Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Magia ceremonialna

Galdrabók i islandzkie znaki magiczne

Islandzkie galdrastafir, takie jak ægishjálmur czy vegvísir, nie są reliktem epoki wikingów, lecz wytworem wczesnonowożytnej kultury rękopiśmiennej, w której resztki run spotkały się z łacińską magią ceremonialną, chrześcijańską modlitwą i lękiem przed procesami o czary.

Fragment islandzkiego grymuaru Galdrabók z lat około 1550–1650, poświęcony znakowi Ægishjálmur – domena publiczna
Fragment islandzkiego grymuaru Galdrabók z lat około 1550–1650, poświęcony znakowi Ægishjálmur – domena publiczna · Wikimedia Commons

Mała księga z wielką sławą

Rękopis, który nazywa się dziś po prostu Galdrabók, „księgą czarów”, jest niewielkim zbiorem islandzkich zaklęć zachowanym w Sztokholmie. Nie jest dziełem jednego autora ani jednego czasu. Badacze rozpoznają w nim kilka rąk pisarskich, a powstanie poszczególnych warstw sytuują w drugiej połowie XVI i w XVII wieku. Tekst wydał drukiem w 1921 roku szwedzki filolog Natanael Lindqvist, a szerszej publiczności anglojęzycznej udostępnił go w 1989 roku Stephen Flowers, w tomie The Galdrabók: An Icelandic Grimoire. Od tego czasu rękopis stał się najbardziej znanym świadectwem islandzkiej magii, choć w samej Islandii zachowało się więcej podobnych zbiorów, zwanych zwykle galdrakver, „zeszytami czarów”.

Już pierwszy rzut oka na zawartość podważa romantyczny obraz północnej magii. Zaklęcia są krótkie i praktyczne: mają ochronić przed wrogiem, sprawić, by ktoś stracił chęć do kłótni, uśmierzyć ból, pomóc w zdobyciu kobiety, odstraszyć złodzieja. Wiele z nich składa się z rysunku znaku i krótkiej instrukcji, gdzie go wyryć, czym go narysować i co przy tym wypowiedzieć. Często trzeba rysować własną krwią, na drewnie, na skórze lub na papierze, i nosić znak przy sobie.

Rękopis nie zdradza nazwisk swoich autorów ani okoliczności, w jakich przeszedł z rąk islandzkich do szwedzkich zbiorów. Trzeba więc czytać go tak, jak czyta się większość ludowych ksiąg magicznych: jako narzędzie pracy, które kolejni właściciele uzupełniali według własnych potrzeb. Nie ma w nim wstępu wykładającego teorię, nie ma systemu duchów ani hierarchii mocy. Jest za to wyraźny ślad użytkowania, w którym każdy nowy wpis odpowiadał na konkretną sytuację, a nie na ambicję zbudowania spójnej doktryny. Ta cecha odróżnia islandzkie zeszyty od wielkich grymuarów kontynentalnych, które pretendowały do roli encyklopedii tajemnej wiedzy.

Język zaklęć: runy, łacina i Chrystus

Najciekawsza w Galdrabók jest mieszanina źródeł, z których czerpie. W zaklęciach pojawiają się wezwania Trójcy Świętej, Chrystusa i aniołów, fragmenty łacińskich formuł liturgicznych, imiona hebrajskiego Boga przekazane w zniekształconej formie, a obok nich imiona demonów znanych z europejskiej demonologii. W kilku miejscach przywołuje się także imiona dawnych bogów nordyckich, co przez długi czas uchodziło za dowód nieprzerwanej pogańskiej tradycji. Bliższa lektura pokazuje jednak, że bogowie ci występują raczej jako moce należące do tego samego, ciemnego porządku co biblijne demony. Kompilatorzy znali ich imiona z literatury i podań, a nie z żywego kultu, który na wyspie zanikł kilka stuleci wcześniej.

