Abrakadabra i medycyna Serenusa Sammonicusa
Słowo abracadabra wchodzi do historii w łacińskim poemacie lekarskim Serenusa Sammonicusa jako napis zwężający się linijka po linijce przeciw gorączce, a jego późniejsza droga – od amuletu przez kronikę zarazy po scenę iluzjonisty – pokazuje, jak formuła magiczna traci kontekst, zachowując kształt.

Poeta, lekarz i gorączka co trzeci dzień
Najstarsze znane świadectwo słowa, które dziś każde dziecko wypowiada przy wyciąganiu królika z kapelusza, nie pochodzi z papirusu egipskiego czarownika ani z tabliczki przekleństw, lecz z dydaktycznego poematu o leczeniu chorób. Liber medicinalis, znany też pod tytułem De medicina praecepta, to zbiór ponad tysiąca heksametrów, w których autor ułożył porady na dolegliwości od bólu głowy po stopy, w porządku mniej więcej od czubka ciała ku dołowi. Tradycja rękopiśmienna przypisuje go Serenusowi Sammonicusowi, a źródła późnoantyczne łączą to imię z erudytą z czasów Sewerów, zamordowanym w 212 roku na rozkaz Karakalli, oraz z jego synem o tym samym imieniu, nauczycielem młodego Gordiana. Który z nich ułożył poemat – i czy w ogóle któryś – pozostaje przedmiotem sporu filologów; bezpiecznie jest mówić o autorze z przełomu II i III wieku, piszącym w kręgu kultury rzymskiej, który znał Pliniusza i chętnie z niego czerpał.
Interesujący nas fragment należy do rozdziału o hemitritaeus, czyli gorączce „półtrzeciaczce”, nawracającej w rytmie, który starożytna medycyna uważała za szczególnie uporczywy. Autor zaleca tam, by na karcie zapisać słowo zwane abracadabra, a potem powtarzać je niżej, odejmując za każdym razem literę, aż z napisu zostanie wąski stożek. Tak przygotowaną kartę należy przewiązać lnianą nicią i zawiesić choremu na szyi. Poemat nie wyjaśnia, co słowo znaczy, nie przywołuje żadnego bóstwa i nie opatruje przepisu komentarzem teologicznym; podaje go obok innych środków, jakby był po prostu kolejnym lekarstwem.
Ta rzeczowość jest dla historyka idei najciekawsza. Serenus nie jest czarnoksiężnikiem, który ukrywa tajemnicę, lecz kompilatorem, który porządkuje wiedzę uznaną za skuteczną. W tej samej księdze wolno mu zresztą zdystansować się od niektórych zabobonów; amulet słowny nie budzi w nim jednak wątpliwości. Granica, którą nowożytność wytyczy między medycyną a magią, w jego świecie przebiegała gdzie indziej albo nie istniała wcale.
Logika znikającego napisu
Kształt zapisu nie jest ozdobnikiem, lecz zasadą działania. Słowo, które w kolejnych linijkach traci litery, aż zostaje z niego jedno „a”, naśladuje to, co ma się stać z chorobą: gorączka ma słabnąć tak, jak słabnie napis, i zniknąć, gdy zniknie on sam. Antropolodzy nazwaliby to magią sympatyczną opartą na analogii, starożytni lekarze mówiliby raczej o sympatii między rzeczami, ale mechanizm jest czytelny bez teorii. Mamy do czynienia z obrazem, który nie przedstawia choroby, tylko jej ubywanie.
Ta sama figura pojawia się w innych zbiorach późnoantycznej medycyny ludowej. Marcellus z Bordeaux, autor De medicamentis z przełomu IV i V wieku, notuje między innymi formułę skracaną sylaba po sylabie, którą należało wypowiadać lub zapisywać przeciw dolegliwościom oczu. Nie oznacza to, że Marcellus czerpał od Serenusa, choć obu łączy wspólna kultura receptariuszy; oznacza raczej, że zasada malejącego słowa była w świecie łacińskim znana i zrozumiała, a abracadabra jest jej najsłynniejszym, lecz nie jedynym przykładem.
