Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Magia ceremonialna

Mandragora między zielnikiem a legendą wisielca

Mandragora przeszła drogę od rzeczowych opisów Teofrasta i Dioskuridesa, przez drzeworyty Hortus sanitatis, do niemieckiego Alraun wyrastającego pod szubienicą, i przez cały ten czas pozostawała jednocześnie środkiem leczniczym oraz magicznym ludzikiem, co czyni ją wyjątkowym świadectwem splotu botaniki i wyobraźni.

Mandragora – miniatura z rękopisu „Tacuinum sanitatis”, około 1390 – domena publiczna
Mandragora – miniatura z rękopisu „Tacuinum sanitatis”, około 1390 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Roślina z ludzkim korzeniem

Niewiele roślin miało w historii Europy tak bogatą biografię jak mandragora. Należy do psiankowatych, rośnie dziko w basenie Morza Śródziemnego, ma rozetę szerokich liści, niepozorne kwiaty i żółte, pachnące owoce, ale jej sława od początku wiązała się z czymś, czego nie widać nad ziemią: z grubym, często rozwidlonym korzeniem, który przy odrobinie wyobraźni przypomina sylwetkę człowieka. Ta cecha morfologiczna, dodana do silnego działania alkaloidów zawartych w roślinie, wystarczyła, by mandragora stała się przedmiotem zarówno zielnikowych opisów, jak i opowieści o istocie na wpół roślinnej, na wpół ludzkiej.

Już w Biblii, w księdze Rodzaju, pojawiają się dudaim, które Ruben przynosi matce Lei, a o które prosi bezpłodna Rachela. Tradycja przekładów, począwszy od Septuaginty, utożsamiła je z mandragorą, choć współcześni egzegeci nie są tego pewni. Sam epizod ugruntował jednak przekonanie, że roślina ma związek z płodnością i miłością, które przetrwało w Europie do czasów nowożytnych. W ten sposób już na początku jej historii splatają się dwa wątki: przyrodniczy i symboliczny.

Teofrast i Dioskurides: lekarstwo i obrzęd

Najstarsze greckie relacje przyrodnicze traktują mandragorę bez sentymentu, ale nie bez zainteresowania obrzędami. Teofrast w Historii roślin, w księdze poświęconej sokom i właściwościom leczniczym, opisuje zalecenia zbieraczy korzeni: wokół mandragory należy trzykrotnie zakreślić krąg mieczem, ciąć zwróconym ku zachodowi, a przy drugim kawałku tańczyć wokół rośliny i wypowiadać słowa o sprawach miłosnych. Teofrast przekazuje te zwyczaje z pewnym dystansem, zaznaczając, że niektóre z nich wydają się dodane dla nadania sprawie powagi, ale nie odrzuca ich całkowicie. Jego tekst pokazuje, że już w IV wieku przed Chrystusem zbiór tej rośliny był otoczony rytuałem, a przyrodnik uważał za stosowne go odnotować.

Dioskurides w De materia medica, dziele z I wieku, które przez półtora tysiąclecia było podstawowym podręcznikiem farmakologii, opisuje mandragorę przede wszystkim jako środek nasenny i znieczulający. Zalecał ją tym, którym miano coś odcinać lub przypalać, aby nie czuli bólu, i ostrzegał przed nadmiarem, który może zabić. Rozróżniał także odmianę męską i żeńską, co później zostało przejęte przez ilustratorów i nabrało antropomorficznego sensu. U Dioskuridesa mandragora jest potężnym lekiem, którego trzeba używać z rozwagą; nie ma tu ludzika ani krzyku, jest dawka i jej skutki.

Pliniusz Starszy w Historii naturalnej powtarza część tych informacji, dodając szczegóły o sposobie zbioru, w których znów pojawia się zachód i miecz. Wszyscy trzej autorzy razem ukazują ten sam obraz: roślinę o działaniu niebezpiecznym i cennym, której pozyskanie wymagało ostrożności, a ostrożność ta przybierała formę obrzędu. W późniejszej tradycji obrzęd zaczyna jednak żyć własnym życiem, a ostrożność zamienia się w grozę.

