Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Magia ceremonialna

Butelki czarownic i archeologia domowej ochrony

Kamionkowe butelki wypełnione szpilkami i moczem, buty zamurowane przy kominach oraz znaki wyryte przy drzwiach i oknach dowodzą, że w nowożytnej Anglii magia obronna nie była domeną wtajemniczonych, lecz zwyczajną troską gospodarzy o dom, w której archeologia odnajduje religijność niezapisaną w żadnym traktacie.

Kamionkowy dzban typu Bellarmine użyty jako butelka czarownic, ekspozycja w londyńskim Guildhall, fot. Ethan Doyle White – CC BY-SA 4.0
Kamionkowy dzban typu Bellarmine użyty jako butelka czarownic, ekspozycja w londyńskim Guildhall, fot. Ethan Doyle White – CC BY-SA 4.0 · Wikimedia Commons

Przedmioty, o których nie pisano

Historia magii przez długi czas była historią tekstów: grymuarów, traktatów demonologicznych, akt procesowych i polemik teologów. Taki obraz ma jednak wyraźne ograniczenie, bo pokazuje przede wszystkim to, co ludzie wykształceni sądzili o magii, a w znacznie mniejszym stopniu to, co robili zwykli mieszkańcy wsi i miasteczek. Dopiero od drugiej połowy XX wieku, gdy archeolodzy zaczęli systematycznie notować dziwne znaleziska z remontowanych domów, okazało się, że istnieje drugi, materialny zapis praktyk ochronnych, równie bogaty jak piśmienny, a pod pewnymi względami bardziej szczery.

Pionierem tego podejścia był Ralph Merrifield, związany z muzeami londyńskimi archeolog, którego książka The Archaeology of Ritual and Magic z 1987 roku zebrała rozproszone obserwacje w spójną dziedzinę. Merrifield zwrócił uwagę, że przedmioty znajdowane pod podłogami, w ścianach i przy paleniskach nie są przypadkowymi śmieciami, lecz układają się w powtarzalne wzory, a te wzory odpowiadają rozproszonym wzmiankom w literaturze nowożytnej. Kontynuatorem jego pracy jest Brian Hoggard, który przez lata gromadził dane o takich znaleziskach w Wielkiej Brytanii i podsumował je w książce Magical House Protection wydanej w 2019 roku. Obaj podkreślają, że mamy do czynienia nie z kuriozami, lecz z rozległą, choć prawie niemą tradycją.

Hoggard używa w tym kontekście pojęcia przeciwczarów, counter-witchcraft, by podkreślić, że większość takich przedmiotów nie służyła rzucaniu uroków, lecz odpieraniu cudzych. Ich twórcy nie postrzegali siebie jako czarowników; przeciwnie, uważali się za potencjalne ofiary czarów i działali w obronie własnej, zgodnie z przekonaniem podzielanym wówczas przez sędziów, duchownych i sąsiadów. Takie ujęcie zmienia perspektywę. Magia obronna nie była dla nich występkiem wymagającym ukrycia przed władzą, lecz rozsądną ostrożnością, a jeśli coś ukrywano, to raczej przed samą czarownicą, której nie wolno było dowiedzieć się, gdzie leży pułapka.

Butelka z brodatą twarzą

Najbardziej charakterystycznym przedmiotem tej tradycji jest tak zwana butelka czarownicy, witch bottle. W Anglii XVII wieku najczęściej używano do tego celu kamionkowych dzbanów importowanych z Nadrenii, zwłaszcza z ośrodków garncarskich wokół Kolonii i Frechen. Na szyjce miały one plastyczną maskę brodatego mężczyzny, od której wzięła się angielska nazwa bellarmine, łączona przez potoczną tradycję z kardynałem Robertem Bellarminem, polemistą kontrreformacji. Związek ten jest raczej żartem protestanckich użytkowników niż faktem z dziejów garncarstwa, ale sama groteskowa twarz mogła wzmacniać ochronny charakter naczynia, jakby strzegący go wizerunek miał odstraszać intruza.

Do butelki wkładano zestaw przedmiotów, który powtarza się w znaleziskach z zadziwiającą regularnością: zagięte szpilki, gwoździe, czasem igły, włosy, obcinki paznokci, niekiedy wycięte z materiału serce przebite szpilkami, a przede wszystkim mocz. Naczynie zakopywano pod paleniskiem lub progiem albo zamurowywano przy kominie, czyli w miejscach uważanych za szczególnie narażone. Analizy laboratoryjne niektórych zamkniętych butelek potwierdziły obecność moczu, a więc to, o czym wspominały źródła pisane, nie było literacką fikcją.

