nie może dać mu żadna szkoła, i zawiera umowę z diabłem. Akt ma zostać podpisany krwią w nocy na Krzemionkach, wapiennych wzgórzach po drugiej stronie Wisły, gdzie dziś leży Podgórze. Diabeł zobowiązuje się służyć Twardowskiemu, a w zamian może zabrać jego duszę dopiero wtedy, gdy ten przybędzie do Rzymu. Czarnoksiężnik, przekonany o własnej przebiegłości, zamierza oczywiście nigdy do Rzymu nie pojechać.
Ten warunek jest najważniejszą różnicą względem niemieckiego wzoru. W opowieści o Fauście umowa ma określony termin i kończy się z upływem czasu. W polskiej legendzie wszystko zależy od miejsca, a cały dramat przesuwa się w stronę gry słownej. Diabeł dopada wreszcie Twardowskiego w karczmie, która nosi nazwę „Rzym”, i w ten sposób dotrzymuje litery umowy, łamiąc jej ducha. Ta pułapka kalamburu jest typowa dla polskiej tradycji gawędziarskiej, w której diabeł bywa raczej sprytnym prawnikiem niż ponurym księciem ciemności.
Z miejscem paktu związało się kilka lokalnych podań. Na Krzemionkach pokazywano jaskinie i szczeliny, w których Twardowski miał prowadzić swoje doświadczenia. Nieco dalej, na Zakrzówku, wapienne Skałki Twardowskiego do dziś noszą jego imię, a opowieści o ukrytej pracowni czarnoksiężnika pozostały częścią miejskiego folkloru. Kraków w tej legendzie nie jest tłem, lecz współautorem: to jego wzgórza, karczmy i kościoły nadają historii konkretną mapę.
Legenda obrosła też licznymi epizodami pobocznymi, opowiadanymi w różnych wersjach. Twardowski miał wypełniać Wisłę rybami, przenosić skały, budować w jedną noc, zamieniać piasek w srebro i odnajdywać ukryte skarby w Olkuszu, gdzie diabeł miał zwozić dla niego kruszec. Te opowieści przypominają raczej katalog cudownych sztuczek niż spójną fabułę, a ich wspólnym rysem jest swoboda, z jaką czarnoksiężnik rozporządza siłami natury. Diabeł występuje w nich jako sługa, często zmęczony i zirytowany kaprysami pana, co dodatkowo wzmacnia komiczny wymiar całości.
Lot na kogucie i pająk na Księżycu
Najbardziej znany obraz legendy to scena, w której diabeł unosi Twardowskiego w powietrze. Według jednej z wersji czarnoksiężnik sam przemieszcza się na kogucie albo na zaczarowanym koniu, popisując się swoją władzą nad przestrzenią. W innej, kanonicznej, diabeł chwyta go w karczmie i porywa przez komin ku piekłu. Lecący w górę Twardowski zaczyna wtedy śpiewać pieśń do Matki Bożej, której nauczył się w dzieciństwie. Na dźwięk tej pieśni diabeł puszcza swoją ofiarę, a Twardowski zawisa w powietrzu, wreszcie zostaje na Księżycu, gdzie ma przebywać aż do dnia Sądu.
To zakończenie nadaje polskiej legendzie zupełnie inny ton niż niemieckiej. Faust z ksiąg ludowych zostaje rozszarpany przez diabła, a jego historia jest przestrogą przed pychą uczonego. Twardowski nie zostaje ani potępiony, ani zbawiony. Zawieszony między niebem a ziemią czeka, a jego los rozstrzyga się nie przez pokutę, lecz przez okruch dziecięcej pobożności, który przetrwał całe życie w służbie diabła. Taki finał wydaje się bliski barokowej kulturze maryjnej, w której nawet największy grzesznik mógł liczyć na wstawiennictwo Matki Bożej.
Z Księżycem łączy się jeszcze jeden szczegół. Twardowski ma tam jedynego towarzysza, pająka, którego od czasu do czasu wysyła na nici na ziemię, aby przyniósł mu wieści o tym, co się dzieje w Polsce. Ten obraz, przywoływany w literaturze i w ludowych opowieściach, nadaje postaci rys melancholijny. Czarnoksiężnik, który kiedyś rozkazywał duchom, stał się wygnańcem tęskniącym za ojczyzną, i w XIX wieku łatwo było dostrzec w nim figurę polskiego losu.
Ludowe przekazy o Twardowskim krążyły w różnych regionach Polski, a dziewiętnastowieczni zbieracze podań notowali je w swoich zbiorach. W tych wersjach czarnoksiężnik bywa raz pyszałkiem, raz szlachcicem-dowcipnisiem, a raz przestrogą przed zadawaniem się z nieczystą siłą. Lud traktował go jako postać z własnego świata, osadzoną w realiach dworów, karczm i jarmarków, a nie jako uczonego z obcej akademii. To zakorzenienie w codziennym życiu odróżnia polską legendę od niemieckiej historii, która od początku była przede wszystkim tekstem drukowanym i moralizatorskim.
