Ostatnie procesy o czary w Rzeczypospolitej i konstytucja 1776 roku
Konstytucja sejmowa z 1776 roku, znosząca tortury i karę śmierci w sprawach o czary, zamknęła prawnie epokę procesów czarownic w Rzeczypospolitej, lecz otaczająca ją opowieść o spaleniu kobiet w Doruchowie w 1775 roku pozostaje przekazem, którego prawdziwość historycy podają dziś w wątpliwość.

Późny kraj procesów
W powszechnym wyobrażeniu wielkie polowania na czarownice kojarzą się z Rzeszą Niemiecką, Szkocją czy Lotaryngią przełomu XVI i XVII wieku. Rzeczpospolita miała w tej historii inny rytm. Pierwsze znane wyroki zapadały tu już w XVI wieku, a najczęściej przywoływanym przykładem jest spalenie kobiety w Chwaliszewie pod Poznaniem w 1511 roku, ale największe nasilenie spraw przypadło na drugą połowę XVII i pierwszą połowę XVIII wieku, a więc na czas, gdy w wielu krajach zachodnich fala procesów już opadała. Polska była w tym sensie krajem spóźnionym: zjawisko dotarło do niej później i trwało dłużej.
Główną rolę odgrywały tu sądy miejskie, działające na prawie magdeburskim, oraz sądy wiejskie w dobrach szlacheckich, gdzie o losie oskarżonych decydowali często ludzie bez wykształcenia prawniczego, pod wpływem właściciela wsi. Sądy kościelne, które w średniowieczu zajmowały się sprawami o zabobon i czarodziejstwo, z czasem utraciły znaczenie na rzecz sądów świeckich. Ta struktura miała znaczenie dla przebiegu procesów: brak centralnej kontroli i odwoławczej instancji z prawdziwego zdarzenia sprzyjał nadużyciom, a lokalne konflikty sąsiedzkie łatwo przekształcały się w oskarżenia o czary.
Podstawą prawną były przede wszystkim przepisy prawa miejskiego w opracowaniach, takich jak dzieła Bartłomieja Groickiego z połowy XVI wieku, które przenosiły na grunt polski normy niemieckiej praktyki karnej. Przewidywały one dla czarów karę śmierci przez spalenie, a w procedurze dopuszczały tortury jako sposób uzyskania przyznania się do winy. To właśnie połączenie tortur i kary śmierci uczyniło procesy tak niebezpiecznymi: przyznanie wymuszone bólem prowadziło do wyroku, a wskazanie wspólniczek podczas przesłuchania rodziło kolejne sprawy.
Przebieg typowej sprawy dobrze oddają zachowane akta miejskie. Zaczynało się zwykle od sąsiedzkiego posądzenia: padnięcia bydła, choroby dziecka, nieudanego masła czy gradobicia, które przypisywano złej woli konkretnej osoby. Oskarżone, w przeważającej większości kobiety, często starsze i ubogie, poddawano niekiedy pławieniu, czyli próbie wody, w której unoszenie się na powierzchni miało świadczyć o winie. Praktyka ta, potępiana przez część prawników i duchownych jako zabobonna i pozbawiona podstaw w prawie, utrzymywała się mimo to w wielu sądach wiejskich. Dalej następowały przesłuchania, w tym na torturach, podczas których wymuszano nie tylko przyznanie się, lecz także imiona wspólniczek, co otwierało kolejne sprawy i niekiedy prowadziło do serii procesów w jednej okolicy.
Głosy krytyki
Krytyka procesów pojawiała się w Polsce od XVII wieku, choć długo pozostawała głosem mniejszości. Duchowni i prawnicy, którzy znali zachodnie spory o wiarygodność zeznań wymuszanych torturami, przenosili je na grunt polski. Szczególnie ważna była recepcja pisma jezuity Friedricha Spee Cautio criminalis z 1631 roku, które w ostrych słowach wykazywało, że tortury mogą zmusić każdego do przyznania się do czegokolwiek, a sędziowie, wierząc w moc tortur, sami tworzą czarownice. Jego argumenty docierały do polskich czytelników bezpośrednio i w adaptacjach; w połowie XVIII wieku duchowny Serafin Gamalski ogłosił Przestrogi duchowne sędziom, inkwizytorom i instygatorom czarownic, które w dużej mierze opierały się na myśli Spee.
