Le Petit Albert i magia Biblioteki Błękitnej
Le Petit Albert był w istocie domowym poradnikiem sekretów natury, sztuczek, przepisów i talizmanów, lecz dzięki tanim drukom i wiejskim kolporterom XVIII i XIX wieku stał się książką, której samo posiadanie czyniło właściciela podejrzanym, a fikcyjny „Albert” – patronem francuskiej magii ludowej.

Książka o fałszywym rodowodzie
Na stronach tytułowych dawnych wydań widnieje zwykle długi, nieco barokowy tytuł: Secrets merveilleux de la magie naturelle et cabalistique du Petit Albert, „Cudowne sekrety magii naturalnej i kabalistycznej Małego Alberta”. Pod nim pojawia się łacińska formuła Alberti Parvi Lucii Libellus de mirabilibus naturae arcanis oraz adres wydawniczy, który już współczesnym musiał wydawać się żartem: Kolonia albo Lyon, „u spadkobierców Beringosa” i „pod szyldem Agryppy”. Taki adres nie wskazuje rzeczywistej oficyny, lecz pełni funkcję ochronną i reklamową zarazem. Ukrywa drukarza przed cenzurą, a jednocześnie umieszcza książkę w genealogii uczonej magii, w której imię Korneliusza Agryppy było gwarancją, że chodzi o rzecz prawdziwie tajemną.
Datowanie pierwszego wydania pozostaje niepewne. Niektóre egzemplarze noszą daty z drugiej połowy XVII wieku, ale historycy książki traktują je ostrożnie, ponieważ antydatowanie było w tym gatunku równie częste jak fikcyjne miejsca druku. Pewne jest tyle, że w XVIII wieku tekst krążył już w wielu edycjach, a w następnym stuleciu przedrukowywano go niemal bez przerwy. Nie istnieje też żaden autor, który kryłby się za „Małym Albertem”. Przydomek jest grą z imieniem Alberta Wielkiego, dominikanina i uczonego XIII wieku, któremu późne średniowiecze przypisało zbiory sekretów natury. „Mały” Albert miał być jego skromniejszym, poręcznym bratem: książką mniej uczoną, za to bliższą codziennym potrzebom.
Ta relacja do starszego „Wielkiego Alberta”, czyli francuskiej kompilacji znanej jako Les admirables secrets d’Albert le Grand, jest raczej rodzinnym podobieństwem niż zależnością tekstową. Oba tytuły sprzedawano obok siebie, często przez tych samych handlarzy, i w wyobraźni czytelników zlały się w jedną parę. Grand Albert zachował jednak ślad średniowiecznej filozofii natury, z jej wykładem o właściwościach ziół, kamieni i zwierząt. Petit Albert jest już tworem nowożytnym, eklektycznym, pisanym dla kogoś, kto chce coś zrobić, a nie zrozumieć porządek stworzenia.
Co naprawdę zawierał Mały Albert
Kto otwiera tę książkę w oczekiwaniu na ponury traktat o przywoływaniu demonów, przeżywa zwykle zawód. Znaczną część tekstu wypełniają przepisy, które dziś zaliczylibyśmy do poradnictwa domowego, kosmetyki, rybołówstwa i drobnej techniki. Są tu sposoby na wywabianie plam, na przyrządzanie perfum i wód zapachowych, na łowienie ryb przy pomocy przynęt i zapachów, na zabezpieczenie wina przed zepsuciem. Obok nich stoją recepty o wyraźnie magicznym charakterze: środki na zdobycie miłości, na wykrycie wierności małżonki, na to, by podróżny nie męczył się w drodze dzięki odpowiednio przygotowanym podwiązkom.
Najbardziej uczoną warstwę stanowią talizmany planetarne. Kompilator przejął je z renesansowej tradycji magii astralnej, w której znaki wykonane z właściwego metalu, w godzinie odpowiedniej planety, miały ściągać jej wpływ. Badacze wskazują w tym miejscu na zapożyczenia z pism przypisywanych Paracelsusowi i z literatury okultystycznej szerzej obecnej w XVII wieku. W Petit Albert ten materiał przestaje jednak być częścią kosmologii. Talizman staje się przedmiotem użytkowym, przepisem tak samo praktycznym jak sposób na usunięcie plamy z atłasu.
