Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Magia ceremonialna

Johann Weyer i medyczna krytyka demonologii

Johann Weyer nie był oświeceniowym sceptykiem przed czasem, lecz lekarzem o protestanckich sympatiach i biegłym w teologii, który w De praestigiis daemonum z 1563 roku użył samej demonologii przeciw procesom: skoro diabeł jest mistrzem złudzeń, to zeznania oskarżonych kobiet są jego dziełem, a nie dowodem ich winy.

Portret Johanna Weyera z 1576 roku z bazylejskiego wydania jego „De praestigiis daemonum”, 1577 – domena publiczna
Portret Johanna Weyera z 1576 roku z bazylejskiego wydania jego „De praestigiis daemonum”, 1577 – domena publiczna · Wikimedia Commons

Uczeń Agryppy na dworze w Kleve

Johann Weyer, w zlatynizowanej formie Wierus lub Piscinarius, urodził się w 1515 roku w Grave nad Mozą, w Brabancji, w rodzinie kupieckiej. Jako kilkunastoletni chłopiec trafił do domu Henryka Korneliusza Agryppy z Nettesheim, przebywającego wówczas w Antwerpii, a potem w Bonn, i spędził przy nim kilka lat jako uczeń i pomocnik. Związek z autorem De occulta philosophia ciążył mu przez całe życie. Przeciwnicy widzieli w nim dziedzica czarnoksiężnika, on sam bronił pamięci mistrza: w swoim głównym dziele zapewnia, że czarny pies Agryppy, nazywany Monsieur, o którym opowiadano, że jest przebranym demonem, był zwykłym psem, którego dobrze znał i często prowadził na smyczy.

Medycynę studiował w Paryżu i Orleanie, po powrocie został lekarzem miejskim w Arnhem, a w 1550 roku przyjął posadę przybocznego lekarza księcia Wilhelma V z Jülich-Kleve-Berg, zwanego Bogatym. Dwór w Düsseldorfie i Kleve był w tych latach środowiskiem wyjątkowym: książę, wychowany w duchu Erazma z Rotterdamu, prowadził politykę religijnego umiarkowania i niechętnie patrzył na zapał łowców czarownic. Weyer pozostał w jego służbie niemal do końca lat siedemdziesiątych, później osiadł w hrabstwie Tecklenburg, gdzie zmarł w 1588 roku. Jego postawa wobec procesów wyrosła więc nie tylko z prywatnego przekonania, ale i z politycznego klimatu dworu, który dawał mu osłonę, jakiej nie miałby lekarz w biskupim księstwie.

Księga o złudzeniach demonów

De praestigiis daemonum et incantationibus ac veneficiis, „O złudzeniach demonów, zaklęciach i trucicielstwie”, w pierwszym wydaniu w pięciu księgach, w późniejszych w sześciu, wydał w 1563 roku w Bazylei Johannes Oporinus, ten sam drukarz, który dwadzieścia lat wcześniej opublikował anatomię Wezaliusza. Dzieło rozrastało się w kolejnych wydaniach aż do 1583 roku; ukazało się też w przekładach niemieckim i francuskim, a w 1577 roku Weyer dołączył do niego skrót De lamiis. Do wydania z tego samego roku dodał również katalog demonów zatytułowany Pseudomonarchia daemonum, który opublikował, by pokazać absurd magii ceremonialnej, a który paradoksalnie stał się jednym ze źródeł późniejszej Goecji.

Tytuł mówi więcej, niż się zdaje. Praestigium to w łacinie złudzenie, sztuczka kuglarska, oszukanie zmysłów. Cała konstrukcja księgi opiera się na tym jednym słowie. Weyer nie twierdzi, że diabła nie ma; przeciwnie, poświęca pierwszą księgę jego naturze, upadkowi i potędze, i opisuje ją z gorliwością, którą trudno uznać za udawaną. Twierdzi jednak, że ta potęga działa przede wszystkim na wyobraźnię. Diabeł nie potrzebuje ludzkich pomocników, by zesłać grad czy chorobę bydła, bo jeśli Bóg na to pozwala, czyni to sam; potrzebuje ich tylko jako widzów i winnych. Podsuwa starej kobiecie przekonanie, że to ona sprowadziła burzę, którą przewidział z naturalnych znaków, a potem patrzy, jak sędziowie palą ją za jego własne dzieło.

