Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Magia ceremonialna

Sekrety Alberta Wielkiego i ukryte właściwości rzeczy

Pseudo-albertyński Liber aggregationis, znany też jako Experimenta Alberti, zebrał sekrety ziół, kamieni i zwierząt w poręczny zbiór, który wraz z dołączanym traktatem De mirabilibus mundi uczynił z dominikanina Alberta Wielkiego patrona drukowanej magii naturalnej późnego średniowiecza i renesansu.

Frontyspis wydania „Liber aggregationis” z 1537 roku – domena publiczna
Frontyspis wydania „Liber aggregationis” z 1537 roku – domena publiczna · Wikimedia Commons

Uczony, któremu przypisano sekrety

Albert z Lauingen, dominikanin, nauczyciel Tomasza z Akwinu, biskup Ratyzbony i jeden z najpłodniejszych komentatorów Arystotelesa, zmarł w Kolonii w 1280 roku. Już za życia zyskał przydomek Magnus, a jego rozległe pisma przyrodnicze – o minerałach, roślinach, zwierzętach i meteorach – uczyniły go w oczach potomnych autorytetem we wszystkim, co dotyczy natury. Ta reputacja miała jednak cień. Im bardziej Albert stawał się symbolem wiedzy o przyrodzie, tym łatwiej przypisywano mu teksty, których nie napisał, a które obiecywały wiedzę o ukrytych mocach rzeczy.

Najsłynniejszym z takich tekstów jest Liber aggregationis seu liber secretorum Alberti Magni de virtutibus herbarum, lapidum et animalium quorundam, w skrócie nazywany „Księgą zebraną” albo w wielu rękopisach i drukach Experimenta Alberti. Badacze od dawna są zgodni, że nie jest to dzieło samego Alberta. Jego styl, metoda i stosunek do źródeł różnią się wyraźnie od autentycznych traktatów przyrodniczych dominikanina, które – choć pełne zainteresowania właściwościami minerałów czy roślin – zachowują dystans krytyczny i często zaznaczają, że autor zdaje relację z cudzych opinii. Liber aggregationis takiego dystansu nie zna. Podaje przepisy wprost, z obietnicą skuteczności.

Mimo to imię Alberta przylgnęło do zbioru na stałe. Przyczyną nie był wyłącznie przypadek ani pomyłka kopistów. Atrybucja nadawała sekretom autorytet uczonego zakonnika, kanonizowanego zresztą dopiero w 1931 roku, a więc postaci zarazem ortodoksyjnej i podziwianej za wiedzę. Dominikański habit autora był w oczach czytelnika najlepszym świadectwem, że w księdze nie ma niczego, co przeczyłoby wierze, a jej zawartość należy do tej samej przyrody, którą stworzył Bóg i którą badali filozofowie. Sekret podpisany jego imieniem był sekretem naturalnym, a nie demonicznym – i to rozróżnienie miało dla średniowiecznych czytelników fundamentalne znaczenie.

Autentyczny Albert nie był zresztą obojętny wobec literatury, którą potem mu przypisano. W pismach o minerałach wspominał, że zapoznał się z przekazami o figurach rytych na kamieniach i o mocach, jakie miały im nadawać, i traktował je jako materiał do rozważenia, a nie do bezkrytycznego przyjęcia. Zainteresowanie było więc prawdziwe, inny był ton. Łatwo zrozumieć, jak z takiego uczonego, który nie odrzucał z góry wiadomości o ukrytych mocach, legenda uczyniła mistrza sekretów.

Budowa zbioru i jego źródła

Liber aggregationis składa się w typowej postaci z trzech części. Pierwsza omawia kilkanaście ziół, z których każde opatrzono nazwą – często podaną w kilku językach lub w zniekształconej formie, uchodzącej za chaldejską lub grecką – oraz opisem właściwości i sposobu użycia. Druga część jest lapidarium, zawierającym kilkadziesiąt kamieni szlachetnych i półszlachetnych, a trzecia opisuje właściwości wybranych zwierząt, ich części i wydzielin. Każdy wpis jest krótki: nazwa, moc, czasem warunek – pora zbierania, położenie słońca w zodiaku, sposób owinięcia lub noszenia – i obiecany skutek.

