Pieczęć Ordo Theia Philosophia
Magia ceremonialna

Romanusbüchlein i niemieckie zaklęcia uzdrawiające

Romanusbüchlein, cienka książeczka drukowana w krajach niemieckich od końca XVIII wieku, zebrała w jednym miejscu dawne zamawiania krwi, ognia, ran i złodziei w formie chrześcijańskich formuł, a przez emigrantów i Johanna Georga Hohmana stała się wzorem ludowej magii uzdrawiającej także w Pensylwanii.

Ciemny anioł, „Aurora consurgens”, XV w., Zentralbibliothek Zürich
Ciemny anioł, „Aurora consurgens”, XV w., Zentralbibliothek Zürich

Skromna książeczka bez autora

Mało który druk magiczny wygląda tak niepozornie jak Romanusbüchlein. To zwykle kilkanaście lub kilkadziesiąt stron małego formatu, bez ilustracji, bez wywodów teoretycznych i bez wielkich obietnic władzy nad duchami. Najstarsze znane wydania pochodzą z ostatnich dziesięcioleci XVIII wieku, a w XIX stuleciu książeczkę przedrukowywano wielokrotnie, często z fikcyjnymi miejscami wydania i bez nazwiska wydawcy. Tytuł nie odsyła do żadnej rzeczywistej postaci. Niektóre edycje sugerują, że tekst odnaleziono w starym grobie lub przekazano z dawnych czasów, co jest konwencjonalnym chwytem uwiarygodniającym, typowym dla całej literatury tego rodzaju.

Pochodzenie nazwy pozostaje niejasne. Proponowano różne wyjaśnienia, od odwołania do Rzymu jako symbolu katolickiej powagi po imię jakiegoś świętego Romana, ale żadne nie znajduje solidnego oparcia w źródłach. Ważniejsza od etymologii jest sama zawartość, która w gruncie rzeczy nie była nowa. Romanusbüchlein nie wymyślił zaklęć, które zawiera. Zebrał formuły krążące od stuleci w rękopisach, w ustnym przekazie i w pamięci ludzi trudniących się zamawianiem, i nadał im postać drukowanego zestawu, który można było kupić od wędrownego handlarza i przechowywać w domu jak kalendarz albo modlitewnik.

Gramatyka zamawiania

Formuły zebrane w książeczce mają bardzo stałą budowę, której korzenie sięgają wczesnego średniowiecza. Już w IX lub X wieku spisano tak zwane zaklęcia merseburskie, z których drugie opowiada, jak bogowie leczyli zwichniętą nogę konia, i kończy się formułą łączącą kość z kością, krew z krwią, członek z członkiem. W czasach chrześcijańskich ten sam schemat wypełniano postaciami biblijnymi. Badacze nazywają taką krótką opowieść wplecioną w zaklęcie historiola: przywołuje się wydarzenie z dziejów świętych, w którym nastąpiło uzdrowienie lub zatrzymanie, a następnie stosuje się je przez analogię do obecnego przypadku.

Najlepiej znanym przykładem w Romanusbüchlein i w całej niemieckiej tradycji jest zamawianie krwi przez odwołanie do rzeki Jordan. Formuła mówi, że gdy Chrystus był chrzczony w Jordanie, woda się zatrzymała, i tak samo ma się zatrzymać krew chorego. W innych wersjach przywołuje się rany Chrystusa, które nie ropiały ani nie bolały, aby rana człowieka również się zagoiła. Za opowieścią następuje polecenie skierowane wprost do krwi, rany, gorączki albo ognia, a całość zamyka wezwanie Trójcy Świętej, często zaznaczone w druku trzema krzyżykami, przy których wykonujący zamawianie miał kreślić znak krzyża.

Taka struktura nie jest przypadkowa. Zamawianie działa w przekonaniu jego użytkowników nie jako prośba, którą Bóg może wysłuchać lub odrzucić, lecz jako słowo skuteczne, łączące aktualną sytuację z wydarzeniem świętym. Wypowiedziane we właściwy sposób, odpowiednią liczbę razy, z właściwym gestem, przenosi moc wydarzenia biblijnego na ciało chorego. Z perspektywy teologii protestanckiej i katolickiej była to granica między modlitwą a zabobonem, i duchowni obu wyznań często tę granicę piętnowali, nawet jeśli sami parafianie nie widzieli żadnej sprzeczności między zamawianiem a pobożnością.