Warto zauważyć, że amulet działa tu przez pismo, nie przez głos. Formuła nie jest wykrzykiwana ani śpiewana, lecz układana na powierzchni karty, tak że jej moc zależy od geometrii zapisu. To odróżnia ją od wielu zaklęć, w których liczy się przede wszystkim brzmienie niezrozumiałych imion – zjawisko, któremu poświęcony jest osobny esej o nomina barbara. W przypadku Serenusa słowo jest niezrozumiałe, ale jego siła wynika nie z obcego brzmienia, lecz z tego, że da się je stopniowo rozebrać.
Hipotezy o pochodzeniu słowa
Skoro poemat milczy o znaczeniu formuły, filologowie i amatorzy od stuleci próbują je odtworzyć. Najczęściej powtarzana hipoteza wywodzi słowo z aramejskiego, odczytując je jako coś w rodzaju „stwarzam, gdy mówię” albo „niech zginie jak to słowo”. Obie wersje są atrakcyjne, bo dobrze pasują do magicznej funkcji, ale żadna nie ma potwierdzenia w tekście poprzedzającym Serenusa, a rekonstrukcje aramejskie bywają tak swobodne, że mogłyby uzasadnić niemal dowolny sens. Inni łączyli formułę z hebrajskimi słowami na „ojca”, „syna” i „ducha świętego”, co jest w oczywisty sposób późniejszą chrześcijańską projekcją na tekst powstały w środowisku pogańskim.
Bardziej zachęcający jest trop prowadzący do imienia Abrasax lub Abraxas, znanego z gnostyckich systemów przypisywanych Bazylidesowi i z licznych gemm magicznych epoki cesarstwa. Imię to, którego litery w greckim zapisie liczbowym dają sumę 365, krążyło w tym samym świecie amuletów, w którym działał Serenus, i podobieństwo brzmieniowe jest uderzające. Nie ma jednak dowodu, że abracadabra jest jego przekształceniem, a nie niezależnym tworem o podobnym rytmie. Badacz uczciwie musi więc przyznać, że etymologia pozostaje nieznana, a każda z hipotez mówi więcej o tym, czego jej autor szukał, niż o pochodzeniu słowa.
Ta niepewność nie jest wyłącznie kłopotem filologicznym. Formuła, której sensu nie zna już ten, kto ją zapisuje, działa inaczej niż modlitwa: nie jest prośbą skierowaną do kogoś, lecz przedmiotem przekazywanym z rąk do rąk. W chwili, gdy wchodzi do łacińskiego poematu, jest już prawdopodobnie zapożyczeniem, którego pierwotne znaczenie się zatarło. Jej dalsza kariera polega na tym, że ta utrata sensu nie osłabia jej, lecz przeciwnie – czyni ją uniwersalną.
Można to ująć jeszcze inaczej. Gdyby słowo miało jasne znaczenie, przynależałoby do jednego języka, jednej religii i jednego obrządku, a jego użycie wymagałoby zgody na określoną teologię. Pozbawione znaczenia, staje się neutralne wyznaniowo: może je nosić poganin, chrześcijanin i późniejszy mieszczanin, który nie myśli o żadnym bóstwie, a jedynie o tym, by gorączka ustąpiła. Ta neutralność tłumaczy, dlaczego Kościół, choć potępiał amulety, nie zdołał wyrugować akurat tego jednego, i dlaczego przetrwało ono w zbiorach domowych porad obok formuł jawnie religijnych, z którymi nie wchodziło w konflikt.
Od rękopisów medycznych do kroniki zarazy
Poemat Serenusa był kopiowany w średniowieczu, cytowany przez kompilatorów i w końcu drukowany w epoce humanizmu, a wraz z nim przetrwał przepis na stożkowy napis. Słowo przeniknęło do zielników, receptariuszy i zbiorów sekretów, często już bez wzmianki o autorze, jako samodzielny środek na febrę. W ten sposób formuła, która w starożytności była jednym z wielu lekarstw, stała się znakiem rozpoznawczym całego gatunku domowej medycyny amuletowej. Przekaz był przy tym coraz bardziej oderwany od tekstu źródłowego: przepis przechodził z księgi do księgi, a z czasem z księgi do ustnego obiegu.