Przykładem może być otwierający część zielarską heliotrop. Według zbioru roślinę należy zebrać w odpowiedniej porze, gdy słońce znajduje się w znaku Lwa, owinąć w liść laurowy razem z wilczym zębem, a wówczas noszący ją będzie chroniony przed złymi słowami innych ludzi. Inne zioła mają ujawniać złodzieja, wzbudzać miłość, chronić przed niebezpieczeństwem czy sprowadzać sny. Kamienie obdarzają wymową, odwagą, łaską możnych, a nawet zdolnością przewidywania. Zwierzęta i ich części służą do podobnych celów, czasem w połączeniu z ziołami.

Zakres obietnic jest szeroki i zdradza, dla kogo zbiór był przeznaczony. Nie ma w nim wielkich ambicji poznawczych ani duchowych; jest natomiast codzienność ludzi, którzy obawiają się oszczerstwa, kradzieży, niechęci przełożonych, choroby i nieszczęśliwej miłości. Liber aggregationis odpowiada na troski kupca, podróżnego, dworzanina i domownika. Ta praktyczna skala tłumaczy jego popularność lepiej niż jakakolwiek teoria: oferował drobne, osiągalne środki na drobne, powszechne kłopoty, a nie przemianę świata czy duszy.

Isabelle Draelants, belgijska historyczka średniowiecznej przyrodoznawczej literatury encyklopedycznej, przeanalizowała w 2007 roku tradycję rękopiśmienną i źródła zbioru w monografii poświęconej Liber de virtutibus herbarum, lapidum et animalium, jak brzmi jeden z jego tytułów. Wykazała, że tekst powstał prawdopodobnie w drugiej połowie XIII wieku, a więc w czasach samego Alberta albo wkrótce po jego śmierci, i że kompilator korzystał z wcześniejszych lapidariów, zielników i encyklopedii, w tym z materiału, który krążył także w autentycznych dziełach dominikanina. Pokazała też, jak wiele wariantów zbioru istnieje w rękopisach: różnią się liczbą wpisów, kolejnością i szczegółami przepisów, co świadczy o tym, że Liber aggregationis był tekstem żywym, stale uzupełnianym i przekształcanym.

Cuda świata i siła duszy

W wielu rękopisach i niemal we wszystkich drukach do Liber aggregationis dołączano drugi utwór, De mirabilibus mundi, czyli „O cudach świata”, również przypisywany Albertowi. Jest to tekst o innym charakterze. Zawiera wprawdzie długi szereg przepisów – jak sprawić, by ludzie w domu wydawali się mieć głowy zwierząt, jak rozpalić ogień, którego woda nie gasi, jak wywołać określone uczucia – ale poprzedza je teoretyczny wstęp, w którym autor próbuje wyjaśnić, dlaczego takie rzeczy w ogóle są możliwe.

Wyjaśnienie odwołuje się do Awicenny i jego nauki o duszy. Według przytaczanego poglądu dusza ludzka, gdy ogarnie ją silne pragnienie lub namiętność, zyskuje moc oddziaływania na rzeczy poza ciałem, zmieniając je w kierunku tego, czego pragnie. Ta virtus animae tłumaczy, dlaczego przepisy działają zwłaszcza wtedy, gdy wykonuje je ktoś w stanie wielkiego wzruszenia, i dlaczego niektórzy ludzie są do takich operacji szczególnie uzdolnieni. Autor łączy tę teorię z nauką o naturalnych sympatiach i antypatiach: rzeczy zawierają w sobie właściwości, które pochodzą od ich formy i od wpływów niebieskich, a człowiek może te właściwości wykorzystać, jeśli rozpozna, w czym tkwią.

Ten wstęp jest ważny dla historii idei, bo pokazuje, jak próbowano uzasadnić magię naturalną bez odwoływania się do demonów. Ukryte właściwości, virtutes occultae, nie są tu niczym nadprzyrodzonym. Są częścią natury, tylko niedostępną zmysłom i niewyjaśnialną przez zwykłe jakości elementarne – ciepło, zimno, suchość i wilgoć. Magnes przyciąga żelazo, choć nikt nie potrafi wskazać, która z czterech jakości to sprawia; podobnie zioła i kamienie mają moce, które ujawniają się w działaniu, a nie w budowie. W tej perspektywie zbiór sekretów jest katalogiem obserwacji i przekazów, a nie podręcznikiem przymusu wobec duchów. Granica ta była jednak krucha, bo niektóre przepisy zbioru – zwłaszcza dotyczące miłości i snów – teologowie skłonni byli podejrzewać o ukrytą współpracę z demonami.

