Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Magia ceremonialna

Pseudomonarchia daemonum i katalog duchów w aneksie Weyera

Johann Weyer dołączył w 1577 roku do swego traktatu o złudzeniach demonów katalog sześćdziesięciu dziewięciu duchów, aby wystawić na pośmiewisko uczonych nekromantów, a w rezultacie ocalił i rozpowszechnił drukiem tekst, z którego wyrosła później Goecja, najbardziej znany spis duchów nowożytnej magii.

Ciemny anioł, „Aurora consurgens”, XV w., Zentralbibliothek Zürich
Ciemny anioł, „Aurora consurgens”, XV w., Zentralbibliothek Zürich

Aneks do traktatu

Johann Weyer, nadworny lekarz księcia Wilhelma z Jülich-Kleve-Berg i dawny uczeń Henryka Korneliusza Agryppy, wydał po raz pierwszy swoje dzieło De praestigiis daemonum w Bazylei w 1563 roku. Traktat, wielokrotnie poprawiany i rozszerzany w kolejnych wydaniach, przeszedł do historii jako jedna z pierwszych dużych polemik z procesami czarownic, ale jego argumentacja medyczna i prawna należy do innej opowieści. Tutaj ważny jest drobny, z pozoru marginalny dodatek, który pojawił się w wydaniu z 1577 roku: krótki tekst zatytułowany Pseudomonarchia daemonum, czyli „Fałszywa monarchia demonów”.

Sam tytuł zawiera już ocenę. Weyer nie przedstawia czytelnikowi hierarchii piekła, w którą wierzy, lecz hierarchię, którą przypisują demonom nekromanci, i nazywa ją fałszywą. Uczony lekarz był przekonany o realności diabła, ale uważał, że kunsztowne katalogi duchów, z ich królami, książętami i hrabiami, z legionami i pieczęciami, są wymysłem ludzi, którzy dali się oszukać szatanowi i sami oszukiwali innych. Szczególną surowość rezerwował dla wykształconych magów, posługujących się księgami i zaklęciami, których winę uważał za znacznie poważniejszą niż winę ubogich kobiet oskarżanych o czary.

Opublikowanie takiego katalogu miało więc służyć demaskacji. Weyer zapowiadał, że przedstawia tekst, by wszyscy mogli zobaczyć, jak niedorzeczne i bezbożne są pretensje nekromantów, i by nikt nie dał się zwieść tajemniczości ich ksiąg. Zakładał, że ujawnienie treści wystarczy, by odebrać jej urok. Historia pokazała, że było odwrotnie.

Pierwszy sprzeciw przyszedł zresztą nie od nekromantów, lecz z przeciwnej strony. Jean Bodin, francuski prawnik i myśliciel polityczny, w traktacie De la démonomanie des sorciers z 1580 roku zaatakował Weyera z niezwykłą gwałtownością, zarzucając mu między innymi, że pod pozorem polemiki ogłosił drukiem nazwy i zaklęcia diabłów, czyniąc z książki podręcznik dla tych, których rzekomo zwalczał. Bodin przypominał przy tym, że Weyer był uczniem Agryppy, cieszącego się sławą maga, i sugerował, że sam autor jest podejrzany. Zarzut był polemicznie przesadzony, ale trafnie przeczuwał, jak tekst zostanie wykorzystany.

Księga urzędów duchów

Weyer podał też źródło swojego tekstu. Według jego relacji pochodził on z rękopisu noszącego tytuł Liber officiorum spirituum, „Księga urzędów duchów”, opatrzonego również określeniem wiążącym go z imieniem Salomona i opisującego książąt i królów demonów. Nie wiadomo, który konkretnie egzemplarz miał w rękach, ani czy przekazał go w całości. Niewątpliwe jest natomiast, że należał do szerszej rodziny tekstów, które w późnym średniowieczu krążyły w rękopisach jako katalogi duchów z opisem ich wyglądu, rangi i umiejętności.

