Malleus Maleficarum i prawna retoryka strachu
Malleus maleficarum był przede wszystkim mową oskarżycielską przegranego inkwizytora: Heinrich Kramer po klęsce w Innsbrucku napisał księgę, która przekonywała sędziów, że niewiara w czary graniczy z herezją i że zbrodnia czarownic usprawiedliwia odstępstwo od zwykłych gwarancji procesu.

Klęska w Innsbrucku
Zanim powstał Młot na czarownice, jego autor przegrał proces. Dominikanin Heinrich Kramer, po łacinie Henricus Institoris, urodzony około 1430 roku w alzackim Schlettstadt, od lat działał w Górnych Niemczech jako inkwizytor. Jesienią 1485 roku przybył do Innsbrucka w diecezji Brixen i wszczął postępowanie przeciw kilku kobietom, wśród nich Helenie Scheuberin, mieszczance znanej z ostrego języka. Sposób prowadzenia przesłuchań, zwłaszcza natarczywe pytania o życie seksualne oskarżonej, wywołał sprzeciw obrońcy i miejscowych władz. Komisja biskupia uznała postępowanie za nieprawidłowe, kobiety zwolniono, a biskup Georg Golser w liście nazwał inkwizytora człowiekiem, który z powodu wieku zdaje się zdziecinniały, i wezwał go do opuszczenia diecezji.
Malleus powstał w następnych miesiącach i nosi ślady tej porażki na każdym kroku. Nie jest spokojnym podręcznikiem doświadczonego sędziego, lecz obroną stanowiska, które właśnie zostało podważone: że czary są realne, że są zbrodnią najcięższą i że ich ściganie nie może być hamowane przez skrupuły prawników i biskupów. Księga ukazała się w Spirze, najpewniej na przełomie 1486 i 1487 roku, w drukarni Petera Dracha. Na jej czele umieszczono tekst bulli Innocentego VIII Summis desiderantes affectibus z 5 grudnia 1484 roku, uzyskanej przez Kramera wcześniej dla wsparcia jego misji. Bulla upoważniała go i jego współbrata Jakoba Sprengera do działania w nadreńskich prowincjach kościelnych i nakazywała miejscowym władzom nie stawać im na drodze. O samej księdze, napisanej później, nie mówiła nic, ale umieszczona na jej początku sprawiała wrażenie papieskiej aprobaty dla całego wywodu.
Sam tytuł zdradza kierunek wywodu. Łacińskie maleficarum jest dopełniaczem liczby mnogiej rodzaju żeńskiego: to młot na czarownice, nie na czarowników. W piętnastowiecznych traktatach demonologicznych sprawcami czarów bywali równie często mężczyźni, a w procesach alpejskich pierwszych dekad stulecia mężczyźni stanowili znaczną część oskarżonych. Kramer świadomie przesunął akcent i zrobił z czarów zbrodnię kobiet. Nie stworzył tej tendencji, ale nadał jej nazwę, którą zapamiętały następne stulecia.
Jeden autor czy dwóch
W dokumentach dołączonych do księgi i w tradycji drukarskiej jako współautor figuruje Sprenger, profesor teologii w Kolonii i przeor tamtejszego konwentu. Badania ostatnich dekad, zwłaszcza prace Petera Segla i Günthera Jerouschka, a także krytyczne wydanie Christophera Mackaya z 2006 roku, każą w tej atrybucji widzieć raczej zabieg legitymizujący niż opis rzeczywistej współpracy. Styl, przykłady z praktyki i rozpoznawalne obsesje wskazują na Kramera jako głównego, a być może jedynego autora; źródła z późniejszych lat sugerują nawet, że Sprenger był wobec Kramera nieprzychylny. Sprawa nie jest zamknięta, ale ostrożna formuła brzmi dziś: księga Kramera, opatrzona nazwiskiem Sprengera.
Podobnie dwuznaczny jest status aprobaty kolońskiego wydziału teologii, datowanej na maj 1487 roku i dołączanej do części egzemplarzy. Dokument notarialny wymienia podpisy kilku profesorów, lecz już historyk Joseph Hansen na przełomie XIX i XX wieku dowodził, że Kramer przedstawił go w sposób wprowadzający w błąd, a co najmniej część poparcia uzyskał pod warunkami, które pominął. Jak daleko sięgała manipulacja, pozostaje przedmiotem sporu. Pewne jest jedno: autor gromadził wokół swojej książki wszystkie dostępne znaki autorytetu – papieża, uniwersytetu, współbrata z Kolonii – ponieważ jego własny autorytet został właśnie podważony.