Kompozycja dzieła w pełnej, sześcioksięgowej postaci odzwierciedla ten zamysł. Po księdze o diable i jego mocy następuje księga o magach niesławnych, potem o wiedźmach, następnie o ludziach rzekomo zaczarowanych i opętanych, o sposobach ich leczenia, wreszcie o karach. Porządek ten prowadzi czytelnika od teologii do medycyny i prawa, tak że ostatnie pytanie, o wymiar sprawiedliwości, pojawia się dopiero wtedy, gdy wcześniejsze księgi zdążyły podważyć jego przesłanki. Weyer pisał jak praktyk przyzwyczajony do diagnozy: najpierw rozpoznanie, potem terapia, na końcu ocena odpowiedzialności.

Melancholia jako argument procesowy

Najbardziej znanym elementem rozumowania Weyera jest wątek medyczny. Kobiety, które przyznawały się do lotu na sabat, obcowania z diabłem i szkodzenia sąsiadom, były w jego ujęciu najczęściej stare, ubogie, niewykształcone i chore. Ich wyobraźnię opanowała melancholia, w ówczesnej medycynie humoralnej nadmiar czarnej żółci, który według Galena i jego następców zaciemnia umysł i rodzi fałszywe obrazy. Na tak przygotowany grunt diabeł łatwo zasiewa swoje wizje. Weyer powołuje się na przypadki z własnej praktyki: na rzekome opętania, które okazywały się chorobą, i na oszustów żerujących na łatwowierności. Głośny był zwłaszcza przypadek dziewczyny z Unny, o której mówiono, że od miesięcy żyje bez pokarmu; Weyer, badając ją, ustalił, że była potajemnie karmiona.

W tym miejscu łatwo o anachronizm. W 1935 roku psychiatra Gregory Zilboorg ogłosił Weyera „ojcem psychiatrii”, a w historiografii XX wieku utrwalił się obraz lekarza, który pierwszy rozpoznał w czarownicach chore psychicznie. Obraz ten jest mocno uproszczony. Melancholia Weyera nie była kategorią kliniczną w nowoczesnym sensie, lecz stanem, przez który diabeł wchodzi do duszy; choroba i opętanie nie wykluczały się, lecz wspierały. Weyer nie zastępował demonologii medycyną, tylko przesuwał winę: z kobiety na demona, który ją oszukał, i z wyroku sądu na troskę lekarza i duszpasterza.

Trzeba też pamiętać, że współczucie Weyera opierało się na przekonaniu, które dziś brzmi równie obco jak demonologia jego przeciwników. Kobiety miały być łatwiejszym łupem diabła, bo z natury słabsze umysłem i ciałem, bardziej podatne na złudzenia i na melancholię starości. Ten sam argument, który dla autorów Malleus maleficarum uzasadniał surowość, u Weyera uzasadniał litość. Obrona oskarżonych nie wynikała więc z uznania ich równej godności, lecz z przekonania o ich bezradności, i historyk, który chce oddać sprawiedliwość Weyerowi, nie powinien przemilczać tej ambiwalencji.

Pakt, którego nie da się zawrzeć

Równie ważna, choć rzadziej przypominana, jest prawnicza strona argumentacji. Ówczesna demonologia sądowa, począwszy od Malleus maleficarum, uznawała pakt z diabłem za istotę przestępstwa czarów: czarownica miała dobrowolnie wyrzec się Boga i zawrzeć z szatanem umowę. Weyer odpowiadał językiem prawa rzymskiego. Umowa wymaga zgody stron zdolnych do jej zawarcia, a zgoda wymuszona podstępem i złudzeniem jest nieważna; diabeł jest ojcem kłamstwa, więc żadna umowa z nim nie może być ważna. Jeżeli zaś czarownica nie mogła realnie wyrządzić szkody, którą przypisywano jej czynom, to nie ma ani przestępstwa, ani podstawy do kary śmierci. W najgorszym razie należy ją pouczać, leczyć i nawracać.

Ta łagodność miała jednak wyraźną granicę. Weyer odróżniał wiedźmy, lamiae, uwiedzione i bezsilne, od magów niesławnych, magi infames, którzy z własnej woli i z wiedzą sięgają po zaklęcia, kręgi i księgi przywołań. Tych ostatnich, wykształconych mężczyzn świadomie szukających kontaktu z duchami, uważał za winnych i godnych surowej kary, a dla trucicieli, venefici, którzy szkodzili prawdziwymi substancjami, nie przewidywał żadnej pobłażliwości. Paradoksalnie uczeń Agryppy był więc surowszy dla uczonej magii niż dla ludowych oskarżeń. Obrona dotyczyła tych, którzy niczego nie potrafili, a nie tych, którzy wiedzieli, co robią.