Najbliższym znanym krewnym jest francuski Livre des Esperitz, zachowany w rękopisie z XV wieku w zbiorach Trinity College w Cambridge, wydany w 2003 roku przez Jeana-Patrice’a Boudeta. Wylicza on kilkadziesiąt duchów pod zwierzchnictwem trzech głównych władców piekła, z których wiele nosi imiona i funkcje bliskie postaciom z katalogu Weyera. Podobne spisy znajdują się w angielskich rękopisach magicznych z XVI wieku. Wszystkie te teksty dzielą jeden model: demon ma imię, tytuł, liczbę legionów, którymi dowodzi, określony wygląd przy pojawieniu się oraz zakres wiedzy lub usług, które może oddać przywołującemu.

Katalog Weyera otwiera Bael, pierwszy król, którego władza rozciąga się na wschód. Dalej następują kolejni królowie, książęta, markizowie, prezydenci, hrabiowie i rycerze, a przy każdym podano, w jakiej postaci się ukazuje – jako lew, kruk, rycerz na koniu, płomień, żołnierz w czerwieni – oraz czego może nauczyć: sztuk wyzwolonych, znajomości ziół i kamieni, języków, przyszłych zdarzeń, odnajdywania skarbów, zjednywania przyjaciół i wrogów, przenoszenia ludzi z miejsca na miejsce. Na końcu umieszczono ogólne pouczenie o porach i sposobach przywoływania oraz formułę zaklęcia.

Dwór piekła na wzór dworu ziemskiego

Uderzające w tym katalogu jest jego podobieństwo do porządku feudalnego. Piekło nie jest w nim chaosem, lecz monarchią z precyzyjną drabiną godności, w której każdy duch ma przypisany tytuł i liczbę podległych mu legionów, podobnie jak pan ma swoich wasali i zbrojnych. Tytuły książąt, markizów i hrabiów odpowiadają rangom znanym czytelnikom z życia dworskiego, a określenie „prezydent” przypomina o urzędach administracyjnych. Duchy dowodzą legionami liczonymi w dziesiątkach, obiecują przyjaźń wielmożów i dostęp do godności, jakby świat niewidzialny był tylko przedłużeniem świata, w którym ubiegano się o względy u możnych.

Ten model ma oczywiście dłuższą historię. Już późnoantyczne i średniowieczne demonologie mówiły o upadłych aniołach zachowujących swoje dawne chóry i rangi, a nekromanci późnego średniowiecza, w większości ludzie wykształceni, często duchowni niższych święceń, przenieśli na świat duchów hierarchie, które znali z Kościoła i z dworu. Weyer dobrze to widział i właśnie dlatego nazwał całą konstrukcję fałszywą monarchią: dla niego była to projekcja ludzkiej żądzy władzy na świat, o którego strukturze nic pewnego nie wiadomo.

Przekład Reginalda Scota

Siedem lat później katalog przekroczył kanał La Manche. W 1584 roku Reginald Scot, angielski ziemianin z hrabstwa Kent, wydał The Discoverie of Witchcraft, obszerną polemikę z wiarą w czary i z procesami czarownic, w wielu punktach zbieżną z myślą Weyera, a w innych od niego radykalniejszą. W piętnastej księdze swego dzieła Scot zamieścił angielski przekład Pseudomonarchii, opatrzony nagłówkiem zapowiadającym inwentarz imion, kształtów, mocy, rządów i działań diabłów i duchów, „dziwny wywód, wart przeczytania”.

Scot kierował się tą samą intencją co Weyer: chciał pokazać, jak absurdalne są pretensje zaklinaczy. Jego przekładowi towarzyszyły zresztą inne przykłady formuł i rytuałów, przytoczonych w celu ich ośmieszenia. Skutek okazał się podobny. The Discoverie of Witchcraft stała się dla angielskich czytelników jednym z najłatwiej dostępnych źródeł wiedzy o magii ceremonialnej, a przekład katalogu Weyera trafił w ręce ludzi, którzy czytali go nie jako satyrę, lecz jako instrukcję. Kolejne wydania książki Scota, w tym wydanie z 1665 roku poszerzone o dodatkowy materiał magiczny, tylko ten proces wzmocniły.

Losy przekładu pokazują ogólniejsze zjawisko. Dzieła sceptyczne i polemiczne bywały w historii magii skuteczniejszymi przekaźnikami tekstów niż rękopisy samych praktyków, ponieważ korzystały z prasy drukarskiej, autorytetu uczonego autora i szerokiej dystrybucji. Rękopis nekromanty mógł zaginąć w czyjejś bibliotece; traktat lekarza i książka angielskiego ziemianina trafiały do setek odbiorców.