Te źródła istnieją, choć są nieliczne. Joseph Blagrave w Astrological Practice of Physick z 1671 roku opisuje sposób, w jaki osoba sądząca się zaczarowaną może zwrócić czar przeciw sprawczyni: mocz chorego zamknięty w naczyniu razem z ostrymi przedmiotami ma zadawać ból czarownicy, z którą chory pozostaje w niewidzialnej więzi. Wzmianki o podobnych praktykach znajdują się też w zbiorach opowieści o czarach z tej epoki, w tym w Saducismus triumphatus Josepha Glanvilla. Logika jest przejrzysta: skoro czarownica działa przez związek z ciałem ofiary, można ten związek obrócić przeciw niej, zamieniając ciało ofiary w pułapkę. Szpilki i gwoździe nie są tu przypadkowe, bo żelazo i ostrza od dawna uchodziły za odstraszające złe moce.

Znalezisko z Greenwich

Szczególne miejsce w badaniach zajmuje butelka odkryta w 2004 roku podczas prac archeologicznych w Greenwich w południowo-wschodnim Londynie. Była zakopana do góry dnem i, co rzadkie, pozostała szczelnie zamknięta, a więc jej zawartość nie uległa rozproszeniu ani zanieczyszczeniu. Szczegółową analizę przeprowadził Alan Massey, emerytowany chemik współpracujący z archeologami, a jej wyniki opisano w popularnonaukowym piśmie British Archaeology.

W naczyniu znaleziono zagięte gwoździe i szpilki, skórzany przedmiot w kształcie serca przebity gwoździem, włosy, obcięte paznokcie, kłaczki tkaniny oraz płyn, który okazał się moczem. Wykryto także ślady siarki, co niektórzy badacze wiążą z kojarzeniem siarki z ogniem piekielnym i z wypędzaniem demonów. Stan paznokci pozwolił ostrożnie przypuszczać, że należały do osoby niewykonującej ciężkiej pracy fizycznej, co sugeruje, że praktyka nie ograniczała się do najuboższych. Butelkę datuje się na drugą połowę XVII wieku, na okres, w którym w Anglii toczyły się ostatnie wielkie procesy o czary.

Znaczenie Greenwich polega na tym, że po raz pierwszy można było porównać przedmiot z opisem pisanym niemal punkt po punkcie. Okazało się, że zalecenia Blagrave’a i opowieści zbieraczy cudowności nie przesadzały: ludzie rzeczywiście starannie kompletowali zawartość, dobierając elementy pochodzące z własnego ciała i przedmioty zdolne ranić. Archeologia nie potwierdza oczywiście skuteczności tej praktyki, ale potwierdza jej powagę. Ktoś, kto zamykał w naczyniu własne paznokcie i mocz, a potem zakopywał je pod domem, nie bawił się, lecz bronił.

Buty w ścianach i znaki przy progu

Butelki są tylko jednym z elementów szerszego zjawiska. Równie często, a według niektórych zestawień nawet częściej, w starych domach znajduje się ukryte obuwie, najczęściej pojedyncze, znoszone, często dziecięce, umieszczone w pobliżu komina, nad drzwiami albo pod schodami. Muzeum w Northampton, mieście o długiej tradycji szewskiej, od lat prowadzi rejestr takich znalezisk, zapoczątkowany przez kustoszkę June Swann. Brak współczesnych tekstów wyjaśniających ten zwyczaj sprawia, że interpretacja pozostaje hipotetyczna; najczęściej przyjmuje się, że but, który przyjął kształt stopy właściciela, zachowywał coś z jego osoby i mógł działać jak przynęta lub zastępca, zatrzymując złe moce przy wejściach do domu.