Właśnie to sąsiedztwo jest kluczem do zrozumienia książki. Magie naturelle w jej tytule nie oznacza magii przeciwnej naturze, lecz przeciwnie – wykorzystanie ukrytych właściwości rzeczy, sympatii i antypatii, które uczony renesansu uważał za część porządku stworzenia. Granica między przepisem a zaklęciem jest tu płynna, ponieważ obie formy wiedzy opierają się na tym samym założeniu: świat pełen jest sekretnych powiązań, a kto zna ich receptę, może ich użyć. Druga część tytułowej formuły, cabalistique, nie odsyła do żydowskiej kabały w ścisłym sensie, lecz do potocznego, francuskiego znaczenia tego słowa, w którym „kabalistyczne” było tyle, co tajemne, szyfrowane, operujące znakami i imionami.
Warto też zauważyć, jak książka buduje własny autorytet. Kompilator często powołuje się na doświadczenie, zapewnia, że dany sposób „wypróbował” albo że przekazał mu go ktoś godny zaufania, i miesza takie zapewnienia z odwołaniami do starożytnych i renesansowych autorytetów. Ta retoryka sprawdzonej recepty, znana z całej literatury sekretów od XVI wieku, nadaje tekstowi ton poufnej rozmowy z kimś, kto wie więcej. Czytelnik nie otrzymuje systemu, który musiałby przyswoić, lecz zestaw sztuczek, z których każdą może wypróbować osobno. Ta modułowość czyniła książkę łatwą do przepisywania, skracania i rozszerzania przez kolejnych wydawców.
Ręka Chwały i wyobraźnia złodzieja
Najsłynniejszy fragment książki opisuje main de gloire, Rękę Chwały. Według przepisu należy wziąć dłoń powieszonego przestępcy, owinąć ją w kawałek całunu, wycisnąć z niej krew, a następnie zamarynować w glinianym naczyniu z solą, saletrą i przyprawami. Potem rękę suszy się na słońcu w kanikułę albo w piecu opalanym paprocią i werbeną. Do kompletu służy świeca przygotowana z tłuszczu wisielca, dziewiczego wosku i innych składników. Zapalona w wysuszonej dłoni miała pogrążać domowników w odrętwieniu, tak że złodziej mógł spokojnie ograbić dom.
Ten opis należy do najczęściej cytowanych tekstów francuskiej magii ludowej, a jego sława wykroczyła daleko poza Francję. Trzeba jednak pamiętać, co właściwie zawiera. Nie jest to zapis rytuału obserwowanego przez etnografa ani dowód, że ktokolwiek takie przedmioty wytwarzał, lecz literacka recepta, w której łączą się dawne wierzenia o mocy szczątków skazańców, o szubienicy jako miejscu granicznym i o uśpieniu ofiary. Wierzenia o ręce wisielca jako talizmanie złodziejskim są poświadczone wcześniej i szerzej niż sama książka, także w krajach niemieckich i w Anglii. Petit Albert nadał im jednak kształt przepisu, który dało się przeczytać, zapamiętać i powtórzyć.
Co znamienne, kompilator dodaje od razu środek zaradczy. Kto chce się ustrzec przed Ręką Chwały, ma posmarować próg i inne wejścia do domu maścią z żółci czarnego kota, tłuszczu białej kury i krwi sowy, przygotowaną w kanikule. Książka nie staje więc po stronie złodzieja ani gospodarza, lecz dostarcza obu stronom tego samego repertuaru. W tym zdystansowanym, niemal handlowym tonie widać charakter całego tekstu: jest to zbiór wiedzy do wyboru, nie doktryna i nie wyznanie.
Niebieskie okładki i wędrowni handlarze
Aby zrozumieć, jak taki poradnik stał się legendą, trzeba spojrzeć na sposób jego rozpowszechniania. Od XVII wieku we Francji rozwijał się rynek tanich książek określanych zbiorczo jako bibliothèque bleue, Biblioteka Błękitna. Nazwa pochodzi od szarobłękitnego papieru, w który oprawiano broszury drukowane na lichym papierze, małą czcionką, często z wysłużonych drzeworytów. Centrum tej produkcji było Troyes w Szampanii, gdzie rodziny drukarzy, przede wszystkim Oudotowie i Garnierowie, wypuszczały na rynek almanachy, żywoty świętych, romanse rycerskie, poradniki listowe, książki kucharskie i zbiory sekretów. Podobne druki wychodziły w Rouen, Lyonie i innych ośrodkach prowincjonalnych.