Forma kwestii scholastycznej, quaestio, jest tu zresztą bardziej kostiumem niż metodą. Kramer zestawia autorytety – Augustyna, Tomasza z Akwinu, kanonistów – ale rzadko poważnie rozważa racje strony przeciwnej, a zarzuty formułuje tak, by łatwo je było odeprzeć. Księga ma wygląd uczonego traktatu, lecz jej logika jest logiką mowy prokuratorskiej: każdy argument służy jednemu wnioskowi, który był znany od początku.
Trzy części jednego oskarżenia
Kompozycja Malleusa naśladuje formę scholastycznej kwestii, ale jej cel jest procesowy. Część pierwsza dowodzi, że do czarów potrzebne są trzy czynniki: diabeł, czarownica i dopuszczenie Boże. Otwiera ją pytanie, czy twierdzenie o istnieniu czarownic jest tak zgodne z wiarą katolicką, że uporczywe twierdzenie przeciwne trąci herezją. Odpowiedź jest twierdząca i ma konsekwencje praktyczne: sceptyk wobec oskarżeń przestaje być ostrożnym sędzią, a staje się podejrzanym o błąd w wierze. Tu też mieści się słynny wywód o kobietach jako bardziej podatnych na diabelskie pokusy, wsparty fałszywą etymologią słowa femina od fe i minus, jakoby „mniejszej wiary”. Mizoginia nie była wynalazkiem Kramera, ale w jego księdze zostaje podniesiona do rangi przesłanki dowodowej.
Część druga opisuje, jak czarownice działają i jak się przed nimi chronić: przez pakt, przeniesienie na zgromadzenia, wyrządzanie szkód ludziom i zwierzętom, odbieranie męskiej siły, a z drugiej strony przez sakramentalia, egzorcyzmy i środki dopuszczone przez Kościół. To najbardziej anegdotyczna partia dzieła, pełna opowieści zasłyszanych w trakcie inkwizytorskich wędrówek. Część trzecia jest właściwym podręcznikiem procesu: jak wszczynać sprawę, kogo dopuszczać jako świadków, jak przesłuchiwać, kiedy stosować tortury i jak wydawać wyrok.
Anegdoty części drugiej pełnią funkcję dowodów i właśnie dlatego są tak liczne. Kramer opowiada o kobietach, które odbierały mężczyznom członki i przechowywały je w ptasim gnieździe, o burzach wywołanych polewaniem wody w dołku, o dzieciach ofiarowanych diabłu przez położne. Wiele z tych opowieści nie ma żadnego źródła poza słowem autora. W kulturze, w której przykład, exemplum, był uznaną formą argumentu kaznodziejskiego, takie historie przekonywały skuteczniej niż scholastyczne dystynkcje, i Kramer, sam doświadczony kaznodzieja, doskonale o tym wiedział.
Prawo stworzone przez lęk
To właśnie część trzecia uzasadnia mówienie o prawnej retoryce strachu. Kramer traktuje czary jako crimen exceptum, zbrodnię wyjątkową, wobec której zwykłe zabezpieczenia oskarżonego mogą zostać zawieszone. Dopuszcza świadków, których w zwykłym procesie by odrzucono – ludzi o złej sławie, wspólników, skazanych krzywoprzysięzców – i zaleca ukrywanie ich nazwisk przed oskarżonym, jeśli groziłoby im niebezpieczeństwo. Opisuje, jak sędzia może obiecać oskarżonej łaskę w zamian za przyznanie się, a następnie przekazać sprawę innemu sędziemu, który obietnicą związany nie jest. Zaleca przeszukiwanie ciała w poszukiwaniu ukrytych amuletów, które miałyby czarownicę chronić przed bólem tortury, a jej milczenie interpretuje jako dowód diabelskiej pomocy.
Retoryka ta działa przez odwrócenie ciężaru. Każdy element, który w innej sprawie przemawiałby na korzyść oskarżonej, tu staje się poszlaką: łzy i brak łez, przyznanie i zaprzeczenie, słaba i dobra reputacja. Sędzia, który się waha, sam staje pod podejrzeniem, że uległ urokowi. Kramer wiedział z Innsbrucka, że największym zagrożeniem dla jego misji nie są czarownice, lecz prawnicy i biskupi wymagający dowodów. Dlatego istotną nowością jego księgi jest skierowanie jej w dużej mierze do sądów świeckich: czary są zbrodnią mieszanej jurysdykcji, a skoro sądy kościelne bywają opieszałe, ściganie powinni przejąć sędziowie książęcy i miejscy, karzący śmiercią.