Lustro z Węgrowa
Jedynym przedmiotem materialnym, który tradycja wiąże z Twardowskim, jest metalowe lustro przechowywane w kościele parafialnym w Węgrowie na Podlasiu. Jest to zwierciadło z polerowanego stopu metali, oprawione w ozdobną ramę i opatrzone łacińską inskrypcją, która mówi, że Twardowski posługiwał się tym zwierciadłem w swoich magicznych sztukach, lecz ta igraszka została obrócona na służbę Bogu. Badacze datują sam przedmiot na XVI wiek, co zgadza się z epoką, w której miał żyć czarnoksiężnik, ale nie dowodzi, że rzeczywiście należał do niego. Napis jest wyraźnie późniejszym świadectwem legendy, a nie jej źródłem.
Z lustrem związała się osobna opowieść. Według przekazu Twardowski miał ukazać w nim królowi Zygmuntowi Augustowi ducha zmarłej żony, Barbary Radziwiłłówny, której śmierć w 1551 roku pogrążyła władcę w głębokiej żałobie. Wzmianki o tym, że król, pogrążony w smutku, interesował się wywoływaniem duchów, krążyły już wcześniej, choć brakuje źródeł potwierdzających, że miało to rzeczywiście miejsce. Legenda połączyła te dwa wątki i nadała przedmiotowi w Węgrowie biografię godną relikwii.
Inna, późniejsza opowieść przypisuje pęknięcie na tafli uderzeniu szpady Napoleona, który miał w lustrze zobaczyć własną klęskę. Również ta wersja należy do sfery podań, a nie dokumentów. Mimo to lustro z Węgrowa pozostaje fascynującym przykładem tego, jak przedmiot liturgiczny lub dekoracyjny może zostać wciągnięty w orbitę legendy i stać się jej materialnym poręczeniem. Umieszczenie go w kościele i napis o obróceniu igraszki na służbę Bogu streszczają zresztą cały moralny wymiar opowieści: wiedza tajemna nie musi być zniszczona, jeśli zostanie oczyszczona.
Od gawędy do romantyzmu
Literacką sławę zapewnił Twardowskiemu Adam Mickiewicz w balladzie Pani Twardowska, ogłoszonej w tomie Ballady i romanse z 1822 roku. Mickiewicz przedstawił czarnoksiężnika z ludowym humorem. W karczmie zjawia się diabeł z cyrografem, a Twardowski stawia mu kolejne zadania, z których ostatnie okazuje się niewykonalne: diabeł miałby przez rok mieszkać z jego żoną. Przerażony diabeł ucieka przez dziurkę od klucza. Ballada przesuwa akcent z grozy na komizm obyczajowy, a figura czarnoksiężnika staje się przede wszystkim figurą sprytu.
Kolejne pokolenia pisarzy podejmowały ten temat w różnych tonacjach. Józef Ignacy Kraszewski poświęcił mu w 1840 roku utwór Mistrz Twardowski, a historię opowiadano w zbiorach legend, w teatrze, w operze i w filmie. Każda epoka akcentowała coś innego: romantycy niepokój uczonego i melancholię wygnania, autorzy literatury dziecięcej przygodę i dowcip, twórcy XX wieku raczej grę z konwencją.
Romantyczna recepcja dodała też wątek, którego dawne podania nie znały w takim natężeniu: Twardowski stał się symbolem polskiej ciekawości świata i polskiej przekory wobec losu. Jego zawieszenie na Księżycu odczytywano w czasach zaborów jako obraz narodu, który nie zginął, ale też nie odzyskał swojego miejsca, i czeka, aż wiadomość przyniesiona z ziemi zmieni jego położenie. Takie interpretacje mówią więcej o XIX wieku niż o samej legendzie, lecz dobrze pokazują jej pojemność.
Legenda Twardowskiego pokazuje, że w polskiej kulturze motyw paktu z diabłem nie przybrał formy wielkiej tragedii poznania. Pozostał opowieścią lokalną i przewrotną, w której spryt, gra słów i maryjna pobożność łagodzą grozę czarnoksięstwa. Kraków z jego wzgórzami i karczmami, Księżyc z samotnym pająkiem i lustro w Węgrowie tworzą razem mapę wyobraźni, w której magia jest zarazem pokusą i przedmiotem żartu, a jej mistrz nie trafia ani do nieba, ani do piekła, tylko zawisa pomiędzy nimi, czekając na rozstrzygnięcie, które nie nadchodzi.