Kluczową rolę odgrywali kolporterzy, wędrowni handlarze, którzy nosili towar w skrzynkach na plecach od wsi do wsi i od jarmarku do jarmarku. To oni sprawili, że książka zbudowana z miejskich, uczonych i półuczonych wątków trafiła do pasterzy, kowali, młynarzy i znachorów. Historycy kultury książki, tacy jak Robert Mandrou, który poświęcił Bibliotece Błękitnej jedno z pierwszych poważnych studiów, podkreślali, że nie była ona spontanicznym głosem ludu, lecz produktem drukarzy, którzy przerabiali i upraszczali teksty z wyższych warstw kultury. Petit Albert dobrze ilustruje ten mechanizm. Jego talizmany pochodzą z renesansowych traktatów, jego przepisy z miejskich poradników, a dopiero obieg kolporterski uczynił z nich wiedzę wiejską.
Władze dobrze rozumiały wagę tego obiegu. Po 1852 roku, w czasach Drugiego Cesarstwa, powołano komisję nadzorującą książki kolportażowe, która miała oddzielać lektury dopuszczalne od szkodliwych. Jej sekretarz Charles Nisard opisał następnie ten materiał w dwutomowej Histoire des livres populaires z 1854 roku, poświęcając miejsce także książkom magicznym. Jego ton jest pogardliwy, ale praca zachowała świadectwo, jak powszechne były wówczas Albertowie w ludowych skrzynkach.
Księga, która czyni czarownikiem
Na wsi francuskiej XIX wieku Petit Albert przestał być zwykłą książką. Folkloryści z różnych regionów, od Normandii i Bretanii po Berry i Limousin, notowali przekonanie, że kto ma w domu „Alberta”, ma do czynienia z siłami, nad którymi łatwo stracić panowanie. Właściciel uchodził za kogoś, kto potrafi rzucić urok, uleczyć bydło albo przeciwnie – sprowadzić na nie chorobę. Pasterze, którym przypisywano wiedzę tajemną, mieli w opowieściach trzymać księgę ukrytą w sianie albo w skrzyni. Krążyły też historie o tym, że egzemplarza nie da się łatwo zniszczyć, że wraca do domu albo że czytanie go bez umiejętności przywołuje kogoś, kogo nie da się później odesłać.
Te opowieści mówią więcej o społecznym znaczeniu książki niż o jej treści. Większość ludzi, o których plotkowano, że „mają Alberta”, prawdopodobnie nie korzystała z niego w sposób systematyczny. Liczyło się to, że książka była materialnym dowodem dostępu do wiedzy spoza zwykłego obiegu, wiedzy drukowanej i tajemnej zarazem. W kulturze w dużej mierze ustnej, w której pismo kojarzyło się z księdzem, notariuszem i urzędem, posiadanie książki o sekretach natury mogło wystarczyć, by zyskać sławę czarownika. Imię „Albert” stało się przez to czymś w rodzaju patronatu: nie świętego opiekuna, lecz figury, w której skupiało się wszystko, co wieś przypisywała magii pisanej.
Z perspektywy historii ezoteryki Petit Albert nie wnosi żadnej nowej doktryny i nie ma ambicji duchowych. Jego znaczenie leży gdzie indziej: pokazuje, jak renesansowa magia naturalna, oderwana od filozoficznego zaplecza, zamieniła się w towar, a następnie w przedmiot ludowego lęku i szacunku. Książka, która miała uczyć wywabiania plam i zakładania talizmanów, przetrwała w pamięci jako księga czarów, a jej fikcyjny autor zyskał we francuskiej wyobraźni wiejskiej władzę większą niż wielu rzeczywistych uczonych. W tej przemianie widać nie tyle siłę samego tekstu, ile siłę obiegu, który nadał mu niebieską okładkę, plecy kolportera i reputację rzeczy niebezpiecznej.