Podobnie rzecz się ma z runami. W islandzkich zaklęciach pojawiają się pojedyncze znaki runiczne i tak zwane bandrúnir, runy wiązane, złożone z kilku liter w jedną figurę. Islandczycy nie stracili kontaktu z runami tak całkowicie jak inne ludy Skandynawii, ponieważ alfabet runiczny przetrwał w użyciu antykwarycznym i w drobnych napisach. Jednak w księgach czarów runy funkcjonują już przede wszystkim jako litery tajemne, jako rodzaj szyfru, który podnosi powagę zaklęcia. Obok nich występują inne alfabety kryptograficzne, określane jako villuletur, „pismo zmylające”, oraz znaki przypominające litery hebrajskie lub greckie. Wszystko to jest raczej grą z prestiżem pisma niż przekazem starożytnej nauki.

Same galdrastafir, czyli magiczne znaki złożone z linii, krzyży, kół i zakończeń przypominających trójzęby, mają najbliższe analogie nie w runach, lecz w łacińskiej magii ceremonialnej. Pieczęcie i charaktery znane z ksiąg przypisywanych Salomonowi, z pism o magii planetarnej i z niemieckich zbiorów sekretów przedstawiały duchy, planety i anioły w postaci abstrakcyjnych figur. Islandzkie znaki należą do tego samego europejskiego idiomu graficznego. Trafiły na wyspę przez Danię, która rządziła Islandią, przez studentów kształcących się w Kopenhadze i przez obieg rękopisów, w których wiedza uczona przemieszczała się w uproszczonej postaci.

Charakterystyczne jest również to, że wiele zaklęć kończy się wezwaniem typowym dla modlitwy, na przykład w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego. Z punktu widzenia użytkownika nie było w tym sprzeczności. Moc znaku i moc imienia Bożego wzmacniały się nawzajem, a autorytet chrześcijański nie wykluczał posługiwania się tajemnymi literami. Z punktu widzenia luterańskich teologów taka mieszanina była natomiast podwójnie podejrzana, ponieważ nadużywała świętych imion w celach, które Kościół uważał za zabobonne lub demoniczne.

Hełm grozy i drogowskaz

Dwa znaki zyskały w ostatnich dziesięcioleciach sławę daleko poza Islandią. Ægishjálmur, „hełm grozy”, ma za sobą rzeczywiście stare imię. W poezji eddycznej smok Fafnir chwali się, że nosi ægishjálmr, którym budzi przerażenie we wszystkich ludziach. W tekście średniowiecznym nie jest to jednak znak graficzny, lecz przedmiot albo metafora mocy budzącej strach. Rysunek, który dziś nosi tę nazwę, czyli koło z ośmioma promieniami zakończonymi rozwidleniami, poświadczają dopiero rękopisy nowożytne. W zaklęciach, w których występuje, ma zapewniać ochronę i przewagę nad przeciwnikiem, co nawiązuje do dawnego znaczenia słowa, ale nie dowodzi ciągłości samego znaku.

Vegvísir, „drogowskaz”, jest jeszcze późniejszy. Nie występuje w Galdrabók. Znany jest przede wszystkim z rękopisu nazywanego Huld, zbioru materiałów magicznych spisanego w XIX wieku, w którym towarzyszy mu krótka adnotacja, że kto nosi ten znak, nie zbłądzi w burzy ani w niepogodzie, nawet jeśli drogi nie zna. To tekst praktyczny, zrozumiały w kraju, gdzie podróż przez wrzosowiska w zimie mogła kosztować życie. Popularne przedstawienia vegvísira jako „kompasu wikingów” nie mają jednak żadnego oparcia w źródłach średniowiecznych. Między epoką wikingów a rękopisem Huld minęło niemal tysiąc lat, a samo pojęcie znaku drogowskazu należy do świata nowożytnej magii ludowej.

Wiele innych znaków ma podobnie przyziemne zastosowania. Þjófastafur miał ujawnić złodzieja, lásabrjótur otworzyć zamek bez klucza. Para znaków używanych w zapasach, ginfaxi i gapaldur, miała zapewnić zwycięstwo w tradycyjnej islandzkiej walce glíma, jeśli umieścić je w butach, jeden pod palcami, drugi pod piętą. Takie przepisy pokazują, że magia znaków nie była przede wszystkim sprawą kosmologii ani duchowości, lecz codziennej rywalizacji, strachu i potrzeby.