Najbardziej wymowne świadectwo tej popularności pochodzi z angielskiej literatury epoki oświecenia. Daniel Defoe w A Journal of the Plague Year, wydanym w 1722 roku, a opisującym wielką zarazę londyńską z 1665 roku, wylicza środki, którymi przerażeni mieszkańcy próbowali się chronić. Obok cudownych pigułek, eliksirów i znaków jezuickich wymienia właśnie słowo abracadabra zapisane w kształcie trójkąta lub piramidy i noszone przy sobie. Defoe nie pisze jako świadek – miał wtedy kilka lat – lecz jako autor rekonstruujący atmosferę epoki z relacji i dokumentów, a jego narrator ocenia te praktyki z wyraźną dezaprobatą, jako przejaw ludzkiej łatwowierności, na której żerowali szarlatani.
Ta scena jest ważna z dwóch powodów. Po pierwsze potwierdza, że w XVII wieku formuła Serenusa była rozpoznawalna w szerokich warstwach społeczeństwa i że stosowano ją już nie tylko przeciw gorączce, lecz przeciw zarazie, czyli przeciw każdemu niebezpieczeństwu, którego medycyna nie umiała opanować. Po drugie pokazuje moment, w którym kultura literacka zaczyna mówić o niej z zewnątrz. To, co dla Serenusa było przepisem, dla Defoe’a jest objawem zabobonu. Słowo pozostało to samo, zmieniło się miejsce, z którego się na nie patrzy.
Kariera formuły bez znaczenia
Dalszy los słowa jest dobrze znany, choć rzadko rozważany jako zjawisko historyczne. W XIX wieku abracadabra przechodzi do repertuaru estradowych prestidigitatorów i do języka potocznego, gdzie oznacza już tylko ozdobne zawołanie towarzyszące sztuczce albo, ironicznie, niezrozumiały żargon. Jej magiczna funkcja nie zniknęła całkowicie, lecz została przeniesiona w sferę zabawy: iluzjonista wypowiada słowo nie po to, by coś sprawić, lecz by zaznaczyć, że teraz nastąpi „czar”, o którym wszyscy wiedzą, że jest sztuczką. Formuła pracuje odtąd jako cudzysłów.
Ten przebieg – od przepisu leczniczego przez amulet ludowy do teatralnego gestu – jest wzorem dla losu wielu magicznych formuł. Napis o niejasnym pochodzeniu zostaje utrwalony w tekście cieszącym się autorytetem, następnie oddziela się od tego tekstu i krąży samodzielnie, a wreszcie, gdy kultura uczona przestaje wierzyć w jego skuteczność, przechodzi do rozrywki lub do słownika metafor. Na każdym etapie traci coś z kontekstu, ale zachowuje kształt, a często właśnie kształt – rytm sylab, łatwość zapamiętania, charakterystyczny trójkąt – decyduje o tym, że przetrwa.
Dla badacza tradycji ezoterycznych płynie stąd pewna ostrożność. Słowo, które wydaje się pradawną tajemnicą, ma udokumentowany początek w konkretnym dziele i w konkretnym kontekście medycznym; wszystko, co dodano mu później – głęboka etymologia, kabalistyczne interpretacje, legenda o chaldejskich kapłanach – jest nadbudową, często barwną, ale pozbawioną oparcia w źródłach. Jednocześnie lekceważenie tej nadbudowy byłoby błędem, bo to ona sprawiła, że formuła nie zginęła razem z rzymską medycyną. Abracadabra jest więc dobrym przykładem tego, że w historii magii pochodzenie i znaczenie to dwie odrębne sprawy, a słowo potrafi żyć długo po tym, jak zapomniano, co mówiło.
Pozostaje jeszcze obraz, od którego wszystko się zaczęło: karta z napisem kurczącym się ku jednej literze, zawieszona na lnianej nici na szyi gorączkującego człowieka. W tym prostym przedmiocie zawiera się intuicja, która przetrwała wszystkie zmiany interpretacji – przekonanie, że choroba, której nie można pokonać siłą, można przynajmniej przedstawić jako coś, co ubywa. Ta nadzieja, zapisana w geometrii słowa, była zapewne prawdziwym lekarstwem, jakie oferował Serenus, i zarazem powodem, dla którego jego formuła okazała się trwalsza niż cała medycyna, z której wyrosła.