Pies, krzyk i zakazany korzeń

Najbardziej znany element legendy – wyrywanie mandragory przy pomocy psa – ma swoje korzenie w źródle, które w ogóle nie mówi o mandragorze. Józef Flawiusz w Wojnie żydowskiej opisuje roślinę zwaną baaras, rosnącą w dolinie koło twierdzy Macheront, która świeci w nocy i zabija tego, kto ją chwyci. Jedynym bezpiecznym sposobem zdobycia jej jest odkopanie korzenia i przywiązanie do niego psa, który rzucając się za swym panem wyrwie roślinę i sam przy tym zginie. Średniowieczni czytelnicy przenieśli ten motyw na mandragorę, a ilustratorzy herbarzy przez stulecia przedstawiali scenę psa uwiązanego do korzenia, często z człowiekiem zatykającym uszy lub dmącym w róg.

Tak narodził się motyw krzyku. Mandragora wyrywana z ziemi miała wydawać wrzask, który zabijał lub doprowadzał do szaleństwa, i stąd konieczność użycia zwierzęcia. Szekspir kilkakrotnie korzysta z tego obrazu, a w Romeo i Julii bohaterka obawia się wrzasków podobnych do krzyku mandragor wyrywanych z ziemi. W XVI i XVII wieku motyw był już tak powszechny, że mógł służyć jako literacki skrót grozy, zrozumiały dla widza teatralnego bez wyjaśnień.

Średniowieczna teologia natury dodała do tego jeszcze jeden wymiar. Hildegarda z Bingen w Physica pisze, że mandragora powstała z tej samej ziemi, z której ukształtowano Adama, i dlatego przypomina człowieka, a z powodu tego podobieństwa łatwiej niż inne rośliny poddaje się wpływom diabła. Zaleca, by wykopany korzeń natychmiast oczyścić w źródlanej wodzie, co ma usunąć z niego szkodliwe działanie. Dla Hildegardy roślina nie jest ani zwykłym lekiem, ani istotą demoniczną, lecz bytem granicznym, który ze względu na swój kształt wymaga szczególnej ostrożności duchowej.

Drzeworyty i ludzik w szkatule

Prawdziwa ikonografia mandragory rozwinęła się w rękopisach i drukowanych zielnikach późnego średniowiecza. Już w ilustrowanych kopiach herbarza Pseudo-Apulejusza korzeń przybiera wyraźnie ludzką postać, często z głową, z której wyrastają liście. Gdy w 1491 roku w Moguncji ukazał się drukiem Hortus sanitatis, wielka encyklopedia przyrodnicza oparta w dużej mierze na wcześniejszym niemieckim Gart der Gesundheit z 1485 roku, mandragora otrzymała w niej dwa osobne drzeworyty: męski i żeński, z wyraźnie zaznaczonymi cechami płci, z liśćmi zamiast włosów. Rozróżnienie Dioskuridesa, które pierwotnie dotyczyło odmian rośliny, stało się w ten sposób rozróżnieniem płci dwóch małych ludzi.

W krajach niemieckojęzycznych roślina zyskała imię Alraun lub Alraune, a obok niego określenie Galgenmännlein, „szubieniczny ludzik”. Według ludowej legendy, zebranej później przez braci Grimm w Deutsche Sagen, mandragora wyrasta pod szubienicą z nasienia lub moczu niewinnie powieszonego człowieka. Można ją wydobyć tylko w piątek przed świtem, z uszami zatkanymi woskiem, przy pomocy czarnego psa, który ginie od jej krzyku. Wykopany korzeń należy obmyć winem, owinąć w białe i czerwone płótno i przechowywać w szkatule, a w zamian ludzik przynosi właścicielowi szczęście, bogactwo i rozwiązywanie spraw sądowych. Legenda zawiera w sobie wszystkie wcześniejsze warstwy: obrzęd zbioru, psa, krzyk, ludzką postać, ale dodaje do nich nowe elementy – szubienicę i rolę domowego ducha opiekuńczego.