Z tego rozróżnienia wynika też stosunek Weyera do Agryppy. Bronił mistrza przed legendą czarnoksiężnika, ale nie bronił magii ceremonialnej, której opisy krążyły pod imieniem Agryppy. Fałszywą czwartą księgę Filozofii tajemnej, wydaną po śmierci autora, uważał za podróbkę, i nie bez racji. W jego oczach prawdziwy Agryppa był uczonym, którego imię nadużyli kompilatorzy przywołań.

Bodin i przeciwnicy

Reakcja była gwałtowna. Szwajcarski lekarz i teolog Thomas Erastus, sam przeciwnik Paracelsusa, polemizował z Weyerem w dysputach o lamiach. Najcięższy atak przyszedł jednak z Francji. Jean Bodin, prawnik i teoretyk suwerenności, wydał w 1580 roku De la démonomanie des sorciers, a do niej dołączył osobną odpowiedź na poglądy Weyera. Bodin odrzucał zarówno argument medyczny, wskazując, że według medycyny humoralnej kobiety rzadko zapadają na melancholię, jak i prawniczy: zbrodnia przeciw Bogu jest tak ciężka, że zwykłe reguły dowodowe nie mogą jej chronić. Insynuował też, że ten, kto broni czarownic, sam może być ich wspólnikiem, i przypominał o terminowaniu Weyera u Agryppy. Książkę Weyera umieszczono na indeksie ksiąg zakazanych, ale czytano ją po obu stronach podziału wyznaniowego, a w Anglii z jego argumentów obficie korzystał Reginald Scot.

Wpływ De praestigiis na rzeczywistą praktykę sądową trudno zmierzyć. Wielkie fale procesów w Niemczech przypadły na lata po jej wydaniu, a nie przed nim, i księga ich nie powstrzymała. Zarazem jej argumenty powracały w pismach jezuity Friedricha Spee, który w Cautio criminalis z 1631 roku zaatakował torturę jako maszynę produkującą zeznania, i w XVII-wiecznych sporach o dowody w sprawach o czary. Weyer dostarczył przeciwnikom procesów słownika: złudzenia, melancholii, nieważnego paktu, przypadku medycznego wymagającego opieki, a nie stosu.

Warto przy tym pamiętać, że Weyer nie był autorem jednej książki. W 1567 roku wydał zbiór rzadkich obserwacji lekarskich, w którym opisywał między innymi przypadki chorób zakaźnych i zatruć, a w innych pismach zajmował się gniewem i jego leczeniem. Jego sprzeciw wobec procesów był częścią szerszego programu lekarza, który chciał, by o cierpieniu ludzi wypowiadali się najpierw ci, którzy je badają, a dopiero potem ci, którzy je osądzają.

Krytyka od wewnątrz

Historyczna wartość Weyera polega właśnie na tym, że nie wyszedł poza świat, który krytykował. Jego demony są rzeczywiste, jego diabeł działa w historii, jego Bóg dopuszcza zło jako próbę i karę. Argument przeciw procesom wyrasta z teologii, nie z jej odrzucenia, i dlatego mógł przekonywać ludzi, którzy w istnienie demonów nie wątpili. Taka krytyka od wewnątrz bywa skuteczniejsza niż odrzucenie całości, ale ma swoją cenę: Weyer pozostawił nietkniętą przesłankę, z której wyrastały procesy, i odmówił jedynie wniosku.

Czytany bez anachronicznych oczekiwań, De praestigiis daemonum jest świadectwem napięcia, które przecinało cały XVI wiek: między medycyną szukającą naturalnych przyczyn a teologią, która widziała w naturze pole działania duchów, i między prawem, które domagało się dowodu, a lękiem, który dowodu nie potrzebował. Weyer stał na tym pęknięciu i próbował je wykorzystać na korzyść ludzi, którym groził stos. Że uczynił to w języku demonologii, nie jest słabością jego dzieła, lecz warunkiem tego, że w ogóle mogło zostać usłyszane.