Ważne były też interwencje władz kościelnych. Niektórzy biskupi wydawali zalecenia, by sprawy o czary nie były rozpatrywane przez sądy świeckie bez udziału duchowieństwa lub by przestrzegano większej ostrożności w ocenie dowodów. Nie zmieniało to jednak zasadniczo praktyki, bo sądy wiejskie i małomiasteczkowe rzadko liczyły się z takimi zaleceniami. Wiara w czary pozostawała powszechna zarówno wśród chłopów, jak i wśród dużej części szlachty i duchowieństwa, a przekonanie, że czarownica może zaszkodzić zdrowiu, plonom i bydłu, było częścią codziennego doświadczenia świata.
Przełom przyniósł dopiero wiek oświecenia. W drugiej połowie XVIII wieku, w okresie reform stanisławowskich, coraz więcej publicystów i polityków traktowało procesy o czary jako przejaw barbarzyństwa i zacofania, który kompromituje państwo w oczach Europy. Procesy czarownic stały się jednym z symboli tego, co nowa elita chciała w kraju zmienić, obok fanatyzmu religijnego, przesądów i arbitralności sądów. W tej atmosferze dojrzewała decyzja, która miała zamknąć tę epokę.
Doruchów i jego legenda
Według opowieści, którą przez długi czas powtarzano w literaturze historycznej i popularnej, bezpośrednim impulsem do zmiany prawa były wydarzenia w Doruchowie, wsi w Wielkopolsce, w okolicach Ostrzeszowa. W 1775 roku miejscowa dziedziczka miała zachorować, a jej choroba została przypisana czarom kilku wiejskich kobiet. Po przesłuchaniach z użyciem tortur oskarżone miały zostać spalone na stosie. W różnych wersjach tej historii liczba ofiar się różni, a najczęściej podaje się czternaście kobiet. Opowieść głosi, że sprawa wywołała oburzenie i stała się argumentem w debacie sejmowej.
Doruchów zajął w polskiej pamięci miejsce symboliczne jako miejsce ostatniego wielkiego stosu. Opowieść była przywoływana w podręcznikach i w publicystyce, a we wsi upamiętniono ofiary. Jej siła polega na tym, że łączy w jednym obrazie okrucieństwo procesów, arbitralność władzy dziedzica i oświeceniową reakcję państwa, które w odpowiedzi na skandal postanawia skończyć z praktyką. Jest to opowieść o wyraźnej strukturze moralnej, i właśnie ta wyrazistość powinna budzić czujność historyka.
Badania Jacka Wijaczki, historyka zajmującego się procesami o czary w Prusach i Rzeczypospolitej, podważyły wiarygodność tego przekazu. Wijaczka zwrócił uwagę, że brak jest współczesnych wydarzeniom źródeł, które potwierdzałyby egzekucję w Doruchowie w 1775 roku, i że opowieść pojawia się dopiero w późniejszych relacjach, gdzie jej szczegóły ulegają zmianom. Nie oznacza to, że nic się w Doruchowie nie wydarzyło, ale że to, co wiemy, opiera się na przekazach, które nie spełniają wymogów krytyki źródeł. Status tej historii pozostaje sporny, a ostrożny historyk może dziś mówić o niej raczej jako o legendzie związanej z końcem procesów niż jako o udokumentowanym fakcie.
Konstytucja 1776 roku
Niezależnie od losów doruchowskiej opowieści, sama decyzja prawna jest dobrze poświadczona. Sejm obradujący w 1776 roku, w okresie reform przeprowadzanych pod silnym wpływem rosyjskim, ale z udziałem reformatorskiego stronnictwa króla Stanisława Augusta, uchwalił konstytucję, która znosiła tortury i karę śmierci w sprawach o czary. Akt ten wpisywał się w szersze tendencje epoki, w której krytyka tortur jako metody dochodzenia prawdy była jednym z głównych postulatów oświeconego prawa karnego. W tym samym duchu kilka lat później przygotowywano projekt kodyfikacji praw, znany jako Zbiór praw sądowych Andrzeja Zamoyskiego.