W ten sposób mandragora przestała być lekiem i stała się talizmanem. Alraun nie służył już do znieczulenia przy amputacji, lecz był przechowywany, ubierany, karmiony i przekazywany w spadku. W zbiorach europejskich zachowały się takie figurki, niekiedy odziane w drobne szaty, co potwierdza, że praktyka nie była jedynie literacką fikcją. Wielu z nich nie wykonano zresztą z mandragory, lecz z korzenia przestępu lub innych roślin, odpowiednio przyciętych i uformowanych przez handlarzy.

Podróbki, procesy i krytyka zielnikarzy

Popularność ludzików stworzyła rynek, a rynek przyciągnął oszustów. Angielski zielnikarz William Turner w połowie XVI wieku przestrzegał przed rzeźbionymi korzeniami sprzedawanymi jako mandragory, a John Gerard w Herball z 1597 roku otwarcie wyśmiewał opowieści o krzyku i psie, twierdząc, że sam wykopywał rośliny bez żadnej szkody dla siebie. Gerard, choć nie był wolny od błędów i plagiatów, reprezentuje tu nową postawę przyrodnika, który chce oddzielić obserwację od baśni. Jego kpina jest zarazem świadectwem, jak mocno baśń była zakorzeniona w wyobraźni jego czytelników.

Druga strona tej historii jest mroczniejsza. Posiadanie mandragory mogło w epoce procesów o czary stać się dowodem obciążającym. Już w 1431 roku na procesie Joanny d’Arc pytano ją, czy nosiła przy sobie mandragorę, czemu stanowczo zaprzeczyła. W relacjach z Niemiec XVII wieku pojawiają się wzmianki o oskarżeniach, w których Alraun znaleziony w domu oskarżonej uznawano za znak paktu z diabłem, choć dokładne okoliczności poszczególnych spraw bywają w literaturze popularnej przesadzane i wymagają ostrożnej weryfikacji. Ludzik, który miał przynosić szczęście, mógł w ten sposób przynieść zgubę.

Literatura nowożytna odnotowała ten dwuznaczny status w sposób ironiczny. Niccolò Machiavelli w komedii Mandragola, napisanej prawdopodobnie około 1518 roku, uczynił rzekome właściwości rośliny osią intrygi, w której łatwowierny mąż daje się przekonać do absurdalnego planu. Komedia nie mówi wiele o samej roślinie, ale pokazuje, że w renesansowej Florencji wiara w moc mandragory mogła być przedmiotem satyry, podczas gdy w tym samym czasie w innych częściach Europy prowadziła na stos.

Roślina, którą trudno zostawić w spokoju

Historia mandragory pokazuje, że w kulturze europejskiej granica między zielnikiem a grymuarem nie przebiegała po linii prostej. Ta sama roślina była opisywana przez lekarzy jako środek, który należy dawkować ostrożnie, przez teologów jako byt szczególnie podatny na wpływy demoniczne, przez lud jako duch domowy, przez sędziów jako dowód winy, a przez komediopisarzy jako pretekst do żartu. Żadna z tych ról nie wyparła całkowicie pozostałych; przez kilka stuleci współistniały one obok siebie, często w obrębie tych samych tekstów.

Kluczowe znaczenie miał tu kształt korzenia. Gdyby mandragora nie przypominała człowieka, pozostałaby zapewne jednym z wielu silnych leków roślinnych, jak lulek czy pokrzyk, również znane z działania odurzającego. To podobieństwo uczyniło z niej obraz człowieka ukrytego w ziemi, istoty, która żyje w ciemności i krzyczy, gdy się ją wydobywa na światło. W tym obrazie odbijają się lęki i pragnienia epok, które go przyjmowały: lęk przed śmiercią na szubienicy, pragnienie płodności i bogactwa, fascynacja granicą między życiem roślinnym a ludzkim.

Dla historyka magii mandragora jest więc przypadkiem wzorcowym, bo pozwala zobaczyć, jak obiekt przyrodniczy przekształca się w obiekt symboliczny bez utraty swojej materialności. Nie była abstrakcyjnym znakiem, lecz rzeczą, którą można było kupić, przechowywać i pokazać. Ta materialność sprawiała, że legenda zawsze mogła odwołać się do konkretu, a konkret zawsze mógł zostać zinterpretowany przez legendę. Między zielnikiem a szubienicą rozciągała się przestrzeń, w której botanika i wyobraźnia przez długi czas mówiły jednym głosem.