Bestseller, który nie był kodeksem
Popularność Malleusa bywa przeceniana i niedoceniana jednocześnie. Do 1520 roku ukazało się kilkanaście wydań, potem przez ponad pół wieku nie drukowano go wcale, a nowa fala edycji, od Wenecji po Frankfurt i Lyon, przypadła na ostatnią ćwierć XVI i XVII wiek, aż do edycji lyońskiej z 1669 roku. Dzieło stało się punktem odniesienia dla demonologów, było cytowane, streszczane i polemizowane. Nie było jednak oficjalnym podręcznikiem Kościoła ani inkwizycji. Hiszpańska Suprema w instrukcji z 1538 roku przestrzegała swoich inkwizytorów, by nie wierzyli wszystkiemu, co tam napisano, nawet jeśli autor twierdzi, że widział to na własne oczy; inkwizycja rzymska w praktyce była wobec oskarżeń o czary znacznie ostrożniejsza niż sądy świeckie północy. Ostrożność ta nie wynikała z łagodności, lecz z doświadczenia sądów, które wiedziały, jak łatwo oskarżenie o czary staje się narzędziem sąsiedzkich porachunków i jak trudno je potem zweryfikować.
Także prawo świeckie poszło własną drogą. Kodeks karny Karola V, Constitutio Criminalis Carolina z 1532 roku, przewidywał karę ognia za czary wyrządzające szkodę, ale wymagał określonych poszlak i nie przejął teologicznej konstrukcji paktu w formie, jaką nadał mu Kramer. Największe procesy w Rzeszy, z przełomu XVI i XVII wieku, karmiły się już wieloma innymi źródłami: traktatami Petera Binsfelda, Martína Del Rio czy Jeana Bodina. Oskarżenie Malleusa o odpowiedzialność za całą epokę stosów jest więc legendą nowoczesną, tak jak legendą jest liczba milionów ofiar, którą czasem się z nim kojarzy. Szacunki badaczy dla całej Europy wczesnonowożytnej mieszczą się zazwyczaj w przedziale kilkudziesięciu tysięcy egzekucji.
Sam Kramer po wydaniu księgi kontynuował swoją działalność, choć coraz dalej od Nadrenii. W ostatnich latach życia działał na Morawach i w Czechach, zwalczając tam husytów i braci czeskich, i zmarł około 1505 roku. Jego biografia, pełna konfliktów z władzami kościelnymi i świeckimi, przypomina, że Malleus był dziełem człowieka, który nieustannie musiał przekonywać innych do własnej racji, a nie rzecznikiem jednolitego stanowiska Kościoła. Przerwa w wydaniach po 1520 roku, przypadająca na pierwsze dekady reformacji, gdy uwagę teologów pochłaniały zupełnie inne spory, pokazuje zaś, że los księgi zależał od klimatu epoki bardziej niż od jej wewnętrznej siły.
Księga jako narzędzie, nie jako przyczyna
Zamiast przypisywać jednej księdze winę za falę przemocy, lepiej pytać, co ta księga umożliwiła. Malleus zebrał rozproszone wątki – augustyńską teorię paktu, opowieści Johannesa Nidera z Formicarius, piętnastowieczne procesy sabaudzkie i alpejskie, wcześniejsze dyskusje o magii demonicznej, jakie toczyli Nicolau Eymerich czy paryscy teologowie – i przetłumaczył je na język procedury. Dał sędziom gotowe argumenty, by nie ustępować przed wątpliwościami, i wpisał lęk przed czarownicą w sam mechanizm postępowania.
Dlatego najtrafniej czytać go jako dokument retoryki, a nie wiedzy. Kramer nie opisywał świata, w którym czarownice istnieją, tylko budował świat, w którym wątpienie w ich istnienie staje się niebezpieczne. Jego księga nie wymyśliła strachu przed czarami, lecz pokazała, jak przekuć go w prawo – i właśnie to jest jej najbardziej niepokojącym dziedzictwem, aktualnym wszędzie tam, gdzie wyjątkowość oskarżenia ma usprawiedliwiać zawieszenie reguł.