Konstytucja nie zakazała wiary w czary ani nie zaprzeczyła istnieniu czarów, lecz odebrała sądom narzędzia, którymi posługiwały się w procesach. Bez tortur trudno było uzyskać przyznanie się do winy, bez kary śmierci proces tracił swoją grozę. W praktyce oznaczało to koniec epoki stosów, choć nie koniec oskarżeń. Wiara w czarownice przetrwała na wsi do XIX, a nawet XX wieku, i w lokalnych społecznościach zdarzały się samosądy, wypędzenia i przemoc wobec osób posądzanych o czary. Państwo przestało jednak być narzędziem tej przemocy.
Ograniczony zasięg władzy państwa w Rzeczypospolitej sprawiał przy tym, że wykonanie nowego prawa zależało od dobrej woli sądów lokalnych i właścicieli ziemskich. Nie ma powodu sądzić, że wszystkie sądy wiejskie natychmiast dostosowały się do uchwały sejmowej, ale po 1776 roku egzekucja za czary stawała się czynem bezprawnym, a nie wykonaniem prawa, i to była zmiana zasadnicza.
Najczęściej wspominany epilog tej historii rozegrał się już poza granicami Rzeczypospolitej, na terenie Warmii, która po pierwszym rozbiorze znalazła się w państwie pruskim. W 1811 roku w Reszlu stracono Barbarę Zdunk, kobietę oskarżoną o podpalenie, w której sprawie pojawiały się także oskarżenia o czary. Jej przypadek bywa przedstawiany jako ostatni stos czarownicy w Europie, ale formalnie wyrok dotyczył podpalenia, a nie czarów. Ten przykład pokazuje, jak trudno wyznaczyć ostrą granicę końca procesów i jak łatwo pamięć zbiorowa upraszcza złożone sprawy.
Ile było ofiar
Kwestia skali procesów w Rzeczypospolitej należy do najbardziej spornych w tej dziedzinie. Bohdan Baranowski w pracy Procesy czarownic w Polsce w XVII i XVIII wieku, wydanej w 1952 roku, szacował liczbę straconych na wiele tysięcy i jego szacunki długo funkcjonowały w literaturze. Późniejsi badacze uznali je za znacznie zawyżone, oparte na ekstrapolacji z niepełnych danych i na założeniach, których nie da się zweryfikować. Małgorzata Pilaszek w monografii Procesy o czary w Polsce w wiekach XV–XVIII, wydanej w 2008 roku, przedstawiła obraz bardziej umiarkowany, oparty na systematycznej kwerendzie zachowanych akt.
Zmiana w szacunkach nie jest kwestią czysto rachunkową. Pokazuje, jak historia procesów o czary była w XX wieku pisana pod wpływem różnych założeń ideowych: jako dowód zacofania szlacheckiej Rzeczypospolitej, jako opowieść o ucisku chłopów, jako fragment historii przesądu i jego przezwyciężenia przez rozum. Nowsze badania starają się oddzielić te narracje od tego, co da się udokumentować, i przyznają, że ze względu na zniszczenia źródeł pełna liczba ofiar zapewne nigdy nie zostanie ustalona. Pewne jest jedynie, że procesy były w Rzeczypospolitej realnym i tragicznym zjawiskiem, choć skala ich mogła być mniejsza, niż sądzono jeszcze kilka dziesięcioleci temu.
Konstytucja z 1776 roku stała się w tej historii punktem granicznym, który jest dobrze udokumentowany, w przeciwieństwie do wielu wydarzeń, które ją poprzedzały. Doruchów, z całą swoją dramatyczną wymową, należy do tej części przeszłości, którą zna się przez pamięć, nie przez akta. Dla historyka idei oba elementy są równie interesujące: akt prawny, który wyznacza koniec epoki, i legenda, która nadaje mu sens i emocjonalną siłę. Opowieść o ostatnim stosie, nawet jeśli nie da się jej potwierdzić, mówi wiele o tym, jak oświeceniowa i późniejsza kultura chciała zapamiętać własne przezwyciężenie przeszłości.