Podobnie ostrożności wymagają znaki apotropaiczne wyryte w drewnie i kamieniu. Należą do nich rozety rysowane cyrklem, tak zwane koła stokrotki, splecione litery V interpretowane jako skrót wezwania Virgo Virginum, czyli „Panno nad pannami”, a także ślady przypaleń na belkach i odrzwiach. Rozety i litery maryjne pojawiają się w kościołach, stodołach i domach mieszkalnych, zwykle w miejscach przejścia: przy drzwiach, oknach i kominkach. W Knole House w hrabstwie Kent zachowały się znaki wyryte przy kominku, który według badaczy przygotowano na wizytę króla Jakuba I w początkach XVII wieku, co pokazuje, że praktyka nie była wyłącznie chłopska. Co do przypaleń trwa spór, bo część z nich mogła powstać przypadkiem, od świec i lamp, a część celowo, jako ochrona przed ogniem przez kontrolowane zetknięcie z ogniem.

Wspólnym mianownikiem wszystkich tych przedmiotów jest topografia domu. Ochrona skupia się w tych miejscach, przez które coś może się dostać do środka: w otworach, na progach, w przewodach kominowych. Dom nie był w tej wyobraźni zamkniętą bryłą, lecz organizmem z otworami, które trzeba strzec, i właśnie tam umieszczano butelki, buty i znaki. Archeologia domowej ochrony jest w gruncie rzeczy archeologią granic.

Do tego repertuaru należą także przedmioty bardziej niepokojące. W ścianach i pod dachami starych budynków znajdowano wysuszone ciała kotów, a Merrifield poświęcił im osobne uwagi, ostrzegając jednocześnie, że część z nich to zwierzęta, które po prostu zabłądziły i zginęły w szczelinach. Odróżnienie depozytu celowego od przypadkowego jest tu zadaniem trudnym, bo zależy od kontekstu: od tego, czy kot został ułożony w określonej pozie, czy towarzyszyły mu inne przedmioty, czy zamurowano go w trakcie budowy. Podobne trudności dotyczą monet, łyżek, kawałków tkaniny i zwiniętych karteczek z napisami, które wypadają czasem z rozbieranych belek.

Religijność bez autora

To, co najbardziej uderza w tych znaleziskach, to ich anonimowość i powszechność. Nie wiemy, kto zakopał butelkę w Greenwich ani kto zamurował dziecięcy but w kominie wiejskiego domu; nie znamy ich modlitw ani przekonań. Wiemy tylko, że robili to w wielu miejscach, przez dziesięciolecia, w sposób na tyle podobny, że musieli dzielić wspólną wiedzę przekazywaną z ust do ust. Była to wiedza praktyczna, nie teoretyczna: nikt nie spisał teologii ukrytego buta, ale wielu wiedziało, gdzie go umieścić.

Taki obraz każe zrewidować przyzwyczajenie do traktowania magii jako zajęcia wyspecjalizowanego, wymagającego ksiąg, kręgów i szczególnych kwalifikacji. Domowa ochrona była raczej częścią zwykłego gospodarowania, podobnie jak naprawa dachu czy zabezpieczenie spiżarni. Nie wykluczała przy tym pobożności chrześcijańskiej: litery maryjne łączą się z kultem Matki Bożej, a ludzie, którzy zakopywali butelki, chodzili zapewne do kościoła. Reformacja, która w Anglii wyrugowała wiele dawnych sakramentaliów, mogła paradoksalnie wzmocnić potrzebę takich prywatnych zabezpieczeń, skoro oficjalne środki ochrony przed złem zostały ograniczone; jest to jednak hipoteza, nie ustalony fakt.

Zwyczaj nie skończył się wraz z XVII wiekiem. Butelki, buty i znaki pojawiają się w kontekstach XVIII-wiecznych i późniejszych, a w Ameryce Północnej znaleziono naczynia o podobnej zawartości, świadczące o przeniesieniu zwyczaju przez osadników. Zmieniały się materiały – kamionkę zastępowało szkło – ale zasada pozostawała ta sama. Dzięki temu archeologia pozwala dostrzec ciągłość, której nie widać w tekstach, bo elity intelektualne już od końca XVII wieku coraz rzadziej pisały o czarach inaczej niż z ironią.

Butelka czarownicy wydobyta spod paleniska nie jest więc jedynie osobliwością muzealną. Jest dokumentem lęku i troski, sporządzonym nie piórem, lecz rękami, z materiałów najbardziej osobistych, jakie człowiek posiada. Mówi o świecie, w którym dom był nie tylko schronieniem przed deszczem, lecz także twierdzą wobec niewidzialnej wrogości, a jego mieszkańcy, nie pytając teologów o pozwolenie, sami stawali się strażnikami własnego progu.