Krew, ogień, rana i złodziej

Repertuar książeczki odpowiada zmartwieniom świata wiejskiego. Najliczniejsze są formuły lecznicze: na zatamowanie krwi, na oparzenia, na rany cięte i kłute, na gorączkę, na różne dolegliwości bydła. Osobną grupę stanowią zaklęcia przeciwko ogniowi, które miały ugasić pożar albo nie dopuścić do jego rozprzestrzenienia. W drewnianych wsiach, gdzie pożar mógł zniszczyć dobytek wielu rodzin w ciągu godziny, formuła przeciw ogniowi była czymś równie ważnym jak wiadro z wodą, choć w żaden sposób go nie zastępowała.

Inną grupę tworzą zaklęcia ochronne i wiążące. Pojawia się w nich na przykład sposób na unieruchomienie złodzieja, tak aby nie mógł się ruszyć z miejsca, dopóki właściciel go nie uwolni, oraz formuły zabezpieczające przed bronią, przed złymi ludźmi i przed czarami. Ten typ zaklęć ma charakter wyraźnie bardziej agresywny niż lecznicze zamawianie, ale również tu język pozostaje chrześcijański. Złodzieja wiąże się imieniem Chrystusa i świętych, a ochronę przed kulą zapewnia się przez przywołanie męki Pańskiej.

Wiele zaklęć wymagało dodatkowych warunków. Niektóre trzeba było wypowiadać trzykrotnie, inne przed wschodem słońca albo bez oddychania, jeszcze inne przy jednoczesnym dotykaniu chorego miejsca. Część formuł przeznaczona była do zapisania na kartce, którą chory nosił przy sobie albo połykał. Książeczka nie wyjaśnia, dlaczego te czynności miałyby działać, i nie odwołuje się do żadnej filozofii natury. Jest to wiedza proceduralna, przekazywana w przekonaniu, że skuteczność wynika z wierności przepisowi.

Nie wolno też zapominać, że zamawianie było przede wszystkim zawodem ludzi. Książeczka nie zastępowała osoby, która potrafiła zamawiać, lecz wspierała jej pamięć albo pozwalała zwykłemu domownikowi sięgnąć po formułę w nagłej potrzebie. W wielu regionach wierzono, że skuteczności nie da się nabyć samym przeczytaniem tekstu, i że moc przechodzi z osoby na osobę, często między płciami, na przykład z kobiety na mężczyznę i odwrotnie. Druk wszedł więc w istniejący system przekazu, zamiast go zastąpić.

List z nieba

Do wielu wydań Romanusbüchlein dołączano tekst należący do odrębnego, starszego gatunku: Himmelsbrief, czyli list z nieba. Legenda takich listów głosi, że zostały spisane przez samego Boga albo przez Chrystusa i zesłane na ziemię w cudowny sposób, na przykład znalezione unoszące się w powietrzu nad jakimś miastem lub w kościele. Tradycja listów niebieskich jest bardzo dawna, a ich wcześniejsze wersje wzywały przede wszystkim do świętowania niedzieli i do pokuty. W czasach nowożytnych dołączono do nich obietnicę ochrony: kto nosi taki list przy sobie, nie zginie od broni, nie spłonie w ogniu, nie utonie, a kobieta rodząca szczęśliwie urodzi.

Listy z nieba cieszyły się wielką popularnością wśród żołnierzy. Noszono je w czasie wojen XVIII i XIX wieku, a według relacji historyków kultury ludowej jeszcze podczas pierwszej wojny światowej żołnierze niemieccy zabierali je na front. Druki takich listów były sprzedawane osobno, wklejane do modlitewników albo przepisywane ręcznie. W połączeniu z zamawianiami Romanusbüchlein tworzyły pakiet ochronny, który wieśniak lub żołnierz mógł nosić przy sobie bez potrzeby jakiejkolwiek wiedzy specjalnej. Sam fakt posiadania tekstu był już formą ochrony.

Kościoły zwalczały listy niebieskie znacznie surowiej niż same zamawiania. Przypisanie Bogu tekstu napisanego przez ludzi, i to tekstu obiecującego niezawodną ochronę przed śmiercią, uchodziło za jawne bluźnierstwo i za zachętę do fałszywej pewności. Mimo to listy przetrwały aż do XX wieku, a ich długowieczność pokazuje, jak głęboko przekonanie o mocy świętego pisma przenikało pobożność ludową.