Czas palenia

Wiedza o znakach magicznych nie była na Islandii niewinną ciekawostką. W XVII wieku wyspa przeżyła własną falę procesów o czary, której szczyt przypadł na lata od połowy lat dwudziestych do osiemdziesiątych tego stulecia. Islandczycy nazywają ten okres brennuöld, „wiekiem palenia”. Na stosie zginęło wówczas około dwudziestu kilku osób, co w kraju o tak niewielkiej liczbie mieszkańców było liczbą znaczącą. W odróżnieniu od większości Europy kontynentalnej oskarżeni byli niemal wyłącznie mężczyźni.

Ta szczególna proporcja ma związek z naturą islandzkiej magii. Zaklęcia zapisywano, a umiejętność pisania i posiadanie rękopisów należały w dużej mierze do mężczyzn: rolników, parobków, czasem duchownych. W wielu procesach dowodem winy była kartka z magicznymi znakami albo zeszyt z zaklęciami znaleziony przy podejrzanym. Najbardziej znany przypadek dotyczy ojca i syna, obu o imieniu Jón Jónsson, spalonych w 1656 roku w Skutulsfjörður na północnym zachodzie wyspy. Oskarżył ich miejscowy pastor Jón Magnússon, który uważał, że czary sprowadziły na niego chorobę i cierpienia. Swoje przeżycia opisał w tekście znanym jako Píslarsaga, „historia męki”, będącym jednym z najbardziej osobistych świadectw epoki o lęku przed czarami.

Islandzkie postępowania sądowe przebiegały przy tym inaczej niż wielkie polowania na czarownice w Niemczech czy Szkocji. Nie towarzyszyły im masowe oskarżenia o sabaty ani rozbudowane wizje diabelskich zgromadzeń. Zarzuty dotyczyły zwykle konkretnej szkody wyrządzonej konkretnej osobie i posiadania pism, które miały ją spowodować. Było to oskarżenie o czyn, a nie o przynależność do sekty czarownic, co dobrze odpowiada praktycznemu charakterowi samych zaklęć.

Procesy islandzkie ukazują znaki magiczne z drugiej strony. Dla tych, którzy je zapisywali, były środkiem ochrony i przewagi w trudnym życiu. Dla władz kościelnych i świeckich, wychowanych w luterańskiej demonologii, były dowodem paktu z diabłem. Ta sama kartka mogła być amuletem w rękach rolnika i dowodem w aktach sądu. Właśnie dlatego tak wiele rękopisów zaginęło: ich właściciele mieli wszelkie powody, by je niszczyć lub ukrywać.

Archiwum zamiast mitu

Wraz z wygaśnięciem procesów zaklęcia i znaki nie zniknęły. Przepisywano je dalej w XVIII i XIX wieku, a w epoce romantyzmu zaczęli się nimi interesować zbieracze podań. Jón Árnason, wydawca wielkiego zbioru islandzkich baśni i legend w latach sześćdziesiątych XIX wieku, uwzględnił w nim także opowieści o czarownikach i ich sztuce. Rękopisy w rodzaju Huld należą do tego samego ruchu kolekcjonerskiego: utrwalały materiał, który w tamtym czasie wciąż krążył wśród ludzi, ale już jako przedmiot zainteresowania antykwarycznego.

Z tej perspektywy islandzkie znaki magiczne są cennym świadectwem nie tyle dawnej religii Północy, ile wczesnonowożytnego styku kultur. Pokazują, jak na peryferiach Europy łacińska magia ceremonialna, przetworzona przez pośredników, spotkała się z lokalną pamięcią run i imion dawnych bogów, a wszystko to zostało ujęte w ramy chrześcijańskiej modlitwy. Rolnik rysujący znak na kawałku drewna i wzywający jednocześnie Chrystusa i tajemne imiona nie odtwarzał rytuału przodków z czasów sag. Działał w świecie, w którym luterański pastor, duński kupiec, kopenhaski student i miejscowy znachor współtworzyli tę samą, niejednorodną kulturę pisma.

Romantyczne odczytanie galdrastafir jako tajemnych symboli wikingów jest zrozumiałe, bo obiecuje bezpośredni dostęp do odległej przeszłości. Źródła opowiadają jednak historię mniej heroiczną, a zarazem ciekawszą: o ludziach walczących z zimą, chorobą, sąsiadem i sądem, którzy z rozproszonych fragmentów wielu tradycji ułożyli własny, skromny i bardzo ludzki repertuar ochrony.