Weyer a Goecja

Kiedy w XVII wieku powstała w Anglii Goecja, pierwsza część zbioru znanego później jako Lemegeton, jej autor albo kompilator sięgnął po materiał bardzo bliski katalogowi Weyera, w znacznej mierze w brzmieniu przekładu Scota. Porównanie obu tekstów jest pouczające. Większość duchów występuje w obu, często z niemal identycznym opisem wyglądu i umiejętności. Różnią się jednak liczbą, kolejnością i aparatem rytualnym.

Zależność widać nawet w drobiazgach językowych. Hasła Goecji zaczynają się zwykle od formuły podającej numer ducha, jego rangę i imię, a następnie opisują jego postać i umiejętności tymi samymi zwrotami, którymi Scot oddał łacinę Weyera. Kompilator nie sięgał więc wprost do jakiegoś niezależnego średniowiecznego rękopisu, przynajmniej nie wyłącznie, lecz pracował na tekście, który przeszedł już przez ręce dwóch sceptyków. Najbardziej wpływowy spis duchów angielskiej magii ceremonialnej nosi w ten sposób w swojej tkance ślady polemiki, która miała go uczynić niemożliwym.

Katalog Weyera liczy sześćdziesiąt dziewięć duchów, Goecja – siedemdziesiąt dwa. W Goecji pojawiają się cztery postaci, których u Weyera brak: Vassago, Seere, Dantalion i Andromalius. Z kolei u Weyera występuje Pruflas, zwany też Bufasem, książę mieszkający wokół wieży Babel i ukazujący się jako płomień z głową nocnego kruka, którego w Goecji nie ma. Liczba siedemdziesiąt dwa ma przy tym wymowę symboliczną, związaną z kabalistyczną tradycją siedemdziesięciu dwóch imion Boga, i można przypuszczać, że kompilator dążył do tej pełnej liczby, uzupełniając katalog o brakujące postaci.

Najważniejsza różnica dotyczy jednak pieczęci. U Weyera duchy nie mają przypisanych osobnych znaków; Goecja daje każdemu z nich własną sygnaturę, którą operator ma wykonać i nosić podczas przywoływania. Przemienia to katalog o charakterze opisowym w narzędzie praktyczne o dużo wyższym stopniu szczegółowości. Weyer, chcąc ośmieszyć, dał czytelnikom spis; późniejszy kompilator dał im klucze.

Paradoks demaskatora

Losy Pseudomonarchii daemonum są jednym z najbardziej wyrazistych przykładów paradoksu, który powtarza się w historii zachodniej ezoteryki. Krytyk, który chce zniszczyć wiarę w jakąś praktykę, musi ją najpierw opisać, a opisując – utrwala. Weyer wierzył, że wystarczy pokazać czytelnikom treść nekromanckich ksiąg, by sami ocenili ich niedorzeczność. Nie przewidział, że dla wielu z nich ta sama treść będzie raczej fascynująca niż odpychająca, a jej publikacja w szanowanym traktacie uczonego doda jej autorytetu, zamiast go odebrać.

Bez tego aneksu wiele z tego, co wiemy o średniowiecznych katalogach duchów, pozostałoby rozproszone w kilku rękopisach, trudnych do odczytania i datowania. Druk utrwalił jedną konkretną wersję tekstu, uczynił ją porównywalną z innymi i zapewnił jej przetrwanie. Badacze historii magii korzystają dziś z Pseudomonarchii jako z cennego świadectwa szesnastowiecznej postaci tradycji, którą inaczej znalibyśmy tylko z późniejszych, przerobionych redakcji.

Jest w tym również lekcja dotycząca natury samych katalogów. Ich siła nie leżała w argumentach, lecz w wyliczeniu: w imionach, tytułach, liczbach legionów i barwnych opisach, które same przez się pobudzały wyobraźnię. Weyer odpowiedział na nie argumentem, ale argument zestarzał się szybciej niż lista. Zamiast zamknąć drzwi przed nekromancją, otworzył je szerzej, a jego „fałszywa monarchia” przetrwała w nowych wcieleniach znacznie dłużej niż polemika, w której miała stanowić jedynie odstraszający przykład.