Lynn Thorndike i badania nad sekretami

Pierwszy systematyczny obraz pseudo-albertyńskiej literatury dał amerykański historyk Lynn Thorndike w monumentalnej A History of Magic and Experimental Science, wydawanej od 1923 roku. Thorndike, który przeczytał niezliczone rękopisy średniowiecznej literatury przyrodniczej i magicznej, poświęcił Albertowi i przypisywanym mu tekstom obszerne rozdziały. Podkreślał, że granica między nauką a magią była w XIII wieku inna niż w czasach nowożytnych i że przepisy Liber aggregationis należy czytać jako część szerszej kultury eksperymentu – w średniowiecznym sensie experimentum, czyli wypróbowanego środka, a nie kontrolowanego doświadczenia laboratoryjnego.

Thorndike zwracał również uwagę, że De mirabilibus mundi i Liber aggregationis były w późnym średniowieczu czytane obok autentycznych dzieł Alberta, a niektórzy czytelnicy nie mieli wątpliwości co do atrybucji. Inni wątpili. Sam problem autentyczności stał się w ten sposób częścią historii recepcji: kolejne pokolenia uczonych spierały się, czy wielki dominikanin mógł zajmować się takimi rzeczami, a ich stanowisko zależało często od tego, jak oceniali magię naturalną w ogóle.

Późniejsze badania, w tym prace Williama Eamona nad literaturą sekretów w średniowieczu i wczesnej nowożytności, umieściły Liber aggregationis w szerszym gatunku, obejmującym także pseudo-arystotelesowskie Secretum secretorum i dziesiątki mniejszych zbiorów. Eamon pokazał, że księgi sekretów odegrały ważną rolę w kształtowaniu nowożytnego przekonania, iż natura kryje moce, które można odkryć i wykorzystać – przekonania, które później przejęła, w zmienionej formie, nauka eksperymentalna.

Inkunabuły i patronat druków

Prawdziwą karierę Liber aggregationis zrobił w epoce druku. Od lat siedemdziesiątych XV wieku pojawiały się kolejne wydania łacińskie, często w niewielkim formacie, łatwym do noszenia i taniego nabycia. Liczba inkunabułów i szesnastowiecznych edycji jest bardzo duża, a do łaciny dołączyły przekłady na języki narodowe. W Anglii około połowy XVI wieku ukazało się tłumaczenie zatytułowane The Boke of Secretes of Albertus Magnus, wydane w nowoczesnej edycji przez Michaela R. Besta i Franka H. Brightmana w 1973 roku. We Francji z tego samego materiału wyrosły z czasem popularne broszury określane jako Grand Albert, sprzedawane przez wędrownych kolporterów aż do XIX wieku.

W ten sposób imię Alberta stało się czymś w rodzaju marki. Na stronie tytułowej gwarantowało, że zawartość dotyczy natury, a nie czarnoksięstwa, i że pochodzi od uczonego, którego Kościół szanował. Dla wydawców była to gwarancja sprzedaży, dla czytelników – usprawiedliwienie lektury. Tak oto dominikanin, który w autentycznych pismach z rezerwą odnosił się do przekazów o cudownych mocach kamieni, został patronem całego gatunku drukowanej magii naturalnej.

Paradoks ten jest pouczający. Pokazuje, że historia ezoteryki nie składa się wyłącznie z tekstów, lecz także z imion, które teksty nadają sobie same. Liber aggregationis nie jest dziełem Alberta, ale bez Alberta nie byłby tym, czym się stał. Atrybucja nie była fałszerstwem w nowoczesnym sensie, lecz sposobem umieszczenia sekretów w porządku wiedzy – po stronie natury i rozumu, a nie po stronie piekła. Czytelnik szesnastowiecznego druku, który owijał heliotrop w liść laurowy, wierzył, że postępuje jak uczeń wielkiego filozofa przyrody, a nie jak wspólnik demonów.