Z Nadrenii do Pensylwanii

Najważniejszym etapem dalszej historii książeczki było przejście przez Atlantyk. W XVIII wieku do Pensylwanii przybyły dziesiątki tysięcy emigrantów z południowo-zachodnich Niemiec i Szwajcarii, z których ukształtowała się społeczność nazywana Pennsylvania Dutch. Przywieźli ze sobą modlitewniki, kalendarze i pamięć o zamawianiu, a także drukowane zbiory w rodzaju Romanusbüchlein. W nowym kraju praktyka uzdrawiania słowem i gestem, nazywana po niemiecku Braucherei lub Brauchen, a po angielsku powwowing, przetrwała jako ważny element życia wiejskiego.

W 1820 roku Johann Georg Hohman, emigrant mieszkający w okolicach Reading, wydał książkę Der lange verborgene Freund, „Długo ukryty przyjaciel”. Zebrał w niej zamawiania, przepisy lecznicze, formuły ochronne i porady domowe, w znacznej części przejęte z Romanusbüchlein, choć poszerzone o materiał z innych źródeł i o recepty praktyczne. Hohman przedstawiał się jako pobożny chrześcijanin, który pragnie pomagać bliźnim, i przytaczał świadectwa ludzi, których rzekomo wyleczył. W 1846 roku ukazał się angielski przekład pod tytułem The Long Lost Friend, który zapewnił książce wieloletnią popularność także poza środowiskiem niemieckojęzycznym, między innymi wśród Amerykanów różnego pochodzenia na Południu i w Appalachach.

Książka Hohmana przejęła z Romanusbüchlein nie tylko formuły, lecz także tę samą postawę. Wprowadziła do druku zapewnienie, że kto nosi ją przy sobie, będzie chroniony przed wrogami i nagłą śmiercią. Przedmiot drukowany stał się więc amuletem w ten sam sposób, w jaki wcześniej list z nieba. W ciągu XIX i XX wieku The Long Lost Friend był przedrukowywany niezliczoną ilość razy, a jego rola w amerykańskiej magii ludowej jest porównywalna z rolą Romanusbüchlein w niemieckiej.

Ciemniejszą stronę tej tradycji odsłoniła głośna sprawa z hrabstwa York w Pensylwanii w 1928 roku. John Blymire, przekonany, że rzucono na niego urok, wraz z dwoma towarzyszami zabił Nelsona Rehmeyera, którego uważał za sprawcę swoich nieszczęść. Prasa amerykańska opisywała proces jako dowód przetrwania „czarów” w nowoczesnym społeczeństwie, a w relacjach pojawiała się książka Hohmana jako rzekome źródło zła. Sama książka nie zawierała jednak instrukcji przemocy. Sprawa pokazała raczej, że wiara w uroki i w możliwość ich zdjęcia mogła w sytuacji osobistego kryzysu przybrać tragiczny obrót, a to, co dla jednych było pobożnym leczeniem, dla innych stawało się źródłem podejrzeń wobec sąsiadów.

Pobożność, która leczy słowem

Historia Romanusbüchlein przeczy prostemu przeciwstawieniu religii i magii. Zawarte w nim zaklęcia są na wskroś chrześcijańskie w języku, w postaciach i w strukturze, a ich użytkownicy postrzegali siebie zwykle jako ludzi pobożnych. Zarazem posługiwali się słowem w sposób, który teolodzy uważali za magiczny: jako narzędziem automatycznym, działającym przez samo wypowiedzenie, niezależnie od woli Boga. To napięcie towarzyszyło tradycji przez całe jej istnienie i nigdy nie zostało rozstrzygnięte.

Dla historyka ezoteryki książeczka ta ma wartość szczególną właśnie dlatego, że nie należy do uczonej magii. Nie ma w niej hermetyzmu, kabały, astrologii ani teorii duchów. Jest za to pamięć wielu pokoleń, które przechowały w krótkich formułach sposób patrzenia na świat jako przestrzeń, w której wydarzenia święte trwają i mogą zostać przywołane w każdej sytuacji zagrożenia. Od wczesnośredniowiecznych zaklęć przez drukowaną broszurę aż po farmy Pensylwanii ciągnie się ta sama, cicha linia ludowej wiary w moc słowa wypowiedzianego w imię Trójcy.